wtorek, 12 sierpnia 2014

Rozdział 18.

To jak z tym komentowaniem?
Jakby to powiedzieć tylko trzy osoby komentują, a to motywuje tylko trochę...
Czytam - Komentuję

- Wstajemy - obudził go czyjś szept.
Mruknął coś w odpowiedzi i przewrócił się tyłem do pokoju.
- Remus! - To jego mama. Przyszła obudzić go tak, jak kiedy, kiedy był mały. 
- Mmmm... Niee - kolejne mruknięcie.
Usłyszał jak Hope wzdycha.
- Mieliśmy sprzątać w domu. Pamiętasz? - Usiadła na jego łóżku. - Jutro zajmiemy się podwórkiem, potem w środę pojedziemy do miasta na zakupy, a w czwartek zrobimy niespodziankę dla taty. - Zaczęła wymieniać.
Kolejna część z serii "mruczenie w odpowiedzi" i przykrycie głowy kołdrą.
- No już. Wstawaj - Mama podjęła kolejna próbę wyciągnięcia go z łózka. Gdy i to nie pomogło zdarła z niego kołdrę i zaczęła się śmiać.
- Mamo! - Jęknął głośno. Ale wstał.  
Co by pomyśleli moi przyjaciele... 
Byliby zdziwieni. Remus Lupin, który nie wstaje z łóżka wcześnie rano?
Ale prawda była taka, że kiedy nie musiał wstawać, to potrafił spać do popołudnia.
Ubrał pierwsze lepsze spodnie, jakie wpadły mu w ręce i zszedł do kuchni, gdzie była jego mama.
- To co robimy? - Zapytał przecierając oczy dłońmi i stając obok niej.
- Jemy śniadanie, aktualnie - uśmiechnęła się.
Jego mama była bardzo pogodną osobą. Uwielbiał ją taką, za to nienawidził, kiedy się smuciła.
- Świetnie - kiwnął głową. - Pomóc ci w czymś, mamo?
Nadal się uśmiechając, Hope odwróciła się przodem do syna z dwoma talerzami jajecznicy w rękach.
- Możesz nalać soku.
~~~
         Przypadło mu sprzątanie kuchni, łazienki i przedpokoju. No i jego sypialni. Nie uśmiechało mu się to, prawdę mówiąc. Bo nie chodziło tu o głupie układanie na półkach. Tylko mycie podłogi, ścieranie kurzy, wycieranie kloszy lamp i zbieranie pajęczyn (jeśli takowe w ogóle by się znalazły). Wszyscy uważali go za pracowitego, ale... Co pracowitość ma do chęci sprzątania w domu? Prawdę mówiąc niewiele. Nie chciało mu się tego robić.
         Po jakimś czasie uznał, że chciałby mieć już te siedemnaście lat i móc sprzątać zaklęciem. Jego tata zawsze tak robił. I dotarło do niego, ze będzie siedemnastolatkiem szybciej niż reszta Huncwotów. To było bardzo odkrywcze.
~~~
         Po około pięciu godzinach siedział z mamą w ogródku.
- Super. - Stwierdziła Hope.
- Jutro jeszcze dwór...
- Ale tu nie będzie aż tak źle. Tylko przyciąć kilka krzaków i wypielić... To tyle.
- Tak... - Westchnął Remus. Rzeczywiście świetna perspektywa. - A może zaczniemy już dzisiaj? - Nagle dostał energii. No bo, co możesz zrobić jutro, zrób dzisiaj. Uśmiechnął się. 
- Nie, ja tak nie myślę - stwierdził Syriusz. 
- Chyba wiem o co ci chodzi, drogi przyjacielu. - Odezwał się James.
Wtedy powiedzieli razem, jednocześnie. 
- Co możesz zrobić dzisiaj, zrób jurto!
- Wilkorosta przycinamy? - Zapytał.
- Ja nie mam siły... Ale jak chcesz to możesz zacząć. Tak. I te - skazała na kilka krzaczków. - Też przytnij.
Więc wziął sekator i podszedł do gigantycznej rośliny oplatającej prawą część ściany. To było niesamowite, jak wielka urosła! Przypominała bluszcz, ale bluszczem nie była. To był wilkorost. Tak.
- Ah, Remus. Tylko uważaj, bo on ucieka jak chce się go przyciąć - krzyknęła jego mama.
Chwila zastanowienia i kontemplowania jej słów...
- Co robi? - Zapytał głupim głosem.
- Ucieka - Hope powiedziała to tak, jak gdyby to było normalne. - Odsuwa liście.
Prychnął i podszedł do rośliny. Nie zdążył nawet jej dotknąć, a ona już przysuwała do niego liście. Uśmiechnął się i z tym uśmiechem zbierał się do ucięcia kilku gałązek. Ale wtedy nagle odsunęła się.
- Nic nie zrobię, tylko przytnę - powiedział. Czy naprawdę rozmawiał z rośliną?
Ale udało mu się ją przyciąć. Znowu dostał kawałek korzenia. Ze zrezygnowaniem patrzał na niego.
- I co ja mam z tym niby zrobić? - Zapytał z wyrzutem.
I - może Remus był chory psychicznie - zrobiła coś, jakby wzruszenie ramionami.
Znowu prychnął i posadził ten kawałek po drugiej stronie. Przynajmniej będzie symetrycznie. Przez cały czas słyszał śmiech mamy.
~~~
         Zostało im coraz mniej czasu. Był już czwartkowy wieczór, kiedy kończyli ostatnie przygotowania do piątkowego przywitania Lyall'a. Potem, gdy już skończyli, obydwoje rzucili się na sofę.
- Tak! - Krzyknął Remus, unosząc ręce w geście zwycięstwa.
Jego mama parsknęła śmiechem. Szybko poszli spać. Lyall wracał wcześnie
~~~
         Wstał około szóstej. Jego mama już była na nogach.
- Świetnie. - Podeszła do niego i przytuliła go. - Zaraz...
Zanim skończyła drzwi ich domu otworzyły się i wszedł ojciec Remusa. Hope uśmiechnięta zostawiła syna i podeszła do swojego męża. Remus stał z boku, oparty o ścianę.
- Cześć tato - powiedział, kiedy Lyall i Hope odsunęli się od siebie.
- Cześć - zamknął go w niedźwiedzim uścisku.
- Idź się wykąpać. Jesteś zmęczony? - Zapytała jego mama.
- Nie. A co?
- Nic, nic - powiedział Remus.
Lyall przeszył ich wesołym spojrzeniem i odszedł. Po chwili Remus usłyszał dźwięk lejącej się wody. 
- Szybko, rozstawiamy wszystko. Remus, chodź - jego mama uśmiechała się od ucha, do ucha.
         Gdy tata zszedł do kuchni ujrzał stół zawalony wszystkimi jego ulubionymi potrawami i Remusa z Hope, siedzących naprzeciwko siebie, i rozmawiających, jak gdyby nigdy nic.
- Co się dzieje?
- Tato - powiedział Remus. - Oto powitalna uczta, specjalnie dla ciebie.
Uśmiechnięci zasiedli do stołu.
~~~
         Jego tata przeteleportował się z nim na Pokątną po czym zostawił go z sakiewką pełną (chociaż to nie jest zbyt dobre słowo) galeonów. Miał się spotkać z resztą Huncwotów pod lodziarnią. Szedł w tamtą stronę i już z daleka słyszał śmiech Petera i głos Jamesa. Czyli Syriusza jeszcze nie było.
Podbiegł do nich.
- Cześć! - Krzyknął.
- Remus! - Podbiegli do niego i przywitali się. - Czekamy jeszcze na Syriusza.
- Tak. - Znowu przypomniała mu się ta sytuacja z peronu. - Zauważyliście zachowanie państwa Black...
- Tak. - Nie dane było mu skończyć. Peter mu przerwał. - Zastanawiam się, co... Znaczy...
- Co stało się w ich domu. Potem - dokończył Jim.
Remus poczuł zapach swojego przyjaciela. Brakującego ogniwa ich paczki. I zobaczył go. I o mało nie krzyknął. Chyba to samo przeżywali J i Pet.
Syriusz... Był posiniaczony. Miał rozciętą wargę i był wyraźnie zmęczony. Ale oczywiście miał na sobie granatowy garnitur, szarą koszulę i czarne spodnie. Musiał przynajmniej być ubrany arystokratycznie.
- Syri! Syriusz - podbiegli do niego.
- Co... - Zaczął James.
- Dlaczego... - Tym razem Peter.
Remus nie mógł wykrztusić z siebie choćby słowa.
Syriusz stał ze spuszczoną głową.
- Nic się nie stało - to było tak absurdalne, że Remus zaśmiał się histerycznie. Chłopaki spojrzeli na niego.
Nienawidził, kiedy ktoś cierpiał. Bo to jest... Straszne. Sam przeżywał niewyobrażalne męki co miesiąc i nie chciał by jego najlepszy przyjaciel także miał ciężko. Nawet z innego powodu.
- Jak to "nic się nie stało"?! Myślisz, że jesteśmy ślepi?! Wybacz, ale jeszcze nie padło nam na wzrok - spojrzał na niego.
- Nie tutaj - westchnął Syriusz. - Za dużo ludzi z ich otoczenia. Jak będziemy w szkole... Powiem wam.
Zostawili więc temat.
         Kupili podręczniki. James i Syriusz nowe, Peter większość też nowych, a Remus same używane. Trochę dziwnie się czół. Wiedział, że koledzy patrzą na niego, kiedy płacił za książki. Ale nic nie powiedzieli. Cieszył się.  Gdy nabyli już całą resztę potrzebnych rzeczy, postanowili pójść na lody.
- Ojej! - Krzyknął James. - Zobaczcie! - Wskazał na sklep quidditcha. Na wystawie był najnowszy Nimbus 1500.
- Chcę to! - Krzyknął Syriusz.
- Ja ją dostanę. MUSZĘ. Namówię rodziców, na pewno mi kupią.- James był tym faktem przeświadczony. Remus uśmiechnął się.
- To aż taka dobra miotła? - I gdy zauważył niedowierzające spojrzenia Jima i Syriego, oraz roześmiany wzrok Petera powiedział. - Okay, rozumiem, że tak. Nie interesuję się quidditchem!
- No i tu trzeba cię doedukować! - Powiedział James.
- Tak, więc zaczynajmy. - Syriusz przetarł ręce. - Czarodzieje od zawsze chcieli latać. Kiedy to marzenie spełniło się, zaczął się nagły popęd do gier miotlarskich. Wcześniej było ich wiele...
- Najpierw był Stichtock. Ale zniknął - kontynuował James. - Później wymyślono aingingein, grę popularną w Irlandii. Następnie szkocki creaothceann. Jednak Ministerstwo Magii uznało, że ta gra jest zbyt niebezpieczna i zakazało dalszych rozgrywek.
Remus słuchał tego z otartymi ustami. Peter też był zaciekawiony.
- W Anglii królował shuntbumps. Lecz ta gra też została uznana za zbyt niebezpieczną - Powiedział Syriusz. - Swivenhodge narodziło się w Herefordshire i gra się w to do dziś. Później powstał quiddicth.
Dalej opowiadali skąd wziął się złoty znicz i jaka była historia rozwoju quidditcha. Remus nie mógł uwierzyć... Gdy skończyli zaśmiał się głośno.
- To jest niesamowite! - Powiedział nadal się śmiejąc.
- Prawda? - Powiedział James.
- Nie, nie chodzi mi o quiddicth. Nadal jestem do tego neutralnie nastawiony. - Uśmiechnął się szeroko. - Chodzi mi o to, że na lekcjach nie potraficie wysłowić się, wykrztusić jednego konkretnego i poprawnego zdania, a teraz opowiadacie mi bardzo dokładnie historię quidditcha. Jesteście dziwni.
Syriusz zaczął się śmiać. Peter parsknął śmiechem w swój pucharek z lodami (byli już w lodziarni), a James spojrzał na Remusa z niedowierzaniem.
- Jesteś okropny - stwierdził i zaczął jeść lody. Remus ledwie nie zakrztusił się swoimi.
Pożegnali się po czterech godzinach.
Zadzwonił do taty, a ten po chwili zjawił się tuż obok niego.
~~~
          Wieczorem leżał na łóżku i czekał aż morfeusz zabierze go do swojego królestwa. Nie mógł zasnąć. Był zbyt podekscytowany końcem wakacji. Tak, uczniowie magicznych szkół byli chyba jedynymi, którym nie było przykro z powodu zakończenia letnich ferii.




Notka trochę krótsza od pozostałych i trochę nudniejsza z powodu braku chęci.
Musiałam się spieszyć z dokończeniem jej, a do tego jeszcze goniący mnie termin (wyznaczony przez samą siebie) skończenia rozdziału książki... Tragedia ;-;
Mam nadzieję, że jednak nie jest aż tak źle.
Na 19 rozdział nie będziecie czekać długo. Przynajmniej tak bym chciała. :D
Serio namawiam do komentowania i dziękuję za wszystkie dotychczasowe komentarze. Bardzo mi pomagają, chociaż jak już wspomniałam, cieszyłabym się, gdyby było ich jeszcze więcej. No, ale...
Miłego dnia!
Lunaris
Ps. Historię quidditcha zaczerpnęłam z "Quiddicth przez wieki" pióra Kennilworthy'ego Whisp. :)

niedziela, 10 sierpnia 2014

Każdy ma prawo do miłości

Szedł po schodach. Na Grimmauld Place było ich zbyt dużo.
- N-nie... Harry, co ty chcesz zrobić? Nie tutaj... - Szept Ginny wyrwał go z zamyślenia.
Nie patrząc w tamtą stronę szedł dalej. Gdy przechodził obok jednej z miliona tutejszych sypialni zobaczył namiętnie całujących się Rona i Hermionę.
To przecież dzieci. Ja nie jestem dzieckiem!
Jego problemy były gorsze. Bo co zrobić z kobietą, która nie chce przyznać mu racji?!
- Każdy ma prawo do miłości - usłyszał głos swojego przyjaciela, dobiegający z kuchni. - Nawet ty. - Wiedział, że mówi do niego.
~~
Apotrował się na Roses Street. Ulicę, na której mieszkała.
Stał przed jej drzwiami zastanawiając się, czy na pewno dobrze robi. Potem zapukał.
- Idę! - Usłyszał dźwięk tłuczonego szkła. Znowu coś rozbiła.
Drzwi otworzyły się.
Zobaczył jej oniemiałą twarz.
- Co t-ty tu...
Nie dał jej dokończyć, tylko pocałował ją.
Skoro każdy ma prawo do miłości...

~~~~~~~
Tak.
150 słów.
O kim?

Sami zdecydujcie.  

Witam!

Lumos!
/*
Dzień doberek!
Wracam z powrotem. Tak.
We wtorek byłam już w Polsce, jednakże nie zdążyłam nic zrobić w związku z blogiem, ponieważ od razu leciałam na działkę. Wczoraj wróciłam do domu i pojechałam na roczek do kuzynki .__.
Także. Dzisiaj jestem i myślę, że będę już przez dłuższy czas.
Pamiętacie, jak mówiłam, że tam, na Słowacji, chciałabym kogoś poznać?
.
.
.
.
.
Poznałam. :D
Ale to nie jest ważne i raczej nie powinno wam być to potrzebne do dalszej egzystencji. Wiedzcie tylko, że znalazłam wenę i mam dużo pomysłów, i że teraz mam z jednej strony lepszy humor. Z drugiej niezbyt, ale ta strona z lepszym humorem wygrywa, so jest fajnie =^.^=
Co do bloga, znaczy rozdziału...
Jest trochę napisane. Ale myślę, że... Huh... Wtorek? Zobaczę, czy się wyrobię... Nie wiem. Około wtorku może będzie 18. Tak myślę, ale nie jestem pewna, iż ponieważ mam zaplanowane spotkania ze znajomymi. Zobaczymy, może się uda.
Czymajcie kciuki!
Teraz żegnam i pozdrawiam!
Wasza
Lunaris
< 4

sobota, 26 lipca 2014

Rozdział 17.

Komentarze pomagają! 
Czytam-komentuję. 


Zanim oddam wam do czytania ten rozdział, chciałabym was przeprosić za to, że nie wstawiłam go wcześniej. Nie miałam internetu, a jeszcze przygotowuję się do wyjazdu w góry, także... Wybaczcie.. ;-;~
Ps. ROZDZIAŁ NIEPOPRAWIONY!
~~~~~~~~


Megan poszła do domu dopiero o dwudziestej. W zasadzie Hope powiedziała jej, że Charlie na pewno się o nią martwi i powinna już iść. I Remus myślał. Zastanawiał się. Co ona robiła tak głęboko w lesie? Z Forks można było dojść do jego domu lasem, ale… Trzeba było przedzierać się przez chaszcze lasu iść wśród gęstych zarośli bardzo długo… W jaki sposób ona tu doszła? Jak to zrobiła? Mogła iść drogą, a potem skręcić w las. Tylko, po co?
- Nad czym tak myślisz? – Głos jego mamy wyrwał go z rozmyślań nad jego dziwną przyjaciółką.
- O niczym – powiedział.
- O jakiejś dziewczynie, co? – Uśmiechnęła się, siadając obok niego na łóżku; siedzieli w pokoju Remusa.
- W zasadzie tak, ale nie w sposób, jaki ci przyszedł do głowy, mamuś – powiedział. – Zastanawiam się, co Megan robiła w lesie, tak głęboko.
- Może była na grzybach? Albo tak jak my poszła pozbierać rośliny…
- Ona nienawidzi roślin. A co do grzybów… Szłaby sama tak głęboko w las? Bez przesady – przetarł twarz dłonią.
- Nie wiem. A dlaczego tak cię to interesuje?
- Zauważyłem już dawno… Jestem dobrym obserwatorem. Megan… Ona jest wybitnie szybka. Ma dobry słuch i wzrok. Jest silna i zwinna. Ludzie tacy nie są! Ale czym ona jest…
         I sam nie doszedł do rozwiązania. Postanowił, że ją o to zapyta. Tylko jak?
~~
         Pełnia. Zawsze przyprawiała Remusa o dreszcze, bóle brzucha i inne tak samo przyjemne rzeczy. Siedział w pokoju i czekał. Była dwudziesta. Księżyc wzejdzie za pół godziny. Smutne. Niektórzy mają tak proste życie. Na przykład taki James. Remus bardzo mu zazdrościł. Miał wszystko: bogatych rodziców, duży dom, nowe szaty… Ale miał też wiernego psa, a sam… Miał takie łatwe życie. Peter też. Syriusz… Syriusz był bardzo podobny do Remusa. Też wiele przeżył pomimo swojego młodego wieku i Remus czuł, że kiedyś dzięki temu będą ze sobą bardzo blisko. Chociaż… Wyobrażał sobie, co by się stało, gdyby im powiedział o likantropii. Czy by się od niego odwrócili? Prychnął. Pytanie… Oczywiście, że by się odwrócili! Przecież jest tyle okropnych opowieści o wilkołakach rozpowiadanych przez ministerstwo! W zasadzie… Nie wiedział, jak zachowują się inne wilkołaki. Znał Greybacka. I tyle. Wiedział jak on sam się zachowuje, ale nic poza tym. Więc dlaczego mieliby uwierzyć, że jest normalny, skoro nie potrafił nawet powiedzieć, czy wszystkie wilkołaki się tak zachowują. Skoro nie wiedział, czy jest w stu procentach bezpieczny. Chociaż on wiedział. Nie jest bezpieczny. Jest okropnym zwierzęciem, bestią. Nie powinni się z nim zadawać. Tak. Powie im to. Da im do zrozumienia, że nie mogą się przyjaźnić, ale nie powie, czym jest. Na to sobie nie pozwoli. A jeżeli to nie zadziała, to zrazi ich do siebie. Mogą go znienawidzić. Muszą być bezpieczni. Nie może niczego im zrobić. Tak, tak zrobi. Lepiej żeby go nienawidzili, niż żeby coś im się stało. On wytrzyma, wytrzymał już wiele. A co z resztą? Lily, Eleanor… Dorcas, Megan, Erick, Damien… Tak, im też to powie. Musi, dla ich dobra.
~~
         Pełnia. Pełnia, pełnia, pełnia. Dla Remusa zawsze okropny czas. Nienawidził… A z resztą, po co mówić o tym, co miesiąc? Wiadomo – nienawidził pełni, bał się jej, bał się bólu. A kto się go nie boi? Chyba tylko masochiści.
         Siedział w pokoju i czekał. Czekał na mamę, która w tym miesiącu miała zastąpić ojca. Nie wiedział jak to zrobi. Zawsze płakała podczas jego przemian, a teraz musi go sprowadzić do piwnicy, jakby miała zaprowadzić własnego syna na śmierć. Później odebrać go stamtąd – poranionego, brudnego i śmierdzącego potem, moczem i krwią. Bo ostatnio jego przemiany uległy minimalnej zmianie – stały się brutalniejsze. Wcześniej… Były mniej drastyczne, a teraz, gdy księżyc skończył swoje comiesięczne żniwo pod postacią zadawania bólu wilkołakom, Remus nie potrafił sam wstać, zrobić czegokolwiek. Po pełni musiał odpoczywać przynajmniej jeden dzień, inaczej był nie do życia.

I live uptown 
I live downtown 
I live all around 

I had money 
I had none 
I had money 
I had none 
But I never been so broke that I couldn`t leave town 

I`m a changeling 
See me change 
I`m a changeling 
See me change 

I`m the air you breathe 
Food you eat 
Friends you greet 
In the swarming street 

See me change 
See me change 

I live uptown 
I live downtown 
I live all around 

I had money, yeah 
I had none 
I had money, yeah 
I had none 
But I never been so broke that I couldn`t leave town 

I`m the air you breathe 
Food you eat 
Friends you greet 
In the swarming street 
You gotta see me change 
See me change*

Piosenka zespołu The Doors leciała w radiu. Stara, sprzed roku. Ale w jakimś stopniu oddawała to… Zresztą nieważne. Remusowi nawet się podobała. Siedział po turecku na łóżku i czekał. Telefon zaczął dzwonić.
- Słucham? – Powiedział.
- Remus! Jak się czujesz, co u ciebie? – Głos Petera.
Super. Wiesz, za dwie godziny księżyc wschodzi, jutro obudzę się w po prostu świetnym stanie…
Przed pełnią był bardzo zgryźliwy. Przynajmniej chciał taki być.
- Dobrze, normalnie – powiedział, perfekcyjnie udając wesoły i pozytywnie zaskoczony głos. – Niedługo z mamą będziemy robić przyjęcie niespodziankę dla taty, bo wraca do domu.
- Co konkretnie będziecie robić? – Zainteresował się Pet.
- Ugotujemy jakieś ciasteczka, coś ciekawego na obiad… Wiesz, taki wystawny posiłek.
- To nie można ugotować czegoś zwykłego i wystawić na taras? Wiesz, prościej by było… A też byłby wystawny. No, okay, może wystawiony, ale to już blisko.
Remus się zaśmiał. Peter powiedział to dla śmiechu, nie był taki głupi. Przynajmniej Remus miał taką nadzieję.
- Głupi jesteś – powiedział.- Nie, ale będzie super. Lubię gotować, a tym bardziej z mamą.
- No widzisz, mamko! To świetnie!
- Zamknij się.
Usłyszał śmiech Petera.
- A co u ciebie? – Zignorował go.
- No, tak jak mówiłem, jestem w Japonii. Anime, znasz?
- Anime? Jasne! Oglądałem kilka, bardzo lubię.
- Ale te dziewczyny poprzebierane za postacie z tych chińskich bajek, to przesada. Niektóre wyglądają… Tragicznie!
- To. Nie. Są. Chińskie. Bajki. Zapamiętaj.
- Wybacz! Ale te laski są dziwne! Jak one wyglądają!
- Dobra! Nie przeżywaj. Kiedy wracasz? Może spotkalibyśmy się na pokątnej pod koniec wakacji? – Zapytał, zapominając o swoim postanowieniu opuszczenia przyjaciół.
- Wracam dwudziestego piątego sierpnia. Możemy się spotkać dzień po. Myślę, że mama się zgodzi.
- To ja podzwonię po chłopakach.
- Jasne. Kończę, idziemy do miasta. Nie, tylko nie to! Znowu te kobiety… - jęknął.
- Dasz radę. Pa, Peter.
- Pa.
Gdy wykonał swoje zadanie „podzwonienia po chłopakach” dochodziła dwudziesta pierwsza. Pukanie do drzwi przerwało ciszę w jego pokoju.
- Remmy? – Zapytała jego mama, smutnym głosem. – Chodź, kochanie…
Więc wyszedł. Szli w ciszy przez dom, a atmosfera była taka jak Remus przypuszczał – grobowa. Jakby Hope prowadziła go na ścięcie, albo miała go oddać Greybackowi. W zasadzie, można by to nawet tak nazwać, bo to on go przemienił. Podeszli do drzwi od piwnicy. Remus wszedł do środka, oparł się o framugę.
- Do jutra mamuś – pocałował ją.
- Zostaw ubrania na górze. Rano… - Zawahała się. Wiedziała, że nie może wejść, bo Remus będzie leżał nago. – Zrzucę ci je. Dobrze? – Zapytała, przytulając go.
- Dobrze – szepnął. Bał się.
         Czekanie na coś takiego zawsze jest okropne. To jak czekanie na wyrok w sądzie, na wieści od lekarza o naszym stanie zdrowia, na ciężką operację… Straszne. Siedział na zimnej podłodze i czekał. W piwnicy były dwa małe okienka. Dwa miejsca, przez które wpada światło księżyca. A co byłoby, gdyby nie było tu okienek? Nie przemieniłby się?
Nie zdążył się zastanowić, bo księżyc wyszedł zza chmur. Jego stary przyjaciel wróg. Jego ukochany kat. Perfidnie i z uśmiechem oświetlił Remusa swoim jasnym blaskiem. A Remus krzyczał z bólu. Piekł go każdy milimetr skóry, czuł się, jak gdyby stał w płomieniach. Bolała go każda kość, było to tak, jakby wszystkie nagle się złamały. Jednocześnie i w kilku miejscach. Połykał łzy pomieszane z potem. Krzyczał i chciał, żeby to się już skończyło. Potem zawył. Ale to nie był już Remus John Lupin. To był wilkołak.
~~
         Obudził się obolały. Ubrania leżały gdzieś obok, ale nie potrafił ich dosięgnąć. Na ścianach było pełno krwi, w nozdrzach miał zapach moczu, a cały aż lepił się od potu. Czuł obrzydzenie do samego siebie. Podsumowując – normalka.
         Udało mu się przewrócić na plecy. Rozłożył ramiona i czekał na nagły przypływ energii, chociaż wiedział, że takowy nie nadejdzie. Uśmiechnął się do własnych myśli. Spróbował się podnieść, ale jedyne, co mu się udało, to lekkie uniesienie barków i wydanie z siebie okropnego jęku pomieszanego z piskiem. Poddał się. Po kilku minutach kolejna próba. To samo. Następna – usiadł. Kolejna – klęczał. Jeszcze jedna – stał opierając się plecami o ścianę. Jakimś cudem ubrał się i doszedł do schodów. Spróbował na nie wejść, ale organizm odmówił posłuszeństwa; już i tak dużo mu się udało. Zwymiotował gdzieś obok schodów. Tak na „artystyczne wykończenie” swojej „zabawy” w piwnicy. Tak, krew, mocz, pot i wymiociny – idealnie.
- Mamo! – Krzyknął.
Po chwili usłyszał jej kroki, odryglowywanie drzwi i zobaczył ją. Krzywiła się, czyli musiało tu ślicznie pachnieć. On leżał na schodach.
- Remus! – Pisnęła. Podbiegła do niego i pomogła mu podejść na górę. Jakby był starcem, a miał zaledwie trzynaście lat.
~~
         Leżąc w swoim pokoju rozmyślał. Była niedziela. Spał bardzo długo. Wiedział, że w sobotę około trzynastej w południe wyszedł z piwnicy. Po trzech godzinach walki ze swoim ciałem udało mu się umyć, zjeść coś i wypić leki. Potem zasnął i obudził się o szóstej. Jego mamy już nie było – nie słyszał jej oddechu, kroków, czy bicia jej serca ani nie czuł też jej zapachu. Przewrócił się na brzuch i zaczął nucić pierwszą piosenkę, jaka przyszła mu do głowy. Po jakimś czasie wstał i zszedł do kuchni. Na stoliku leżała mała karteczka.
Jestem w mieście, wrócę dość późno. 
Muszę zrobić zakupy. 
Mam nadzieję, że czujesz się dobrze
Mimo wszystko kupię Ci czekoladę i jeszcze coś słodkiego. 
Tulę mocno

Mama

Uśmiechnął się. Odłożył kartkę i poszedł do lodówki. Wyciągnął z niej ser, kiełbasę, ogórki, masło i ketchup. Potem sięgnął po chleb, zrobił kanapki i włożył do mikrofalówki. Tak, zapiekanki zawsze były dobrym pomysłem. Potem zaparzył herbaty, dodał do niej dwie i pół łyżeczki cukru, i – zadowolony ze swojej pracy – usiadł na sofie.
- Tak bardzo zwyczajnie – mruknął. – Ciekawe jak wygląda teraz piwnica.
Zastanowił się przez chwilę.
- Nie… Mama na pewno tam nie posprzątała. Bez przesady.
Po zjedzeniu śniadania przemógł się i wszedł do piwnicy. Było czysto.
Przetarł twarz dłonią i pokręcił głową z niedowierzaniem i politowaniem. Kiedy wrócił na górę była siódma. Pomyślał, że mógłby zadzwonić do Megan. Bo w zasadzie czuje się dobrze, a przez cały dzień bez kogokolwiek w domu będzie mu się nudziło.
- Wcześniej, przed pierwszą klasą, nie przeszkadzałoby mi to. A teraz pan Lupin zasmakował przyjaźni i już sobie sam w domu przez cały dzień nie posiedzi – uśmiechnął się kąśliwie, jakby właśnie obraził kogoś innego. Zbyt często mówił sam do siebie. Zdecydowanie zbyt często.
         Zadzwonił i umówił się z nią na dziewiątą* pod kafejką bez nazwy, ponieważ była jedyną w Forks. Uśmiechnięty poszedł się przebrać. Potem uznał, że ma jeszcze dużo czasu, więc wyszedł z domu i postanowił kupić coś słodkiego dla niego i jego przyjaciółki. Szedł ulicą, kopiąc każdy napotkany kamyk. Cieszył się. Bardzo. Kupił chipsy, czekoladę i coś do picia. Jego torba stała się o wiele cięższa, ale to nic. I tak nie zwracał na to uwagi - wilkołactwo (!).
         Siedział na murku pod kafejką i czekał. Czy Megan to kolejna dziewczyna, która potrzebuje miliona godzin na przygotowanie się do zwykłego wyjścia na dwór? No dobrze, zwyczajne wyjścia na dwór (tj. żeby pograć w piłkę, czy skakać przez skakankę) już chyba odeszły do lamusa, no, ale bez przesady. Piętnaście po dziewiątej...
- Remus! - Krzyknął ktoś. Megan.
Spojrzał na nią. Miała spodnie w kolorze zielonym i czarną koszulę. On ubrał zwykłą białą koszulkę z wyciętym dekoltem i czarne spodnie.
- Wyglądasz, jakbyś był ubrany na galowo - powiedziała, wtulając się w niego.
- Przestań się czepiać - zaśmiał się w jej włosy. - Kupiłem jedzonko. - Stwierdził, kiedy odsunęli się od siebie.
- Świetnie - uśmiechnęła się.
Poszli do parku i usiedli na ławce.
- Ogółem... Co robiłaś tak głęboko w lesie wtedy? - Zapytał szybko.
Zmieszała się i odwróciła na chwilę wzrok. Nie wiedziała co powiedzieć.
- Byłam... Na grzybach.
- Nie wierzę.
- A co innego mogłabym robić, co?! - Spojrzała na niego wściekłym wzrokiem.
- Dobrze, spokojnie, hej... O co ci chodzi? - Uniósł ręce w poddańczym geście.
Znów odwróciła wzrok.
- Wybacz. Nie lubię się tłumaczyć. Nie lubię kiedy ktoś wie o mnie zbyt dużo. Nie miałam wcześniej przyjaciół.
Siedziała jak chłopak. Nie jakoś z "nogą na nogę" czy coś, tylko w lekkim rozkroku z łokciami opartymi na nogach.
- Nie jesteś jedyna - odrzucił głowę do tyłu.
Spojrzała na niego.
- Ja... Jestem dziwną dziewczyną.
- Zauważyłem...
- Nie psuj atmosfery. Właśnie zaczynam ci się zwierzać, więc się zamknij.
- Przepraszam.
- Miałam jedenaście lat. Mieszkałam we Francji i miałam świetne życie. Moi rodzice byli dość bogaci, często razem wychodziliśmy do miasta, z tatą grałam w różne gry planszowe, mama uczyła mnie gotować... Byliśmy taką szczęśliwą rodziną... Mój tata z zawodu był archeologiem. Pewnego razu musiał wyjechać do Rosji, gdzieś do jakiegoś starego miasteczka. Pojechałyśmy z nim. Przez kilka dni chodziłyśmy po wiosce, ja rozmawiałam z wieloma starszymi kobietami. Opowiadały różne historie, o wielkich wilkach, które atakują tutejszych mieszkańców. - Remusowi zrobiło się niedobrze - Akurat tego dnia byłam w domu jednej z takich kobiet. Rozmawiałyśmy i po chili usłyszałam krzyk mojej mamy z dworu. Wołała mnie. Wybiegłam i mama powiedziała, że z tatą coś się stało. Poszłyśmy tam, gdzie był. Leżał na ziemi, z rozciętą klatka piersiową. Nie było nikogo z jego zespołu, wszyscy poszli coś zjeść, a on został sam. Uklękłyśmy przy nim. Bałam się wtedy. Bałam się, że go stracę. Wtedy z lasu wybiegł wielki wilk i szarpnął moją mamę. Złamał jej bark. Krzyczała. A ja siedziałam oniemiała, bo nie mogłam się ruszyć ze strachu. Potem rozgryzł mojemu tacie gardło, a mamę szarpał na nogi. A mi nic nie zrobił. Zobaczyłam w jego oczach coś ludzkiego i wiedziałam, że to nie jest zwierze. Ale potem on ug... Uciekł - odwróciła wzrok. - Uciekł i zostawił mnie z martwymi ciałami moich rodziców.
Nie wiedział co powiedzieć.
- Potem trafiłam do domu dziecka. Nie zachowywałam się normalnie, chłopcy mnie bili. Dwóch, starszych, chciało mnie zgwałcić. Nie udało im się... Zaadoptował mnie Charlie. I teraz jestem w Hogwarcie.
Spojrzała na niego.
- N-nie musiałaś mi tego opowiadać - powiedział Remus. - Teraz nie wiem, co mam powiedzieć...
- Nic. Nie musisz. Komuś musiałam powiedzieć. Padło na ciebie, wybacz - uśmiechnęła się.
Uznał, że jej zycie było (i jest nadal) bardzo nie fair. Dlaczego tyle cierpiała? Nawet on, czy Syriusz... Do tego jest dziewczyną. Nie, zdecydowanie, zbyt wiele cierpienia, jak na jedną, małą osóbkę.
- Ale to wszystko wiele mnie nauczyło. Jestem wytrzymalsza psychicznie. - Uśmiechnęła się.
- Przez co mniej dziewczęca - powiedział, ale zaraz zrobiło mu się głupio.
- Pewnie tak... Kiedyś cie zaskoczę! Wcale nie jestem aż taka chłopięca! - Uklękła na ławce i potargała mu włosy.
         Potem siedzieli długo. Zjedli wszystko co Remus kupił. Rozmawiali... Tak, to było pierwsze i bardzo udane wyjście na dwór.



* (Tłumaczenie, uznałam, że nawet pasuje…)
Mieszkam w samym mieście
Mieszkam na przedmieściu
Mieszkam gdzie się da

Forsę mam w kieszeni
Albo dziurę mam
Forsę mam w kieszeni
Albo dziurę mam
Lecz nie byłem w takim dole
Żebym nie dał sobie rady

Jestem jak podrzutek
Patrzcie jak się rzucam
Jestem jak podrzutek
Patrzcie jak się rzucam

To ja - oddech twój
Pokarm twój
Twych przyjaciół rój
Gdy mówię stój!

Zmieniam się
Patrzcie więc

Mieszkam w samym mieście
Mieszkam na przedmieściu
Mieszkam gdzie się da

Forsę mam w kieszeni
Albo dziurę mam
Forsę mam w kieszeni
Albo dziurę mam
Lecz nie byłem w takim dole
Żebym nie dał sobie rady

Jestem jak podrzutek
Patrzcie jak się rzucam
Jestem jak podrzutek
Patrzcie jak się rzucam

To ja - oddech twój
Pokarm twój
Twych przyjaciół rój
Gdy mówię stój!

Zmieniam się
Patrzcie więc

W nocy weźmie mnie
Z miasta pociąg ten
Patrzcie zmieniam się, ciągle
zmieniam się

Zmieniam się, zmieniam się

*Umówiłem się z nią na dziewiątą… XD
Hahaha, jaka ja głupia! Szukałam specjalnie piosenki z lat 70’ tylko po to, żeby jej tutaj użyć, ale nie pomyślałam o najważniejszym! W tamtych czasach nie było telefonów komórkowych! Pomińmy to, nagnijmy rzeczywistość i uznajmy, że były, ok? =^.^=
Jeszcze raz przepraszam. Serio.
I MAM PROŚBĘ.
Czy znacie kogoś, albo sami umielibyście przetłumaczyć jedno zdanie na japoński uproszczony? Jedno, potrzebuję, bo z tłumacza, to wiadomo...
XD
Teraz przygotowuję się do wyjazdu w góry i informuję was, że przez przynajmniej dwa tygodnie nie będzie nowych postów. Niestety ;-;
Będę w Słowackim Raju i wejdę na Rysy od samego dołu! Nie mogę się odczekać...
Na pewno znajdę dużo weny tam, w górach X3
Chciałabym też kogoś poznać... :D
Nieważne.
Do napisania!
Lunaris



poniedziałek, 14 lipca 2014

Rozdział 16.

Wiecie, że komentarze pomagają koledze Wenowi? Cieszyłabym się, jeśli zostawialibyście po sobie ślad!
Czytam-komentuję. 

Szczerze? Remus nie mógł się doczekać, żeby wyjść na dwór z Megan. Nie, dlatego, że mu się podobała, czy coś (żebyście sobie nic nie pomyśleli), tylko po prostu. Nigdy, nigdy nie był z nikim na dworze. Bo i z kim? Nikt go nie lubił. A zresztą, nawet gdyby, mieszkał przecież w domu znajdującym się praktycznie w lesie. Przechodziła tutaj polna droga, ale i tak nikt nią nie chodził. Po co komu iść aż tutaj, skoro nikt nie przyjaźnił się z Lupinami? 
         Jego mama siedziała w salonie i czytała gazetę, a on był na podwórku. Siedział na drzewie i patrzał na mamę przez okno. Była taka spokojna, chociaż przybyło jej zmarszczek, schudła i miała więcej siwych włosów. Jego tata też zmizerniał, ale teraz znowu go nie było. Musiał wyjeżdżać na wizytacje do innych krajów, jako delegat z angielskiego Ministerstwa Magii. To było z jednej strony uciążliwe, ale z drugiej… Dzięki temu dużo zarabiał. Kupili sobie nawet telewizor, a jego mama w końcu miała pieniądze na leki dla siebie. Bardzo się cieszył.
         Siedział na drzewie i rozglądał się. Jutro pełnia. Potem spotka się z Megan. Potem napisze do chłopaków (w tym Damiena i Ericka). Potem – razem z mamą – zrobią mini przyjęcie niespodziankę dla taty, który wraca w następny piątek, czyli dokładnie za tydzień. Tak, już nie mógł się doczekać. Hope obiecała, że podczas pełni pójdzie do lasu, aby pozbierać ulubione kwiaty taty, które najpiękniej kwitną właśnie w tej kwadrze księżyca. W czwartek zrobią ciasto, babeczki i kilka dań, które tata uwielbia. Remus bardzo cieszył się tą wizją przyszłości. Spędzi z mamą dużo czasu. Uśmiechnął się do własnych myśli i zeskoczył z drzewa.
- Panie Lupin, jeszcze zrobi pan sobie krzywdę! – Powiedziała jego mama, podchodząc do niego.
- Dobrze wiesz mamo, że nic mi się nie stanie – uśmiechnął się.
- A poudawać zatroskanej mamusi nie mogę? Trochę mi żal, że nic ci się nie dzieje, bo nie mam po co się o ciebie martwić, a i tak to robię – usiadła na ławce obok drzewa, a Remus do niej dołączył.
- Jesteś przewrażliwiona, mamuś – pocałował ją w policzek.
- Może, ale się denerwuję. Martwię się o ciebie…
- Dlaczego? Poradzę sobie. Przeżyłem już trochę, chociaż mam dopiero czternaście lat.
- Już masz czternaście lat… Merlinie, jeszcze niedawno byłeś taki malutki… Uczyłam cię gotować… Pamiętasz jak tata uczyć cię rzeźbić w drewnie? Skaleczyłeś się wtedy w palec i przybiegłeś do mnie z płaczem mówiąc, że drzewa są niedobre, nie lubią cię i cię biją. – Uśmiechnęła się.
- Byłem dziwny – stwierdził Remus, także się uśmiechając.
- Albo, jak miałeś dziewięć lat i uznałeś, że chcesz iść nad jezioro, pomimo, że była dwudziesta. Tata się śmiał, ale poszedł z tobą, a ty po chwili wybiegłeś z wody przerażony.
- W wodzie jest dziwnie, jak jest już późno… - Chciał się wytłumaczyć, ale jego mama zaczęła się śmiać.
- To samo powiedziałeś wtedy, tylko dodatkowo płakałeś.
- Czy jedyną rzeczą, jaką potrafiłem zrobić, było płakanie?
- Nie, oczywiście, że nie! Bardzo ślicznie śpiewałeś i szybko uczyłeś się słów piosenek. Zostało ci to do teraz. – Spojrzała na niego, dotykając jego policzka. – Mimo wszystko, cieszę się. Chyba jednak dobrze cię wychowaliśmy. Jesteś przystojnym, mądrym i miłym chłopcem.
- Oj mamuś! Przestań tak mówić!
- Jak?
- W ogóle wspominać i zalewać mnie komplementami – odwrócił wzrok, uśmiechając się. – Emm…
- Tak? - W poniedziałek chciałbym wyjść na dwór… Mogę?
- Z kim? – Jego mama była zaskoczona. No tak, chyba jeszcze nigdy nie wychodził z kimkolwiek.
- Z koleżanką. Megan Night – zastanawiał się, co jego mama…
- Twoja dziew… - zaczęła z konspiracyjnym uśmiechem na ustach.
- Nie! – Zaczerwienił się. – Nie. Po prostu się przyjaźnimy!
- Okay, okay… Nie wnikam… - uniosła ręce. – Możesz iść, jasne. Ale poczekaj, jak ona ma na nazwisko?
- Night.
- Znam jej ojca, jest lekarzem. Leczył mnie.
- To jej opiekun. – Powiedział smutno.
- Opiekun? Co się stało z jej rodzicami?
- Nie żyją – mówił takim głosem, jakby informował mamę o pogodzie, albo podawał czas.  - Przykre.
Chwila ciszy.
- Chodźmy do lasu. Może znajdziemy jakieś rośliny. – Wstała i wyciągnęła do niego rękę. – Widziałeś, jak urosła ta,
którą mi wysłałeś? – Wskazała na coś, co wyglądało jak bluszcz i pięło się po ścianie ich domu.

„[…] Wilkorosty nie lubią ludzi. W ogóle nie lubią żadnych istot poza wilkami i tylko obok wilków rosną najlepiej. W naszych warunkach potrafią dorosnąć do trzech metrów wysokości, podczas gdy w naturalnym środowisku, nawet do ośmiu. „

- Wygląda ślicznie, nie sądzisz, mamo? – Zapytał.
- Tak. Masz rację.
Skierowali się, więc w stronę lasu. Było spokojnie. Remus lubił spokój, bo tak rzadko go miewał.
         Szli leśną drogą czując zapach lasu i słysząc śpiew ptaków. Tak, definitywnie Remus to uwielbiał. Takie mile spędzanie czasu z mamą było dla niego niesamowite. Co chwila śmiali się z czegoś.
- Zobacz – szepnęła jego mama, wyciągając rękę.
Kilka metrów od nich stał duży jeleń, łania i kilka małych jelonków. To wyglądało uroczo i nawet Remus, który nie za bardzo lubił takie słodkie określenia, nie potrafił znaleźć innego słowa, żeby to opisać.
         Odeszli powoli od mieszkańców lasu i skierowali się w przeciwną stronę. Szli pewnie z racji tego, że Hope znała ten las jak własną kieszeń, a Remus, jako wilkołak był świetnie obeznany w terenie.
- Mamo, tu gdzieś jest dyptam – powiedział.
- Skąd… - zaczęła Hope, ale po chwili przypomniała sobie o wyostrzonych zmysłach syna. – Gdzie dokładnie?
Remus wziął głęboki wdech i wskazał na małą polankę po ich prawej stronie.
- Idziemy – jego mama entuzjastycznie pociągnęła go za rękę.
Doszli do polanki i ich oczom ukazał się dywan z dużych, różowych kwiatów. W Remusa uderzył mocny balsamiczny zapach, był tak intensywny, że przyprawiał go o wymioty.
- Pójdę poszukać czegoś jeszcze… - powiedział, wycofując się.
- Dobrze, tylko uważaj – Hope się uśmiechnęła.
         Chodził pewnie po lesie, co jakiś czas nasłuchując, co się dzieje z jego mamą. Zawsze, kiedy wychodziła do lasu, martwił się o nią. A teraz nie było wiatru, więc każde silniejsze zwierzę mogło ją spokojnie i bez problemu wyczuć. Myśląc zwierzę, miał na myśli nienaturalnie wielkiego wilka, spragnioną pijawkę, napalonego diabła, albo zbłąkanego świętego. Tak, Remus dobrze wiedział, że wilkołaki, wampiry, demony i anioły uwielbiają ten las. Bo był przecież idealny. Gęsty, ciemny i daleko od osad ludzi. Rzadko kiedy ktoś tu chodził. Po prostu świetne miejsce spotkań dla nadnaturalnych.  Przeszedł go dreszcz obrzydzenia.
- Nigdy nie będę taki jak większość tych… Zwierząt – powiedział do siebie, przecierając twarz dłonią.
Ja już tak o nadnaturalnych mówimy…
Usłyszał coś. Coś… A może kogoś?
Wszedł na najbliższe drzewo i starał się jak najciszej oddychać.
- Nigdy! To jest obrzydliwe – usłyszał kobiecy głos.
- Przesadzasz Annabeth. Krew, to krew – tym razem męski, niski.
- A ja myślę, że nie. Piłeś kiedyś krew ludzką? – Kolejny męki głos, tym razem trochę wyższy.
- A po co? Nie jestem wampirem, tylko aniołem, jeśli nie zauważyłeś. Zresztą, po co tobie pić krew, wróżko?
- Nie mów tak do mnie. Przyczepiasz się, bo jestem elfem – Chyba się wkurzył.
- Od elfa, już blisko do irytującej wróżki, więc nie jest to bezpodstawne, Benjaminie – inny kobiecy głos. Niższy.
- Zamknij się Lilith.
Wysoki kobiecy głos należy do niejakiej Annabeth, czyli wampir. Elf ma na imię Benjamin. Ta ostatnia Lilith. A może to tylko przezwisko?
- Jasne. Ja piłam krew ludzką i zwierzęcą też. Ludzka jest o wiele lepsza. – Powiedziała Lilith.
- Po co piłaś krew? – Znowu ten niski głos. – Demony nie muszą…
- No i co? Jesteś bardzo wkurzający jak na anioła, Dave.
I kiedy Remus dopasował imiona do głosów, pojawili się pod drzewem, na którym siedział. Ich zapachy były tak różne, że od ich wdychania zakręciło mu się w głowie, ale na szczęście nie stracił równowagi.
- Co tutaj tak śmierdzi? – Zapytała Lilith. Była wysoką brunetką z bardzo kobiecymi kształtami.
- Psem. Wilkołakiem – wypluł Benjamin. Miał czarne włosy i łagodne rysy twarzy. No i szpiczaste uczy.
- Fu – podsumowała Annabeth. Jej długie blond włosy, sięgały prawie pasa, co sprawiało, że wyglądała na niższą, chociaż już i tak była niska.
- Tutaj przychodzi wiele nadnaturalnych. Nie dziwcie się – powiedział Dave, który miał mysie włosy i bardzo blade usta. Jak to anioły.
Po co tutaj wszedłem? Teraz nie ucieknę…
Załamał się. No i dodatkowo coś poczuł – swoją mamę.

O nie! Nie! 
- Mamo! Nie idź tu! – Mówił w jej głowie - Nie! Błagam, ni…
Nie zdążył, a raczej ona nie zdążyła niczego zrobić, bo weszła w pole ich wzroku i – co gorsza – węchu. 
- Kto to? – Zapytała Annabeth.
- A skąd mamy wiedzieć?! – Powiedział Dave z wyrzutem.
Lilith wstała i spojrzała na Hope.

- Nie patrz jej w oczy, to demon, mamo! 
Posłuchała.
 - Kim jesteś? – Zapytał Benjamin, podchodząc do jego matki.
- H-hope – powiedziała.
- Nazwisko?
- Lupin.
- Staraj się nie wsłuchiwać w jego głos. Elfy potrafią oczarować samymi... Słowami.
Hope zamknęła oczy. Teraz stała przy niej cała ich czwórka.
 - Co by z tobą zrobić… - zastanawiał się Dave.
- Róbcie z nią, co chcecie. Ja się już napiłam. – Stwierdziła Annabeth, odchodząc od nich.
- Ja nie będę marnować energii. Nie chcę – powiedziała Lilith.
Świetnie. Zostawcie ją z dwoma napalonymi zwierzętami. Tak. 
Nie pomyślał nawet o konsekwencjach. Zeskoczył z drzewa, lądując na ugiętych nogach. Czuł jak złość się w nim wzbiera, bo zobaczył, jak Benjamin całuję jego mamę w szyję, stojąc za nią. Dave stał przed nimi, a demon i wampir poszły gdzieś. Przynajmniej ma je z głowy. 
 - To dlatego tak tu śmierdzi psem! – Krzyknął Dave, patrząc na niego.
- Zostaw ją, wróżko – powiedział Remus, wiedząc, że to określenie zdenerwuje Benjamina.
- Dlaczego? Wybrałeś ją sobie za cel? No tak, przecież niedługo pełnia… Wilkołaki przed pełnią są podniecone… - opowiedział, odchodząc od jego mamy, która stała przerażona, nie mogąc się ruszyć.
- To moja mama głupku – powiedział przecierając twarz dłonią.
- Oh, synalek się znalazł – teraz ci dwaj stali obok niego.
Dave uśmiechnął się okropnie, a Benjamin podszedł do niego tak blisko, że Remus czuł jego oddech na sobie. Wtedy się zaczęło. Ale tak jak przy Lucjuszu i Bellatrix się powstrzymywał, tak teraz nawet nie próbował. Po prostu pozwolił wilkowi zawładnąć nim. Przemienił się z głośnym wyciem.
         Wilk miał jeszcze lepsze zmysły. Spojrzał na elfa i anioła. Ten pierwszy chciał go uderzyć, ale nie pozwolił mu. Wgryzł się z jego ramię i przewrócił go. Stał nad nim, trzymając jego ręce łapami. Uderzył go w twarz i Benjamin zemdlał. W tym samym czasie rzucił się na niego Dave. Ale tak samo jak poprzednik, nie zdążył nic mu zrobić.
- Rem… - usłyszał niedokończony wrzask mamy. Spojrzał na nią i zobaczył jak Annabeth wbija kły w jej szyję, a Lilith śmieje się głośno. Podbiegł do niej i jednym uderzeniem odciągnął ją od Hope. Potem krótkie ugryzienie i po sprawie. Został demon. Przez przypadek spojrzał jej w oczy.
- Przemienisz się z powrotem w człowieka. Już.
Zrobił to, co Lilith mu kazała. Dopiero teraz to zauważył. Ona była piękna! Idealna figura, śliczne oczy, melodyjny głos… Wszystko stanowiło niesamowitą całość. Złapała go za kołnierz koszuli i przyciągnęła do siebie. Jego mama zemdlała już kilka sekund temu.
                Lilith wpiła się w jego usta, a on nie protestował. Przecież tego właśnie pragnął. Objął ją w pasie i przyciągnął do siebie bliżej. Smakowała idealnie.
- Lupin, idioto! Zostaw ją, to przecież demon! – Usłyszał czyjś krzyk i oderwał się od jej ust. Megan.  
- Oh, nie przerywaj – powiedziała Lilith. Dotknęła szyi Remusa i pocałowała ją. On tylko przymknął oczy.
- Remus! Obudź się! Remmy…
Wtedy oprzytomniał. Odepchnął od siebie demona i przy okazji mocno pociągnął ją za włosy. Jęknęła z bólu i przewróciła się. Megan kopnęła ją w plecy z impetem, a gdy straciła przytomność, podeszła do Remusa i zaczęła nim szarpać.
- Co ty robisz?! Jak mogłeś dać się tak łatwo?! Głupek! – Puściła go. – Zabierajmy się stąd. Weź swoją mamę na ręce i chodź.
Remus był zbyt zdezorientowany i oszołomiony, więc wykonywał polecenia Megan jak robot. Szybko doszli do jego domu. Megan była… Szybka. Znowu to zauważył. Weszli do środka, Remus położył mamę na sofie. Obudziła się od razu, zerwała się i przytuliła Remusa, łapiąc go za szyję.
- Nic ci nie jest, kochanie – powiedziała z ulgą. Objął ją.
- Nic… - jego głos był… Dziwny. Hope pocałowała go w policzek i zwróciła uwagę na Megan.
- Dzień dobry… - bardziej zapytała niż powiedziała.
- Dzień dobry, pani Lupin. – Megan uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę – Megan Night.
- Ah, to ty! Z tobą Remus miał iść na dwór, prawda? – Zapytała, z uśmiechem ściskając jej dłoń.
- Tak, proszę pani.
                Chwila rozmowy i już siedział z Megan w ogródku, pijąc mrożoną kawę.
- Jak ty się znalazłaś w tym lesie? – Zapytał z wyrzutem.
- Powinieneś się cieszyć, gdyby nie ja… Nie chcę wiedzieć, do czego Lilith by się zmusiła.
Nie mógł w to uwierzyć. Megan go uratowała. Megan… Nie wiedział, dlaczego, ale miał przeczucie, że nie jest w stu procentach normalna.




Witam po dość długiej przerwie!
Czy mi się tylko wydaje, czy ta czcionka się zmienia?
Kopiuj z worda... Tragedia.
Jestem zła na pewną osobę, ponieważ miało być dzisiaj bardzo miło, ale wyszło jak wyszło i siedzę w domu nudząc się.
Przykro.
No dobra, nie przynudzam, tylko żegnam was i do napisania!
Lunaris