Siemka Wąchacze!
Rozdział jest uczczeniem nowego szablonu, a jest krótki... Bo jest mi przykro. Bo jest mało komentarzy, a niby 12 obserwatorów i niby ponad 8000 wyświetleń. Tylko co z tego, skoro bez moich odpowiedzi są po trzy komentarze? Nie liczę tych, które wymuszam na koleżankach (wiem, że nie chce wam się komentować, a jednej z was nawet czytać). Więc cóż, rozdział krótszy, chociaż i tak mi się nawet podoba.
A co sądzicie o szablonie? Świetny, nie? * .*
Czytajcie i komentujcie! Rozdział dosłownie na pięć minut. Ale wiadomo.
Trochę informacji odnośnie wszystkiego znajdziecie w bocznej kolumience. Jakby ktoś coś tam ten. XD
_________________________________________________________________________________
Za dużo informacji. Za dużo nadnaturalnych jak na jeden raz.
Peter był wręcz skonfundowany tym wszystkim, co powiedziała im profesorka. Za dużo jak na jedną lekcje i jak dla niego. Zawsze żył w przekonaniu, że nadnaturalni są... No inni. Nie tyle, że trzeba ich zabijać. Ale są inni. A tu nagle pojawia się pani Auditore i mówi te wszystkie rzeczy. Nie potrafił tego zrozumieć. Poza tym, Syriusz po tej lekcji powiedział, że coś zrozumiał i, że muszą porozmawiać. Nie byłoby to dziwne, ale powiedział to tylko do niego i Jamesa.
Usiadł - a w zasadzie opadł - na swoje łóżko i zakopał się w kołdrze. Nie lubił myśleć na takie mistyczne i okultystyczne tematy, bo zawsze sprawiało to, że czuł się źle. Teraz też tak było i bardzo go to irytowało. Położył się i nawet nie zdał sobie sprawy z tego, że zasnął.
***
- Gdzie on jest? - Zapytał zirytowany Syriusz.
- Tak go jest umawiać się z Peterem... - Burknął James.
Stali na korytarzu i czekali na swojego kolegę. Był wieczór, piątek. Niewiele osób wychodziło o tej porze z pokoi. Huncwoci zauważyli, że w piątek wieczorem wszyscy odsypiają i niewiele jest osób, które miały by ochotę błąkać się po zamku. Black westchnął.
- Bez nas on jest kompletnie nieogarnięty. Co on by zrobił, gdyby nas nie było?
- Umarłby - Sapnął Peter, opierając się o ścianę za nim. Biegł. - Zasnąłem! Przepraszam. - Wymamrotał.
Przyjaciele zaśmiali się cicho.
- Dobra, ważne, że przyszedłeś. - Powiedział Syriusz.
- Gdzie Remus?
Spojrzeli na niego głupio.
- Mówiliśmy, że go nie... - Zaczął James.
- Wiem. Dlatego pytam, czy wiecie gdzie jest. Żebyśmy go nie spotkali.
- Nie pomyślałem o tym... - Przyznał Black.
- Ha. A ja sprawdziłem. W zasadzie dowiedziałem się przypadkiem. Zostawił kartkę w sypialni. Jest w bibliotece i raczej szybko z niej nie wyjdzie. - Powiedział Peter tryumfalnie.
- To, po co robisz problemy?? - James zdenerwował się.
- Chciałem wam pokazać, że to nie jest bezpieczne i, że powinniście bardziej uważać.
Peter ostatnimi czasy stał się bardziej śmiały. Już nie chodził za nimi, ale teraz często droczył się z przyjaciółmi i brał żywszy udział w wymyślaniu żartów. Chłopcy przyjęli to z zaskoczeniem, ale także ze szczęściem. Cieszyli się, bo każdy z nich miewał czasem uczucie, jakby Peter był smutny. Jakby go nie doceniali. Tylko, że było inaczej. To on nie chciał nic mówić. A teraz to się zmieniło i każdy z nich miał tyle samo do powiedzenia.
- Dobra. - Syriusz machnął olewająco ręką. - Słuchajcie. Wywód Auditore o nadnaturalnych. Słuchaliście?
- Jak mógłbym nie - Powiedział Jim. - To było świetne, tym bardziej, że normalnie się o tym nie mówi.
Peter westchnął.
- Słuchałem. Ale nie lubię tych tematów.
- To będziesz musiał się do nich przyzwyczaić, bo będziemy w nich po uszy - Syriusz spojrzał prosto na niego.
- Dlaczego?
Pettigrew zastanawiał się, co jego przyjaciel znowu wymyślił i dlaczego nie chce, żeby Remus - najmądrzejszy z nich - brał w tym udział.
- Bo... Remus. Zauważyliście jego zniknięcia, jego rany, jego oczy, zwinność...
James zaczynał rozumieć.
- Ma wyczulone zmysły... - dodał.
Peter spojrzał na nich z lekka przestraszony.
- Chyba nie myślicie, że... No on nie... Czym niby?
- A na czyj temat wie tak wiele?
James spojrzał na przyjaciela zdziwiony.
- Wilkołaki... - wyszeptał.
Syriusz pokiwał głową.
- Tylko wiecie. Nie mamy jasnych dowodów, podstaw. Mamy tylko przypuszczenia. Musielibyśmy sprawdzić to dokładniej, porównać z tym, co zauważamy u Remusa... Nie możemy oskarżyć go o coś, co nawet nie jest pewne.
- Mądre to, Syriusz - powiedział Peter.
Black zaśmiał się.
- To była jedna z dłuższych i inteligentniejszych przemów, jakie wygłosiłem w całym życiu. Czyli to jest naprawdę ważne!
- Ale jeśli chcemy... Coś z tym zrobić, to trzeba będzie trochę poszukać. - Zauważył James.
- No i wypadałoby zadać sobie pytanie... Dlaczego nam nie powiedział - Odezwał się Syriusz, ponurym głosem.
Nastała niezręczna chwila ciszy, którą przerwał Peter.
- Ale czy wy byście powiedzieli? Boi się, że go nie zaakceptujemy. Jak większość społeczeństwa czarodziejów.
Syriusz pokręcił głową.
- Ale jesteśmy jego przyjaciółmi...
- Ja go rozumiem. Chce mieć normalne życie i nie wierzy w to, że można go akceptować - Powiedział dyplomatyczne James.
Syriusz westchnął. Nadal nie był zbyt przekonany.
- No to... Co chcemy zrobić? Na pewno przyda nam się profesorka Auditore.
- I biblioteka. - Jęknął Peter.
Każdy z nich lekko westchnął. Tylko Remus lubił bibliotekę. A im się to teraz nie przyda. Nawet wręcz przeciwnie.
***
Nie lubił czegoś nie rozumieć. Tym bardziej, jeśli chodziło o jego przyjaciół. Od jakiegoś czasu jego wszystkie myśli kręciły się wokół Remusa. Nie mógł zrozumieć, dlaczego nie powiedział im o tym. Dlaczego to ukrywał. Przecież to nie było aż takie straszne. Byli sobie tak bliscy, Syriusz myślał, że ufają sobie. Był zły na Remusa, chociaż jego przyjaciele tłumaczyli mu to, co kierowało Lupinem. Ale on i tak nie chciał przyjąć tego do wiadomości. Gryfoni są wierni i on też taki będzie. Oczywistym jest, że zostanie przy Remusie. Ale skoro ten nie ufał im na tyle, żeby wyznać prawdę, to czy będzie ufał w innych sprawach?
Z drugiej strony podejście do nadnaturalnych w ich czasach było okropne. Zrozumiałym więc było, że Remus bał się im powiedzieć. Wszyscy wiedzą, z jakiej rodziny pochodzi Syriusz. Blackowie są rodem z tradycjami. Z okropnymi tradycjami. Z bestialskimi tradycjami. Tylko tego na drzewie genealogicznym nikt nie dopisał. Bez problemu mógł sobie wyobrazić, jak zareagowałby jego brat, rodzice, kuzynostwo… Każdy z nich chciałby pozbyć się wilkołaków, wampirów i tym podobnych, z powierzchni ziemi. To rozumiał. Ale James i Peter? Przecież oni ani ich rodziny nie wykazywały szczególnej nienawiści do nadnaturalnych. Może Remus uważał, że każdy jest taki jak rodzina Blacków? Syriusz chciał to wiedzieć.
Postanowił odwiedzić profesorkę Auditore. Ona – z tego, co usłyszał na lekcji – znała się na nadnaturalnych. Dlaczego by nie sięgnąć do niej po radę? Szedł ciemnymi korytarzami, kompletnie nie zwracając uwagi na otoczenie. Zostały jeszcze dwie godziny do ciszy nocnej. Miał trochę czasu. Zresztą, cisza nocna nie obowiązuje Syriusza Blacka. Z takiego wychodził założenia.
Idąc, nadal rozmyślał o Remusie i o nadnaturalnych. Kto w ogóle ich tak nazwał? Przecież czarodzieje też nimi byli. Dlaczego więc uważają się za kogoś lepszego, skoro są równi? To przecież nie miało sensu. Tylko, że tak samo robili nefilim. Mieli dokładnie takie samo myślenie. Dlaczego niektórzy uważają się za lepszych? Syriusz z bólem uznał, że chyba jest za młody, żeby to zrozumieć. Zabawne było to, że nienawidził, kiedy ktoś takimi słowami wykręcał się od odpowiedzi. A nagle on uznaje, że czegoś rzeczywiście nie potrafi zrozumieć. Przerywając swoje rozmyślania, zapukał do drzwi gabinetu profesorki Obrony przed Czarną Magią.
- Proszę! – Usłyszał podniesiony głos nauczycielki.
Wszedł do środka.
Gabinet pani Auditore był przestronnym pomieszczeniem. Drzwi wejściowe były na środku ściany. Po ich lewej stronie stała szafa, a po prawej półka na książki. Na ścianach w kolorze beżowym wisiały obrazy i jedno lustro. Przy lewej ścianie stała kolejna szafka, na której leżały porozrzucane kartki z symbolami i runami, zapisane także słowami w języku, którego Syriusz nie znał. Naprzeciw niego stało biurko, za nim dwa okna i kolejna półka na książki, a przed nim dwa duże fotele. Uśmiechnął się.
- Dzień dobry – powiedział.
- Dzień dobry, Syriuszu. Co cię tu sprowadza? – Zapytała profesorka, odgarniając rude loki z twarzy. Odkryła tym gestem swoją lekko okrągłą twarz z delikatnymi piegami, małym nosem, pełnymi ustami i ładnymi, czekoladowymi oczami. To była ładna kobieta, która mogła mieć maksymalnie 25 lat.
- Chciałem z panią porozmawiać o… Nadnaturalnych – powiedział w końcu.
Nauczycielka przyjrzała mu się. Czuł się jakby prześwietlała go wzrokiem. Nie lubił, kiedy ktoś tak robił. Nienawidził, bo kojarzyło mu się to z jego matką.
- Będziemy się tego uczyć na lekcji – powiedziała powoli.
Speszył się. Co powiedziałby Remus?
- Ale mnie to bardzo interesuje! Jak pani zaczęła to opowiadać… Ja po prostu chciałem dowiedzieć się więcej – modlił się w duchu, żeby to wystarczyło.
- No dobrze – uśmiechnęła się po chwili. – Usiądź – wskazała na krzesło.
Syriusz westchnął. Udało się.
- Czego chciałbyś się dowiedzieć? – Zapytała.
Obrał już taktykę. Nie będzie prosto z mostu pytał o wilkołaki. Black był bowiem pewien, że nauczyciele wiedzą o… Przypadłości Remusa. Dlatego zadał inne pytanie.
- Dlaczego czarodzieje i nefilim tworzą jakby własne społeczności?
Profesorka zastanowiła się.
- Nie da się tego wytłumaczyć. Wielu naukowców i filozofów próbowało to wyjaśnić. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że istnieje normalne prawo dla wszystkich, politycy, urząd. Państwo. Wszystko. Ale poza tym każda z ras ma swoje szkoły, ministerstwa i tym podobne. My mamy szkoły magii, Ministerstwo, Pokątną… Nefilim mają instytuty i Clave. Czarownicy Spiralne Labirynty, czyli szkoły. Wampiry swoją radę. Wilkołaki Praetor Lupus. I wiele innych rzeczy, o których może nawet nie wiem. To jest skomplikowane.
Syriusz słuchał tego z szeroko otwartymi oczami. Jak to możliwe, że nigdy tego nie zauważył? Szybko jednak ogarnął się i uczepił tematu wilkołaków.
- Praetor Lupus? Co to?
- Wilcza Straż. Coś jak wiedźmini… - Kiedy nauczycielka spostrzegła jego pytający wzrok, dodała – albo nasi aurorzy.
Pokiwał głową, która zaczynała go boleć. Słuchał tego wszystkiego, tylu nowych nazw i wiadomości i przy okazji starał się to uporządkować, oraz wytłumaczyć. Za dużo.
- Wilkołaki nie mają nic poza tym? Szkół… Nic? – Zapytał.
- Nie. Tworzą tylko sfory. Oczywiście najbardziej znaną jest sfora Mortis. Śmierci. Od Greybacka. Ale niektóre wilkołaki żyją same. Są samotnymi wilkami.
- Likantropia… Kto był pierwszym wilkołakiem?
- Mówiłam już, że likantropia była chorobą demoniczną. Potomkowie tych chorych dziedziczyli wilkołactwo, ale już nie, jako chorobę, a jako rasę. Demony, które spowodowały tą epidemię wymarły. Teraz wilkołaki to rasa, a likantropia nie jest uznawana za chorobę. Bo nie da się z niej wyleczyć.
Profesorka wstała. Syriusz patrzał, jak podchodziła do półki za biurkiem i sięgała z niej kilka książek. Rozłożyła je na blacie. - To wszystko jest o wilkołakach, ale naukowo. Napisane przez likantropów, ale nie tylko – tych książek było siedem. Każda z wybitnie mroczą okładką. – Ta – wskazała na zieloną, z czarnym wilkołakiem na okładce – jest pióra człowieka. W świecie mugoli… Przyziemnych… Nazwij ich jak chcesz. Tam też są ci, którzy wiedzą o nas. Muszą być.
Syriusz zaczął powoli przeglądać książki.
- Wilkołak. Pół człowiek pół wilk – zaczęła mówić Aurelia. Syriusz rzucił na nią okiem i uśmiechnął się pod nosem. Połknęła haczyk .
* - Moje wymysły. Zapomnijcie, jak to wyglądało w innych książkach i pamiętajcie, że to moja historia X3 (wiem, że Spiralny Labirynt to nie była szkoła. Wiem :D )
piątek, 20 marca 2015
niedziela, 1 marca 2015
Rozdział 27.
Kolejnych kilka dni, wyglądało typowo - lekcje, wypracowania, chwila odpoczynku. Huncwoci
nie lubili nudy, ale jednocześnie przez ten marazm nie mieli chęci na robienie czegokolwiek.
- Musimy to zmienić, serio. Zaczyna się robić zbyt spokojnie - stwierdził James pewnego wieczoru.
- Jutro sobota. Ogarnijmy coś - powiedział Peter, znudzonym głosem.
- Coś? To musi być niesamowite i z rozmachem! - Krzyknął Syriusz, któremu nagle wróciły siły.
Remus patrzał na nich spod pół-przymkniętych powiek. Nie chciał robić czegokolwiek. Chciał skupić się na nauce i zadaniach domowych. Dlaczego oni cały czas musieli coś robić? Nie mogli być normalnymi uczniami?
- Zrobimy imprezę! - Krzyknął Syriusz.
Chyba nie mogli.
- Jaką imprezę, Syriusz?! Gdzie?! Proszę Cię, przesadzaj. - Mruknął Remus.
- Nie przesadzam. Ty wróciłeś, a my tego nie uczciliśmy!
Remus westchnął. Na prawdę nie miał ochoty na imprezę. Po co?
- No Remmy... To przecież świetny pomysł! - James dołączył do swojego najlepszego przyjaciela.
- Będzie super! - Następny, któremu wróciła energia. Peter zerwał się z łóżka i podszedł do Remusa. - Zgódź się! - Pettigrew potrząsnął nim.
- No dobra. Ale gdzie wy...
- Tu - Syriusz wypowiedział to głosem małego dziecka. - Damy radę. To wszystko się przeniesie w jedno miejsce... - Wskazał na łóżka i etażerki.
Remus był z lekką przerażony. Perspektywa czegoś takiego była okropna.
- P-powedzmy, że się zgadzam. Ktoś poza nami tez będzie? - Zapytał niepewnie.
Huncwoci zamyślili się.
- No Damien, Erick, Megan... - zaczął wymieniać Syriusz.
- Lily, Eleanor, Dorcas... - Dodał James.
- I ta... Agatha. Można by też ogarnąć Kingsley’a - Powiedział Peter.
Remus spojrzał na nich zdziwiony.
- W porządku. Ale ja nic nie organizuję. - Uniósł ręce do góry.
Przyjaciele parsknęli śmiechem.
- Jasne, Remmy! - Krzyknęli jednocześnie.
***
Wszystko było gotowe. Meble z pokoju zostały ustawione pod ścianami, Syriusz zorganizował odtwarzacz, Peter zajął się jedzeniem, a Remus i James efektami. Teraz wystarczało poczekać, aż wszyscy się zjawią. Takie oczekiwanie zawsze jest najgorsze. Trzeba być wybitnie cierpliwym, żeby to wytrwać bez stresu…
- KIEDY ONI PRZYJDĄ?! – Krzyknął James po dwudziestu minutach oczekiwania.
- Umówiliśmy się na dwudziestą, jest dziewiętnasta dziesięć, Jim – mruknął Remus. Leżał na łóżku i czytał książkę. Wyglądał tak, jakby to wszystko go nie obchodziło.
- Ale ja już chcę… - Czarnowłosy zrobił minę zbitego psa.
- Właśnie! Tu wszystko tak czeka, stoi i też się nudzi… - żachnął się Syriusz.
- Przesadzacie. – Remus spojrzał spod pół przymkniętych powiek na Petera, który dekorował ciasteczka. – Czemu to robisz, Peter?
Pettigrew oderwał się od swojego zajęcia i spojrzał na Remusa.
- Chcę żeby było ładnie – powiedział.
Jego przyjaciele zaśmiali się.
- Ty chyba będziesz cukiernikiem, co? – Podsunął Syriusz, podchodząc do Petera i uderzając go lekko w ramie.
- Może. Albo po prostu kucharzem. To chyba najbardziej do mnie pasuje. Raczej aurorem nie zostanę – uśmiechnął się.
- Taa… To chyba nie dla ciebie – zaśmiał się James. – Ja będę aurorem! – Uderzył się w pierś. – A ty Syriusz?
Brunet spojrzał na niego.
- Nie wiem. Może auror to nie jest taki zły zawód… Ale nie wiem – wzruszył ramionami. – Remmy?
Remus zastanowił się. Jaki zawód mógłby wybrać? Czy cokolwiek było dla niego odpowiednie? Może inaczej. Czy ktokolwiek dałby mu pracę?
- Nigdy się nad tym nie zastanawiałem – powiedział. – Nie mam pojęcia.
Wszyscy wzruszyli ramionami.
- Będziemy mieć potem jakieś spotkania w sprawach zawodu, nie? – Zapytał James.
- Tak – mruknął Remus.
- To miło. Może ci to pomoże, Remm.
Remus tylko odburknął coś niezrozumiale.
Ktoś zapukał do ich drzwi. Syriusz rzucił się, by je otworzyć i po chwili wrócił z Megan. Miała na sobie krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach. Pomimo zimy.
- Wiecie, że możemy mieć kłopoty, bo cisza nocna zaczyna się o dziesiątej? – Powiedziała, siadając na podłodze i opierając się o ścianę.
- To nie był mój pomysł. Ja uważam, że to, co tu się dzieje i dziać będzie, to tragedia – stwierdził Remus.
- O! A jeszcze przed chwilą nam pomagałeś! Ty zdrajco! – Peter wskazał na niego palcem.
- Pomagałem, bo tego wymagaliście. Miałem patrzeć jak sami się męczycie z tymi meblami? Wtedy od razu byście mnie zabili – westchnął.
Megan zaśmiała się.
Po niedługim czasie ich dormitorium wypełnione było ludźmi. Każdy, kto miał przyjść, przyszedł. Było miło. Muzyka wypełniała pokój, jednakże nie była nachalnie głośna, więc raczej nikt nie powinien mieć problemów.
- A teraz wznieśmy soczkowy toast – powiedział Syriusz, stając na wyczarowanym przez Remusa podeście. Peter w tym czasie lawirował między przyjaciółmi, rozdając im soczki z liczi i cytryny (żeby miały kolor, co najmniej likieru). – Ponieważ ta impreza zorganizowana została pod pretekstem powrotu Remusa…
- Wcale nie chodziło o to, że było nudno, nie… - Powiedział James na tyle głośno, żeby wszyscy słyszeli, ale na tyle cicho, żeby można było uznać to za uwagę do Syriusza. Wszyscy parsknęli śmiechem.
- … Pociągnijmy to dalej i wznieśmy toast za to, że Remmy wrócił do nas zdrowy. Tak – Syriusz uniósł swoją szklaneczkę i wypił jej zawartość za jednym razem.
Kiedy Syriusz skończył mówić, zza jego pleców wystrzeliły kolorowe fajerwerki – to właśnie te „efekty” przygotowywali James i Remus. Między innymi te. Remus uśmiechnął się.
Cała impreza trwała do dwunastej w nocy. Wszyscy świetnie się bawili. Nawet Agatha, która na początku stała ze swoimi koleżankami, wyraźnie negatywnie nastawiona to całego przedsięwzięcia. Później i ona zaczęła tańczyć, tak jak każdy.
- To jednak wyszło – szepnął Remusowi do ucha James, kiedy wszyscy bawili się w najlepsze, a oni stali z boku.
- Taa… Ale ja nadal się boję.
- Czego?
- Że profesorka przyjdzie. Że ktoś jej powie.
James spojrzał na niego badawczo.
- Niby kto miałby? Nikt z innego domu nie wie, a nasi nie powiedzą, bo nas lubią. Poza tym… Też chcą unikać awantur.
- Nie wiem. Po prostu nie chcę, żeby to wszystko wyszło na zewnątrz.
- Nie wyjdzie – James poklepał go po ramieniu. – Będzie dobrze, zobaczysz. Chodź tańczyć.
- Zapraszasz mnie do tańca? – Remus zakrył sobie usta dłonią, jak to robią te dziwne dziewczyny na filmach. James zaśmiał się.
- Tak, mój drogi – ukłonił się u podał mu swoją rękę. Remus chwycił ją i po chwili tańczyli obok siebie, śmiejąc się wesoło.
Można upić się soczkiem z liczi.
***
Kiedy wszyscy poszli, Huncwoci byli tak zmęczeni, że nie chciało im się nawet odsuwać mebli na swoje miejsce. Po prostu położyli się na jakby wspólnym łóżku złożonym z dwóch osobnych i zasnęli.
Rano Remus jak zwykle obudził się pierwszy. Poszedł do łazienki, ogarnął się i kiedy wyszedł spojrzał na zegarek. Była ósma. Remus zastanowił się, dlaczego tak szybko się obudził. Ogólnie rzecz biorąc, nie był rannym ptaszkiem. Wstawał szybko tylko wtedy, kiedy miał coś ważnego do zrobienia. Ale co miał zrobić? Nie pamiętał.
Obudził swoich przyjaciół, – co oni przyjęli głośnymi jękami niezadowolenia - po czym zaczęli sprzątać. Zajęło im to trzy i pół godziny – dla porównania przygotowanie trwało półtorej –, więc kiedy skończyli znów położyli się spać.
***
Syriusz nie spał dobrze po sprzątaniu dormitorium. Można by powiedzieć, że wręcz przeciwnie – spało mu się okropnie. Nękały go koszmary. Śniło mu się, że matka go wydziedzicza, że bije go znienawidzonym przez niego skórzanym i grubym paskiem. W zasadzie to pierwsze było tylko przewidywaniem przyszłości, zaś drugie – wspomnieniem. Nie dziwnym, więc było, że wstał po godzinie snu. Wygramolił się z łóżka i uśmiechnął, patrząc na swoich przyjaciół. Spali słodko, jeden obok drugiego. Kiedy tylko James (obok którego spał Syriusz) poczuł, że ma wolną przestrzeń, od razu zmienił pozycję. Syriusz zaśmiał się cicho i przebrał się, po czym wyszedł z pokoju. Był głodny, więc skierował się do kuchni. Nie było sensu iść do Wielkiej Sali, ponieważ pora śniadaniowa dawno minęła.
Kiedy wychodził, spotkał Ericka.
- Cześć Erick! – Przywitał go z uśmiechem. – Wyspany?
- Nawet… Razem z chłopakami spaliśmy chyba do jedenastej. A i tak jesteśmy trochę zmęczeni – zaśmiał się.
- No tak… Trochę to wczoraj trwało.
- Taa… Chyba w przyszłości będziecie organizować takie imprezy, ale na cały dom, co? Czuję to. Macie do tego smykałkę. Wyszła wam, ta wczoraj.
Syriusz spojrzał na niego uradowany
- Może. Nie, no… Na pewno! – Klasnął w dłonie.
Erick zaśmiał się.
- A co z waszym pokojem? Już posprzątany?
- Tak. Ogarnęliśmy go jakaś godzinę temu.
- Ile wam to zajęło.
- Trzy i pół godziny mojego życia zmarnowane! – Syriusz wyrzucił ręce w górę.
- No tak – Erick poklepał go po ramieniu. – Ej, Syriusz. Przypomnisz Remusowi, żeby się ze mną spotkał?
Syriusz spojrzał na niego zdziwiony.
- Jasne.
Erick uśmiechnął się w odpowiedzi i poszedł w swoją stronę.
Syriusz poszedł do kuchni. Od jakiegoś czasu nękała go dziwna myśl – z Remusem jest coś nie tak. Co miesiąc znika i za każdym razem ma inne wytłumaczenie. Wraca zmęczony, z rozcięciami na rękach, czasem na twarzy. Często ma siniaki. Poza tym jest bardzo zwinny i szybki, nie wspominając już o jego niebywałym słuchu. Co jest nie w porządku? Może jego rodzice znęcają się nad nim? Nie… To niemożliwe. Widział przecież jego rodziców na peronie. Wyglądali na szczęśliwą rodzinę. Poza tym Remus do nich pisze i zawsze wyraża się o nich w miły sposób. Ale i tak coś mu nie pasowało. Nie był przecież idiotą. Potrafił zauważyć takie rzeczy. Tylko, o co chodziło?
***
- Gdzie Syriusz? – Zapytał James, siadając przy stoliku w Pokoju Wspólnym.
- Tutaj! Ha-ha! – Krzyknął Black, siadając obok niego i kładąc nogi na stole.
Remus spojrzał na niego z dezaprobatą.
- Weź to – wskazał na niego.
- Przestań. Zresztą i tak musisz iść. Erick kazał ci przypomnieć.
Wilkołak uderzył się mocno w głowę. To to była ta ważna rzecz! Miał się z nim spotkać rano!... O dwunastej, dobrze… No, ale rano.
- Dzięki, że mi przypomniałeś, Syri.
- Nie ma, za co – Syriusz wzruszył ramionami.
Remus stał pod drzwiami do sypialni Ericka i czekał, aż ktoś mu otworzy. W końcu doczekał się.
- Cooo – Damien nie ukrył ziewnięcia. Wyglądał zabawnie. Miał na sobie duży sweterek i czarne spodnie, ale poza tym jego długie do linii ramion, blond włosy z czarnymi odrostami, były we wielkim nieładzie, a na jego policzkach rozlewały się rumieńce. Przecierał oczy dłonią.
- Spałeś? – Zapytał Remus retorycznie.
- Taa… Co się stało?
- Jest Erick? – Remus zajrzał do sypialni.
- E-e. Poszedł na błonia.
- Oh. Dzięki Damien!
- Spoko. Idę spać – mruknął i odwrócił się, zamykając drzwi.
Remus biegł na błonia, jednocześnie wzrokiem przeczesując korytarz. Erick mógł przecież już wracać. Miał nadzieję, że uda mu się go znaleźć i, że chłopak nie będzie na niego zły. Wybiegł z zamku i od razu zobaczył Ericka. Podszedł do niego.
- Przepraszam – powiedział.
Erick spojrzał na niego pobłażliwie.
- Jasne. Przecież byliście zajęci, poza tym zmęczeni. Mogłeś zapomnieć – uśmiechnął się. – Jak się czujesz?
Remus bardzo lubił Ericka właśnie za to. Był bardzo wyrozumiały, a poza tym szczery i opiekuńczy.
- Dobrze. Teraz mów, co się stało.
Erick westchnął.
- Moja mama jest chora. A ze względu na pewne… Niedogodności… Nie może jechać do szpitala. Mój tata jest uzdrowicielem, więc wie, co robić, ale nie ma podstawowego składniku eliksiru. Nie chce zostawiać mamy w domu, żeby nic jej się nie stało, kiedy będzie na Pokątnej, więc potrzebuje mnie. – Wyjaśnił Erick. – Musimy znaleźć tojad. Ja nawet nie wiem, gdzie go szukać, ale ty słuchasz na zielarstwie.
- Tak. Ale… Musimy wejść do… - Remus spojrzał w stronę Zakazanego Lasu.
- Wiem. Właśnie, dlatego biorę ciebie, a nie Damiena. On by nie dał rady. Dzisiaj jest zbyt zmęczony. Wczoraj daliście ten soczek z liczi. Okazało się, że Dam jest uczulony i teraz źle się czuje. Ale nie pójdzie do pielęgniarki, bo musiałby powiedzieć, co się stało.
- Naprawdę? – Remus się zaśmiał. – Kurcze, to źle. Ale raczej mu przejdzie. Wracając, to wiesz… Ten las jest… Zakazany…
- No.
Remus spojrzał na niego badawczo.
- Chodźmy – odpowiedział zanim niepewność wzięła górę.
Erick uśmiechnął się i razem poszli do Lasu.
Młody Lupin zdziwił się, jak bardzo ciemno było w lesie, pomimo tego, że świeciło słońce. Było tu zimno, pachniało zgnilizną, a wokół roznosiły się nieprzyjemne dźwięki.
- Nie jest to szczególnie przyjemne – mruknął Erick, kiedy kropelka wody, wpadła mu za kołnierz kurtki.
- Zgadzam się.
Podobno wilkołaki mogą wyczuć tojad. Bo to działa na nie odstraszająco. Remus węszył, więc w poszukiwaniu rośliny. Po jakimś czasie znalazł trop.
- Chodźmy. – Wskazał na jedno z rozwidleń. Erick pomaszerował za nim.
-A jak coś nas zaatakuje? – Zapytał.
- Cóż. Jakoś sobie poradzimy.
Dalej szli w ciszy.
W końcu znaleźli roślinę. Tylko był problem. Remus pamiętał z lekcji obrony przed czarną magią, że Błotoryje chętnie jedzą tojad. Teraz, kiedy stał razem z Erickiem niedaleko tej rośliny, zobaczyli, że z gęstwin zarośli wychodzi około dziesięć tychże stworzeń.
- Pamiętasz, jakie zaklęcia na nie działają? – Zapytał Erick.*
- Orchideus, avifoures, ebublio, inflantus… I boją się iskier, więc relashio też ma sens. – Wyrecytował Remus.
Obydwoje wyciągnęli różdżki i stanęli do walki o tojad.
Zabicie Błotoryja wcale nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać. Te stworzenia miały grubą skórę, pokrytą łuskami, więc trzeba było dobrze celować i rzucać jak najmocniejsze zaklęcia, żeby umarły.
- Avifoures! – Krzyknął Remus, skupiając całą swoją uwagę na jednym z dwóch atakujących go Błotoryjów.
Kątem oka widział, jak Erick odsuwa się od trzech napastników i dotyka krwawiącego uda. Te stworzenia mają ostre zęby.
- Inflantus! – Jeden z błotoryjów umarł. Został mu jeszcze jeden i trzy pozostałe, które jak na razie patrzały na wszystko z boku. Poza tym Erick nadal walczył z dwoma.
- Orchideus! Ebublio! Inflantus! – Kolejny napastnik umarł.
Kiedy rozprawili się ze wszystkimi, zerwali tojad, włożyli go do puszki, którą Erick wziął ze sobą i pobiegli w stronę wyjścia.
- Erick, nic ci nie jest? – Zapytał Remus, patrząc na krew na spodniach kolegi.
- Nie. Jest dobrze. Uleczyłem się – Erick uśmiechnął się.
Nagle coś wyskoczyło z krzaków i powaliło Ericka na ziemię. Remus spojrzał na to stworzenie. Był to erkling. Wysoki na trzy stopy, patyczkowaty stwór, posługujący się czymś na kształt pukawki. Zza krzaków wyszedł kolejny i Remus cofnął się o krok.
- Cóż. Jakoś sobie poradzimy.
Dalej szli w ciszy.
W końcu znaleźli roślinę. Tylko był problem. Remus pamiętał z lekcji obrony przed czarną magią, że Błotoryje chętnie jedzą tojad. Teraz, kiedy stał razem z Erickiem niedaleko tej rośliny, zobaczyli, że z gęstwin zarośli wychodzi około dziesięć tychże stworzeń.
- Pamiętasz, jakie zaklęcia na nie działają? – Zapytał Erick.*
- Orchideus, avifoures, ebublio, inflantus… I boją się iskier, więc relashio też ma sens. – Wyrecytował Remus.
Obydwoje wyciągnęli różdżki i stanęli do walki o tojad.
Zabicie Błotoryja wcale nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać. Te stworzenia miały grubą skórę, pokrytą łuskami, więc trzeba było dobrze celować i rzucać jak najmocniejsze zaklęcia, żeby umarły.
- Avifoures! – Krzyknął Remus, skupiając całą swoją uwagę na jednym z dwóch atakujących go Błotoryjów.
Kątem oka widział, jak Erick odsuwa się od trzech napastników i dotyka krwawiącego uda. Te stworzenia mają ostre zęby.
- Inflantus! – Jeden z błotoryjów umarł. Został mu jeszcze jeden i trzy pozostałe, które jak na razie patrzały na wszystko z boku. Poza tym Erick nadal walczył z dwoma.
- Orchideus! Ebublio! Inflantus! – Kolejny napastnik umarł.
Kiedy rozprawili się ze wszystkimi, zerwali tojad, włożyli go do puszki, którą Erick wziął ze sobą i pobiegli w stronę wyjścia.
- Erick, nic ci nie jest? – Zapytał Remus, patrząc na krew na spodniach kolegi.
- Nie. Jest dobrze. Uleczyłem się – Erick uśmiechnął się.
Nagle coś wyskoczyło z krzaków i powaliło Ericka na ziemię. Remus spojrzał na to stworzenie. Był to erkling. Wysoki na trzy stopy, patyczkowaty stwór, posługujący się czymś na kształt pukawki. Zza krzaków wyszedł kolejny i Remus cofnął się o krok.
Zaklęcie, zaklęcie…
Gorączkowo myślał, jak je unieszkodliwić. Przypomniało mu się jedno z zaklęć, jakie podawała pani Auditore na lekcji. Pullus.- Pullus! – Krzyknął. Nic się nie stało. Po kolejnych dwóch próbach został postrzelony z broni jednego z erklingów. Okazało się, że jest to zwykły kawałek zaostrzonego drewna. Ale i tak zabolało. Erklingi zbliżały się do niego, a on nadal nie wiedział jakiego zaklęcia użyć. Postanowił spróbować jeszcze raz. Skupił się na tym, co chciał uzyskać, spojrzał na stworzenia…
- PULLUS! – Ryknął.
Zaklęcie zadziałało lepiej niż myślał. Biały płomień wystrzelił z jego różdżki i powalił napastników. Remus wyminął ich i podbiegł do Ericka, leżącego na ziemi.
- Erick, ej, Erick! – Poklepał go po twarzy. Na szczęście przyjaciel otworzył oczy. – Jak się czujesz?
- Boli mnie klatka piersiowa – mruknął.
- Volnera Samatur – szepnął Remus, celując różdżką w Ericka. Ten jęknął cicho. – Anapneo.
- Oo… Już lepiej – Erick westchnął głęboko. – Uciekajmy, zanim jeszcze coś nas zaatakuje.
Kiedy wybiegli z lasu, był już wieczór. Remus oparł się o jedno z drzew i odetchnął głęboko.
- Wracajmy do Pokoju. Chcę już odpocząć – mruknął.
Poszli, więc.
Udało im się bez większych problemów dojść do portretu Grubej Damy.
- Dziękuję ci Remmy. Dziękuję za pomoc – Erick przytulił go.
- Nie ma, za co.
***
Remus bardzo lubił lekcje obrony przed czarną magią. Były przydatne – o czym już sam kilkakrotnie się przekonał – i przyjemne. Huncwoci szli pod klasę pani Auditore, rozmawiając wesoło. Doszli równo z dzwonkiem. Jak zawsze.
Lekcja zapowiadała się ciekawie. Profesorka przyniosła ze sobą kilka zwiniętych pergaminów i dwie stare księgi.
- Dzisiaj, moi drodzy, porozmawiamy o innych rasach. Tak zwanych nadnaturalnych. – Remus wzdrygnął się. – Niektórzy mogą uważać, że to nie są ludzie, tylko zwierzęta. Tak nawet traktuje się och w naszym podręczniku. Ale ja wam powiem, że tak nie jest. To są istoty obdarzone specjalnymi zdolnościami. Każda z ras ma swoją historię i każda jest niesamowita. Bo czym jesteśmy my? Ludźmi, którzy dostali dar władania magią. Ale to samo otrzymali czarownicy. Bo są czarodzieje i czarownicy. Tylko, że my musimy używać różdżek, nie odprawiamy rytuałów… Czarownicy nie potrzebują artefaktów. Może nielicznie używają specjalnych, rzeźbionych noży. Poza tym, oni lubują się w magii rytualnej, przyzywają demony… Bo właśnie od czarnych demonów powstali. Od Lilith. I właśnie. Czarne demony są stworzeniami. Nie mają klasyfikacji ludzkiej. Za to białe demony już tak. Biały demon, to człowiek z mocami demonów. Może wniknąć do naszego ciała i zawładnąć nim. Może posługiwać się czarnomagicznymi artefaktami, żeby mieć większą moc. Odłamem białych demonów są Inkuby i Sukkuby. To połączenie wampira i demona. Poźniej są wampiry i wilkołaki, które powstały przez choroby demoniczne. Dalej Nefilim, potomkowie Rzjela. Pół ludzie-pół anioły. Anioły… Dzieci Archaniołów lub jak kto woli Aniołów… Prawdziwych, tych bożych, świętych. Anioły jako nadnaturalni są dziećmi tych właśnie Archaniołów i ludzi. Często ludzie zastanawiają się, dlaczego Nefilim nie mają skrzydeł, nie są jak potomkowie innych aniołów. To dlatego, że pierwszy Nefilim, Jonathan, nie był synem Razjela. On tylko wypił jego krew. – Remus słuchał jak urzeczony tego, co mówiła profesorka. Z tego co widział reszta klasy tak samo. – To jest różnica. Nefilim mają anielską moc, mają swoje runy. Anioły też mają moce, ale poza tym mają skrzydła, które wyrastają im z barków, kiedy tylko chcą. Kolejna rasa… Elfy leśne. Nie wiadomo dokładnie jak one powstały. Ale też należą do nadnaturalnych. Potem są wróżki. Faerie, czyli dzieci wróżek i elfów...
- Proszę pani, ale elfy są szkodnikami… - Powiedział jakiś chłopak z Ravenclawu.
- Tak. Ale to są elfy zwykłe. Małe, ze skrzydełkami. Elfy leśne to ludzie. Są ludźmi w pewnym stopniu. Kontynuując. O faerie nie wiemy zbyt wiele, bo są skryte i swoją historię zatrzymują dla siebie. Wiemy tylko tyle, że pochodzą od elfów leśnych i wróżek. Na kolejnych lekcjach będziemy omawiać każdą z ras po kolei. Poza tymi, które teraz wymieniłam, jest ich do omówienia jeszcze kilka a o wiele więcej istnieje. Tylko są albo bardzo rzadkie, albo dobrze się ukrywają.
*Uznajmy, że na terenie szkoły oni mogą bezkarnie używać zaklęć. Bo w książce chyba nie mogli.
Oto i kolejna notka! ;D
Mam dla was także świetne wieści...
DOSTANĘ SZABLON!
Na Land of Grafic od Lulu. Pięknie będzie ;*
Do napisania!
Lunaris
Mam dla was także świetne wieści...
DOSTANĘ SZABLON!
Na Land of Grafic od Lulu. Pięknie będzie ;*
Do napisania!
Lunaris
sobota, 21 lutego 2015
Rozdział 26.
Ostatnie dni były okropne. Nie wiedzieli, kiedy ich przyjaciel wyjdzie ze Skrzydła Szpitalnego. Martwili się i najgorsze było to, że pielęgniarka nie pozwalała im wejść tam i zobaczyć się z brakującym ogniwem ich paczki. Nauczyciele też zauważyli zniknięcie Remusa i zachowanie jego kolegów. Dlatego byli teraz u profesor McGonagall i dlatego każdy z nich był zniecierpliwiony.
- Chłopcy. Wiem, że pan Lupin leży w Skrzydle Szpitalnym, ale to nie oznacza, że macie się tak zachowywać! Wasze wybryki są nie do zniesienia! Nie możecie w taki sposób dawać upust emocjom! – Krzyczała nauczycielka.
Chodziło oczywiście o kilka ostatnich żartów, jakie mistrzowsko wykonali. Nie były to wielkie rzeczy… Na lekcji eliksirów James zagadywał Snape’a (jeśli tak można to nazwać), a Syriusz wsypał do kociołka trochę piołunu. Slughorn przymknął na to oko, bo Chłopiec z Dobrego Domu to zrobił, ale chyba informacje o tym ekscesie wyciekły do profesorki. Innym razem na transmutacji Peter zmienił swoje pióro w stado bahanek, co wywołało niemały popłoch wśród uczniów i nauczycielki. Co prawda nie było to zamierzone, ale Huncwoci postanowili dopisać to do listy pełnoprawnych żartów. Podczas lekcji historii magii James wyczarował „zimny ogień”, po czym razem z resztą przyjaciół zaczęli nim rzucać jak piłką. Kiedy tylko nauczyciel spojrzał, od razu go chowali. W ten niesamowity sposób sprawili, że ta wykład profesora stał się bardzo zabawny, co było rzadkie. Kiedy lekcja OPCM’u kończyła się, Huncwoci zaczęli odgrywać scenkę z „Romea i Julii”. James był Romeem, Syriusz Julią, a Peter panem Capulettim. Zrobili to spontanicznie, dlatego, że na lekcji ktoś wspomniał tę sztukę i chwilę o niej rozmawiali. Jedna z lekcji zielarstwa wydała im się zbyt nudna i dlatego Syriusz postanowił zrobić harmider. Kiedy nauczycielka tłumaczyła jak przesadzić jakąś kompletnie bezsensownie bezpieczną roślinę, on podszedł to jednej z tych, których nazwy nie brzmiały przyjaźnie i dotknął jej. Okazało się, że była to roślina mięsożerna i wciągnęła rękę Syriusza. Na szczęście Black nie przypłacił tego wybryku kalectwem, a pani profesor kazała im wyjść z klasy i szybciej skończyła lekcję, z uwagi no to, że roślinka ucierpiała. Jednak najbardziej podobał im się żart, który zrobili na lekcji astronomii. Do niego, bowiem przygotowywali się całą godzinę. Syriuszowi udało się wyczarować mugolskie lampiony. James zaczarował je, żeby wyleciały w powietrze o określonej godzinie. Kiedy badali niebo na lekcji, dwadzieścia pomarańczowo-żółtych kul wzbiło się do góry. Kilka z nich leciało nawet w stronę wieży. Wszyscy – nie wiedząc, co ich atakuje – zaczęli w popłochu chować się do zamku. Teoretycznie nikt nie wiedział kot to zrobił, ale profesorka chyba miała swoje powody by się domyślić.
Tylko, że tego nie było dużo. Nawet jak na trzy dni. Prawda?
Teraz każdy z nich miał głupi wyraz twarzy. Bo jakże żałować tak idealnych żartów? Jakże żałować tak dopracowanych planów? To przecież było piękne i niesamowite, i nikt inny nie zrobiłby tego lepiej.
- Proszę pani... - Zaczął Syriusz, ale niedane mu było dokończyć, bo do gabinetu wpadła pielęgniarka.
Wszyscy spojrzeli na nią ze zdziwieniem na twarzy.
- Minerwo. Remus się obudził - powiedziała.
Huncwoci nie bacząc na konsekwencje, na krzyczącą nauczycielkę i na zdezorientowaną panią Pomfrey, którą prawie przewrócili - wybiegli z pomieszczenia i popędzili w stronę Skrzydła Szpitalnego. Po drodze wpadli na Panią Norris i chyba któryś z nich nadepnął jej na ogon. Ale oni biegli dalej. Stanęli przed drzwiami żeby złapać oddechy i weszli do środka szczęśliwi, że dostaną te kilka chwil - w przeciągu, których pielęgniarka będzie szła szła do chorych - w gratisie.
Zobaczyli Remusa leżącego na łóżku najbliżej okna. Podeszli. Ich oczom ukazał się blady, posiniaczony Lupin z bardzo potarganymi włosami i podkrążonymi oczami.
- Cześć złotko - powiedział James, siadając obok tak, żeby nie zgnieść przyjaciela.
Remus uśmiechnął się promiennie i usiadł.
- Nic wam nie jest... Jesteście tu ze mną... I rozmawiacie... - mruczał chyba bardziej do siebie, niż do nich.
Black, Potter i Pettigrew spojrzeli po sobie.
- O co ci chodzi, Remus? - Zapytał ten ostatni, podchodząc bliżej.
Przyjaciel spojrzał na niego zmieszany.
- Ja... Śniły mi się dziwne rzeczy. Nieważne - machnął ręką. - Ile spałem? Jak długo mnie nie było?
- Trzy dni - odpowiedział Syriusz.
***
- Remus! - Ktoś nim potrząsnął. Syriusz. - Weź już wróć do nas. Nie dość, że spałeś trzy dni, to teraz też się wyłączasz...
- Wybacz. Te sny po prostu zmuszają mnie teraz do przemyśleń - powiedział znużonym głosem.
- Co ci się śniło? - Zapytał James.
Remus oczywiście nie chciał odpowiadać.
- Dziwne rzeczy. Wszyscy tam umierali. Wy, rodzice, inni przyjaciele, ludzie... Wszyscy - powiedział, wymyślając i mieszając prawdę z fikcją.
- Ale to sen. Tylko sen. Twoi rodzice przecież żyją. My tu siedzimy. Z resztą też wszystko w porządku. A co do ludzi... - Peter westchnął.
- Kilku mugoli i półkrwistych zaginęło. Znowu - dokończył Syriusz, przecierając twarz dłonią.
- Nie przejmujcie się tym, chłopcy - usłyszeli za sobą głos opiekunki ich domu. - To nie wasza sprawa. Waszym rodzinom nic się nie stanie - podeszła do nich, stukając obcasami w rażąco białe kafelki podłogowe. - Jak się pan czuje, panie Lupin?
- Dobrze. Poza bólem głowy. Wszystko już w porządku, pani profesor.
- Co nie zmienia faktu, że jeszcze tu zostaniesz, chłopcze! - Krzyknęła pielęgniarka. - Muszę cię zbadać dokładnie, dowiedzieć się, co...
- Nie sądzę, żebyśmy mogli stwierdzić, co stało się panu Lupinowi... Już przecież próbowałaś. I Filius, i Pomona. Nikt nie wie. - Stwierdziła McGonagall.
Pani Pomfrey zwróciła na nią zmieszany wzrok, a chłopcy spojrzeli po sobie.
- Jesteś jak celebryta. Wszyscy cię badali, Remus... Kurcze - mruknął James półgębkiem.
Huncwoci ledwie powstrzymali się od śmiechu.
- Dobrze, panie Lupin. Zbadam pana, dam panu leki i może pan wyjść. - Powiedziała pielęgniarka.
Remus uśmiechnął się.
***
Po milionie badań i pytań o jego stan zdrowia, Remus mógł udać się do swojego dormitorium. Bardzo chciał się już tam znaleźć ze względu na niedawne "sytuacje". Chciał znów zobaczyć swoich przyjaciół siedzących na łóżkach i śmiejących się z jakichś głupot, chciał kłócić się, kto pierwszy pójdzie do łazienki wieczorem, a potem rano wstać wcześniej, żeby zdążyć wziąć prysznic przed lekcjami. Pragnął zjeść śniadanie w Wielkiej Sali razem z Megan, Erickiem i Damienem, a potem czekać na resztę swojej paczki. Nawet nie przeszkadzała mu perspektywa udziału w lekcjach. Jednak gdzieś w głębi duszy, z tyłu głowy, miał to złe przeczucie. Czuł się, jakby ten świat i ta aluzja bezpieczeństwa miały nagle zniknąć pozostawiając po sobie dwie rzeczy: Greybacka i ból.
- Hasło? - Zapytała.
Remus zaczął grzebać w swojej pamięci, aż w końcu doszedł do wniosku, że nikt mu hasła nie powiedział. Wzruszył więc ramionami.
- Gruba Damo, przecież mnie znasz... - powiedział błagalnie. - Byłem w Skrzydle Szpitalnym... Nikt mi nie powiedział...
- Nie wpuszczę cię - ucięła swoim piskliwym głosem.
Usiadł więc na podłodze i załamany zaczął liczyć pęknięcia w płytkach.
- Hej, Remmy! - Krzyknął ktoś wesołym głosem. - Hasła nie znasz?
Spojrzał na niego. Damien. I jego niezastąpiony przyjaciel Erick. Uśmiechnął się.
- Długo cię nie było - Erick pomógł mu wstać, potem przytulił go. - Wszystko już w porządku?
- Taa... Nawet nie wiem, co mi było - Remus wzruszył ramionami i przytulił Damiena. - Wiem jedynie, że byłem nieprzytomny, a to było wybitnie nieprzyjemne. Nie polecam.
Jego przyjaciele zaśmiali się.
- Już nieważnie. Dobrze, że wyszedłeś, tyle ci powiem. Wejdźmy może, co? - Dam wskazał podbródkiem na portret Grubej Damy. - Zapamiętaj Remm. Fortitudo. To hasło.
Gruba Dama odsunęła się na bok i mogli wejść do Pokoju Wspólnego Gryffindoru. Remus uśmiechnął się patrząc na znajome twarze. Było tu dużo ludzi, a każdy i tak zawsze znajdował dla siebie miejsce. Teraz - jak zawsze - panował tu gwar, a zapachy mieszały się w powietrzu. Wyczuć można było całą masę rzeczy. Czekoladę - Remus przełknął ślinę -, kawę, herbatę... Ale także rzeczy, których zwykli ludzie raczej nie czuli, czyli zapachy poszczególnych osób.
- Remus! Wszystko w porządku? - Krzyknął ktoś z grupy kilku osób siedzących w rogu pomieszczenia. Remus zobaczył, że był to Kingsley Schacklebolt.
- Tak. Już dobrze - uśmiechnął się.
Damien poklepał go po plecach.
- Wszyscy się tu o ciebie martwiliśmy. Nie mówiąc już o Huncwotach.
Większość ludzi w szkole już ich znała. To było zabawne.
- Taa... Nawet nie wiesz, jakie świetne rzeczy robili na lekcjach! Wszystko, żeby o tobie nie myśleć przez chwilę... - Dodał Erick.
- To słodkie - zakończył Dam.
Obydwoje uśmiechnęli się szeroko.
Jego koledzy usiedli przy kominku, gdzie - o dziwo - było wolne miejsce, a Remus poszedł do sypialni. Wiedział, że jeżeli tam nie znajdzie Huncwotów, to będą albo w kuchni, albo w Pokoju Życzeń, albo na błoniach. Na szczęście nie musiał ich szukać, bo gdy tylko dochodził do drzwi ich dormitorium, usłyszał krzyk Petera:
- Potter, oddaj mi moje ciastka!! Sam je robiłem, masz mi je oddać, w tej chwili, albo przysięgam, rzucę na ciebie tak trudne zaklęcie, że przy moich umiejętnościach na pewno je sknocę i w życiu się nie uzdrowisz!!!
Uśmiechnął się i wszedł do środka.
I to, co zobaczył wstrząsnęło nim dogłębnie. Jego przyjaciele spojrzeli na niego. Peter przestał krzyczeć i gonić Jamesa, który teraz też stał w bezruchu, a Syriusz zastygł w pozycji pół-siedzącej na łóżku.
- Remusku, jak się cieszymy, że... - zaczął Syriusz zbyt miłym głosem, ale nie mógł dokończyć, bo Remus mu przerwał.
- Trzy dni. Tyle mnie nie było - zaczął mówić spokojnie. - To niewiele. To mało. Wracam. - Spojrzał na nich i zmienił ton na wściekły - A TU WYGLĄDA JAK PO WOJNIE!!! JAKBY SPADŁA TU BOMBA, POTEM PRZESZŁO TORNADO, A NA KOŃCU TO WSZYSTKO STRATOWAŁO STADO PĘDZĄCYCH HIPOGRYFÓW!!!
Pokój rzeczywiście wyglądał jak pobojowisko. Na podłodze leżały porozrzucane paczki po słodyczach, ubrania i puste butelki po soku. Każde łóżko - włącznie z remusowym - było niepościelone, co więcej - wyglądało okropnie. Poduszki rozwalone, kołdra leżąca w jakimś dziwnym i znanym tylko autorowi porządku, prześcieradło powyciągane, a dodatkowy koc walnięty gdzieś na skraju. Każde z czterech łóżek wyglądało mniej więcej w taki sposób.
Koledzy podbiegli do niego i próbowali go uspokoić, a przy tym wytłumaczyć samych siebie.
- Remus, ale ciebie nie było i my się martwiliśmy... - zaczął James.
- Słyszałem już, jak się martwiliście. Damien i Erick mi powiedzieli, cytuję, jakie świetne rzeczy robiliście na lekcjach - uśmiechnął się jadowicie. James spuścił wzrok.
- Poza tym nie miał kto nam pomagać w zadaniach domowych i nie mieliśmy już siły, żeby... - tym razem Peter spróbował.
- Wiem, jak bardzo pomocny wam jestem... Ale nie jesteście dziećmi! Powinniście umieć rozgraniczyć czas, albo chociaż zadania, jeśli nie potraficie sobie z czymś poradzić sami - znów się uśmiechnął. Peter spuścił wzrok.
- Ale Remusiku, my byliśmy tak zdesperowani, tak bardzo w depresji... - Syriusz chciał ich uratować, ale Remus tylko spiorunował go wzrokiem.
- Black. To samo powiedział Potter. Zamknij się.
Remus wyminął ich i podszedł do okna. Poza bałaganem w pokoju było wybitnie duszno. Otworzył je i spojrzał na kolegów.
- Łazienka też tak wygląda? - Warknął na nich.
- Nie - odburknęli.
- Więc... Ja idę wziąć długi prysznic, a wy...?
- Posprzątamy... - powiedzieli chórem.
Remus klasnął w dłonie.
- Świetnie chłopcy, świetnie! - Krzyknął radośnie i na palcach przez tulipany (co praktycznie można by odebrać jako niezły żart, bo zdjął buty, kiedy wszedł do dormitorium, a teraz wolał iść na palcach, lecz bynajmniej nie przez tulipany, a przez zawaloną brudami podłogę) ruszył do łazienki. W drzwiach obrócił się i powiedział jeszcze na odchodnym:
- Bardzo dobre pokojówki by z was były.
A kiedy w odpowiedzi otrzymał satysfakcjonujące, pełne nienawiści spojrzenia, wszedł do środka i z uśmiechem zaczął przygotowywać sobie kąpiel, bo uznał, że nawet długi prysznic nie wystarczy czasowo, żeby wychodząc, ujrzał czysty pokój.
***
Wyszedł z wanny, ubrał się, wyczesał włosy i umył zęby, i był gotowy na zderzenie z rzeczywistością. Westchnął głęboko i otworzył drzwi.
- No, no, no... Pięknie chłopcy... - powiedział z uznaniem, bo pokój był teraz czyściutki. - Myślę, że zasługujecie na nagrodę - uśmiechnął się.
Wszyscy spojrzeli na niego.
- Dostaniecie cukierki!
- Taak! Cukierki! - Krzyknęli jednocześnie.
Po chwili siedzieli w kółku na podłodze. Na środku leżało opakowanie cukierków.
- To jak? Gramy zadania? Zrobisz zadanie, masz cukierek. Nie zrobisz... Dostajesz wyzwanie.
W oczach wszystkich pojawiły się figlarne ogniki.
- Jasne - powiedział Syriusz.
- Wchodzę w to - dodał Peter.
- Jestem z wami - stwierdził Remus.
Po godzinnej grze, James dostał niewykonalne zadanie.*
- Pocałuj Petera. Tak ładnie, z języczkiem! - Powiedział Syriusz.
Wszyscy spojrzeli na niego, a Peter pisnął ze strachu.
- Syriusz, czemu mi to robisz?! - Krzyknął.
- Wybacz, stary... - uśmiechnął się Black.
Wszystkie oczy zwróciły się na Jamesa.
- Nie ma opcji! Ja tego nie-zro-bię. Koniec kropka. Dziękuj mi Pete - powiedział czarnowłosy. - Jesteś okropny, Black.
Syriusz wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Chciałem dać ci challenge - powiedział. - Ogarniasz mugolską colę? - Zapytał chytrym głosem.
- Noo - odpowiedział James ostrożnie.
- Więc. Weźmiesz do ust osiem mentosów...
Remus i Peter parsknęli śmiechem. Będzie zabawnie.
- Będziesz pić małą butelkę coli...
James przełknął ślinę.
- A to wszystko zrobisz na błoniach, tak, żeby każdy mógł cię zobaczyć.
- Jesteś serio okropny. Może ktoś ma coś lepszego? Ogólnie razem powinniście wybrać to zadanie...
- Nie, mnie się bardzo podoba to Syriusza - stwierdził Peter.
- Jak wyżej - powiedział Remus.
James westchnął głośno.
- Nienawidzę was.
***
James miał pecha. To wiedzieli wszyscy Huncwoci. Była bowiem śliczna pogoda, a on musiał zrobić ten challenge na pełnych ludzi błoniach. Tragedia.
Wyszli z zamku, wszyscy - oprócz Pottera - w świetnych humorach i poszli pod swoje drzewo. - Muszę...? - Jęknął czarnowłosy.
- Musisz. - Opowiedzieli chórem.
James jęknął znowu i postawił sobie butelkę coli dietetycznej pod nogi. Remus, Peter i Syriusz usiedli na ławce pod drzewem.
Potter wyciągał z opakowania mentosy i władał je do ust. Kilka osób zaczęło na niego patrzeć, a Megan, Lily, Dorcas, Eleanor, Agatha, Damien i Erick podeszli do Huncwotów.
- Co on najlepszego wyprawia? - Zapytała Lily.
- On... Ekhem. Graliśmy w zadania i on nie zrobił swojego... - Zaczął Syriusz, a w tym momencie Peter jęknął - no i teraz ma wyzwanie. Ma wypić colę z mentosami w ustach.
W tym momencie wszyscy uśmiechnęli się i usiedli.
- Dawaj, Jim - powiedział Peter.
James wziął butelkę i z niechęcią otworzył ją. Potem zaczął pić. Wtedy wszyscy, którzy to widzieli zaczęli się śmiać, bo Potter stał się żywą fontanną. Z jego ust tryskała spieniona cola, a on sam w ustach miał coś, co dało by się opisać mniej więcej burzą z piorunami. To nie mogło być przyjemne, ale zabawnie wyglądało z boku, więc nikt nie zadawał pytań. Kiedy mentosy straciły swoją moc, James wypluł ich resztki gdzieś obok drzewa i z mokrą koszulką opadł obok przyjaciół na ziemię.
- Serio was nienawidzę - powiedział głosem tak zmęczonym, jakby przebiegł 10 kilometrów.
- To było zabawne - stwierdziła Megan.
- Wysoce zabawne - dodał Remus.
Z miny Jamesa można było odczytać, że jemu nie było do śmiechu.
***
Do dormitorium wrócili szybko, bo James miał dość morką koszulkę, a przecież było zimno. Był środek listopada. Kiedy siedzieli w Pokoju Wspólnym, Remus postanowił napisać list do rodziców. Poszedł do sypialni, wziął pergamin, pióro i atrament, i wrócił do przyjaciół.
- Co robisz? - Zapytał James sennym głosem.
- Piszę list do rodziców.
- Aham.
*Wybaczcie mi, ale nie miałam pomysłu na te zadania xd
TAK! JESTEM, WRÓCIŁAM, NAPISAŁAM, WSTAWIŁAM!
Co sądzicie? Liczę na komentarze! No.
Cóż, szczerze nie wiem, co mam wam tu napisać, więc po prostu - DO NASTĘPNEGO!
który nie będzie za miesiąc. Obiecuję ;)
Lunaris
Ps. 6 stron w wordzie, Times New Roman, 13,5 pkt.!! :D
- Chłopcy. Wiem, że pan Lupin leży w Skrzydle Szpitalnym, ale to nie oznacza, że macie się tak zachowywać! Wasze wybryki są nie do zniesienia! Nie możecie w taki sposób dawać upust emocjom! – Krzyczała nauczycielka.
Chodziło oczywiście o kilka ostatnich żartów, jakie mistrzowsko wykonali. Nie były to wielkie rzeczy… Na lekcji eliksirów James zagadywał Snape’a (jeśli tak można to nazwać), a Syriusz wsypał do kociołka trochę piołunu. Slughorn przymknął na to oko, bo Chłopiec z Dobrego Domu to zrobił, ale chyba informacje o tym ekscesie wyciekły do profesorki. Innym razem na transmutacji Peter zmienił swoje pióro w stado bahanek, co wywołało niemały popłoch wśród uczniów i nauczycielki. Co prawda nie było to zamierzone, ale Huncwoci postanowili dopisać to do listy pełnoprawnych żartów. Podczas lekcji historii magii James wyczarował „zimny ogień”, po czym razem z resztą przyjaciół zaczęli nim rzucać jak piłką. Kiedy tylko nauczyciel spojrzał, od razu go chowali. W ten niesamowity sposób sprawili, że ta wykład profesora stał się bardzo zabawny, co było rzadkie. Kiedy lekcja OPCM’u kończyła się, Huncwoci zaczęli odgrywać scenkę z „Romea i Julii”. James był Romeem, Syriusz Julią, a Peter panem Capulettim. Zrobili to spontanicznie, dlatego, że na lekcji ktoś wspomniał tę sztukę i chwilę o niej rozmawiali. Jedna z lekcji zielarstwa wydała im się zbyt nudna i dlatego Syriusz postanowił zrobić harmider. Kiedy nauczycielka tłumaczyła jak przesadzić jakąś kompletnie bezsensownie bezpieczną roślinę, on podszedł to jednej z tych, których nazwy nie brzmiały przyjaźnie i dotknął jej. Okazało się, że była to roślina mięsożerna i wciągnęła rękę Syriusza. Na szczęście Black nie przypłacił tego wybryku kalectwem, a pani profesor kazała im wyjść z klasy i szybciej skończyła lekcję, z uwagi no to, że roślinka ucierpiała. Jednak najbardziej podobał im się żart, który zrobili na lekcji astronomii. Do niego, bowiem przygotowywali się całą godzinę. Syriuszowi udało się wyczarować mugolskie lampiony. James zaczarował je, żeby wyleciały w powietrze o określonej godzinie. Kiedy badali niebo na lekcji, dwadzieścia pomarańczowo-żółtych kul wzbiło się do góry. Kilka z nich leciało nawet w stronę wieży. Wszyscy – nie wiedząc, co ich atakuje – zaczęli w popłochu chować się do zamku. Teoretycznie nikt nie wiedział kot to zrobił, ale profesorka chyba miała swoje powody by się domyślić.
Tylko, że tego nie było dużo. Nawet jak na trzy dni. Prawda?
Teraz każdy z nich miał głupi wyraz twarzy. Bo jakże żałować tak idealnych żartów? Jakże żałować tak dopracowanych planów? To przecież było piękne i niesamowite, i nikt inny nie zrobiłby tego lepiej.
- Proszę pani... - Zaczął Syriusz, ale niedane mu było dokończyć, bo do gabinetu wpadła pielęgniarka.
Wszyscy spojrzeli na nią ze zdziwieniem na twarzy.
- Minerwo. Remus się obudził - powiedziała.
Huncwoci nie bacząc na konsekwencje, na krzyczącą nauczycielkę i na zdezorientowaną panią Pomfrey, którą prawie przewrócili - wybiegli z pomieszczenia i popędzili w stronę Skrzydła Szpitalnego. Po drodze wpadli na Panią Norris i chyba któryś z nich nadepnął jej na ogon. Ale oni biegli dalej. Stanęli przed drzwiami żeby złapać oddechy i weszli do środka szczęśliwi, że dostaną te kilka chwil - w przeciągu, których pielęgniarka będzie szła szła do chorych - w gratisie.
Zobaczyli Remusa leżącego na łóżku najbliżej okna. Podeszli. Ich oczom ukazał się blady, posiniaczony Lupin z bardzo potarganymi włosami i podkrążonymi oczami.
- Cześć złotko - powiedział James, siadając obok tak, żeby nie zgnieść przyjaciela.
Remus uśmiechnął się promiennie i usiadł.
- Nic wam nie jest... Jesteście tu ze mną... I rozmawiacie... - mruczał chyba bardziej do siebie, niż do nich.
Black, Potter i Pettigrew spojrzeli po sobie.
- O co ci chodzi, Remus? - Zapytał ten ostatni, podchodząc bliżej.
Przyjaciel spojrzał na niego zmieszany.
- Ja... Śniły mi się dziwne rzeczy. Nieważne - machnął ręką. - Ile spałem? Jak długo mnie nie było?
- Trzy dni - odpowiedział Syriusz.
***
Trzy dni. Ale od tego trzeba odjąć...
Chociaż przecież poszedłem do Wrzeszczącej Chaty zaraz przed nocą.
Chociaż przecież poszedłem do Wrzeszczącej Chaty zaraz przed nocą.
Więc nic nie trzeba odejmować.
Czyli aż trzy dni śnił o samym sobie. Teraz patrząc z perspektywy czasu myślał, że to może było coś jak przewidywanie przyszłości... Sny prorocze i te sprawy. Może to wszystko się zdarzy? Może to będzie prawdą i do końca życia będzie musiał się ukrywać, może będzie zmuszony przyłączyć się do Greybacka, bo nikt inny go nie przyjmie i wtedy będzie musiał znosić to wszystko i...- Remus! - Ktoś nim potrząsnął. Syriusz. - Weź już wróć do nas. Nie dość, że spałeś trzy dni, to teraz też się wyłączasz...
- Wybacz. Te sny po prostu zmuszają mnie teraz do przemyśleń - powiedział znużonym głosem.
- Co ci się śniło? - Zapytał James.
Remus oczywiście nie chciał odpowiadać.
- Dziwne rzeczy. Wszyscy tam umierali. Wy, rodzice, inni przyjaciele, ludzie... Wszyscy - powiedział, wymyślając i mieszając prawdę z fikcją.
- Ale to sen. Tylko sen. Twoi rodzice przecież żyją. My tu siedzimy. Z resztą też wszystko w porządku. A co do ludzi... - Peter westchnął.
- Kilku mugoli i półkrwistych zaginęło. Znowu - dokończył Syriusz, przecierając twarz dłonią.
- Nie przejmujcie się tym, chłopcy - usłyszeli za sobą głos opiekunki ich domu. - To nie wasza sprawa. Waszym rodzinom nic się nie stanie - podeszła do nich, stukając obcasami w rażąco białe kafelki podłogowe. - Jak się pan czuje, panie Lupin?
- Dobrze. Poza bólem głowy. Wszystko już w porządku, pani profesor.
- Co nie zmienia faktu, że jeszcze tu zostaniesz, chłopcze! - Krzyknęła pielęgniarka. - Muszę cię zbadać dokładnie, dowiedzieć się, co...
- Nie sądzę, żebyśmy mogli stwierdzić, co stało się panu Lupinowi... Już przecież próbowałaś. I Filius, i Pomona. Nikt nie wie. - Stwierdziła McGonagall.
Pani Pomfrey zwróciła na nią zmieszany wzrok, a chłopcy spojrzeli po sobie.
- Jesteś jak celebryta. Wszyscy cię badali, Remus... Kurcze - mruknął James półgębkiem.
Huncwoci ledwie powstrzymali się od śmiechu.
- Dobrze, panie Lupin. Zbadam pana, dam panu leki i może pan wyjść. - Powiedziała pielęgniarka.
Remus uśmiechnął się.
***
Po milionie badań i pytań o jego stan zdrowia, Remus mógł udać się do swojego dormitorium. Bardzo chciał się już tam znaleźć ze względu na niedawne "sytuacje". Chciał znów zobaczyć swoich przyjaciół siedzących na łóżkach i śmiejących się z jakichś głupot, chciał kłócić się, kto pierwszy pójdzie do łazienki wieczorem, a potem rano wstać wcześniej, żeby zdążyć wziąć prysznic przed lekcjami. Pragnął zjeść śniadanie w Wielkiej Sali razem z Megan, Erickiem i Damienem, a potem czekać na resztę swojej paczki. Nawet nie przeszkadzała mu perspektywa udziału w lekcjach. Jednak gdzieś w głębi duszy, z tyłu głowy, miał to złe przeczucie. Czuł się, jakby ten świat i ta aluzja bezpieczeństwa miały nagle zniknąć pozostawiając po sobie dwie rzeczy: Greybacka i ból.
- Hasło? - Zapytała.
Remus zaczął grzebać w swojej pamięci, aż w końcu doszedł do wniosku, że nikt mu hasła nie powiedział. Wzruszył więc ramionami.
- Gruba Damo, przecież mnie znasz... - powiedział błagalnie. - Byłem w Skrzydle Szpitalnym... Nikt mi nie powiedział...
- Nie wpuszczę cię - ucięła swoim piskliwym głosem.
Usiadł więc na podłodze i załamany zaczął liczyć pęknięcia w płytkach.
- Hej, Remmy! - Krzyknął ktoś wesołym głosem. - Hasła nie znasz?
Spojrzał na niego. Damien. I jego niezastąpiony przyjaciel Erick. Uśmiechnął się.
- Długo cię nie było - Erick pomógł mu wstać, potem przytulił go. - Wszystko już w porządku?
- Taa... Nawet nie wiem, co mi było - Remus wzruszył ramionami i przytulił Damiena. - Wiem jedynie, że byłem nieprzytomny, a to było wybitnie nieprzyjemne. Nie polecam.
Jego przyjaciele zaśmiali się.
- Już nieważnie. Dobrze, że wyszedłeś, tyle ci powiem. Wejdźmy może, co? - Dam wskazał podbródkiem na portret Grubej Damy. - Zapamiętaj Remm. Fortitudo. To hasło.
Gruba Dama odsunęła się na bok i mogli wejść do Pokoju Wspólnego Gryffindoru. Remus uśmiechnął się patrząc na znajome twarze. Było tu dużo ludzi, a każdy i tak zawsze znajdował dla siebie miejsce. Teraz - jak zawsze - panował tu gwar, a zapachy mieszały się w powietrzu. Wyczuć można było całą masę rzeczy. Czekoladę - Remus przełknął ślinę -, kawę, herbatę... Ale także rzeczy, których zwykli ludzie raczej nie czuli, czyli zapachy poszczególnych osób.
- Remus! Wszystko w porządku? - Krzyknął ktoś z grupy kilku osób siedzących w rogu pomieszczenia. Remus zobaczył, że był to Kingsley Schacklebolt.
- Tak. Już dobrze - uśmiechnął się.
Damien poklepał go po plecach.
- Wszyscy się tu o ciebie martwiliśmy. Nie mówiąc już o Huncwotach.
Większość ludzi w szkole już ich znała. To było zabawne.
- Taa... Nawet nie wiesz, jakie świetne rzeczy robili na lekcjach! Wszystko, żeby o tobie nie myśleć przez chwilę... - Dodał Erick.
- To słodkie - zakończył Dam.
Obydwoje uśmiechnęli się szeroko.
Jego koledzy usiedli przy kominku, gdzie - o dziwo - było wolne miejsce, a Remus poszedł do sypialni. Wiedział, że jeżeli tam nie znajdzie Huncwotów, to będą albo w kuchni, albo w Pokoju Życzeń, albo na błoniach. Na szczęście nie musiał ich szukać, bo gdy tylko dochodził do drzwi ich dormitorium, usłyszał krzyk Petera:
- Potter, oddaj mi moje ciastka!! Sam je robiłem, masz mi je oddać, w tej chwili, albo przysięgam, rzucę na ciebie tak trudne zaklęcie, że przy moich umiejętnościach na pewno je sknocę i w życiu się nie uzdrowisz!!!
Uśmiechnął się i wszedł do środka.
I to, co zobaczył wstrząsnęło nim dogłębnie. Jego przyjaciele spojrzeli na niego. Peter przestał krzyczeć i gonić Jamesa, który teraz też stał w bezruchu, a Syriusz zastygł w pozycji pół-siedzącej na łóżku.
- Remusku, jak się cieszymy, że... - zaczął Syriusz zbyt miłym głosem, ale nie mógł dokończyć, bo Remus mu przerwał.
- Trzy dni. Tyle mnie nie było - zaczął mówić spokojnie. - To niewiele. To mało. Wracam. - Spojrzał na nich i zmienił ton na wściekły - A TU WYGLĄDA JAK PO WOJNIE!!! JAKBY SPADŁA TU BOMBA, POTEM PRZESZŁO TORNADO, A NA KOŃCU TO WSZYSTKO STRATOWAŁO STADO PĘDZĄCYCH HIPOGRYFÓW!!!
Pokój rzeczywiście wyglądał jak pobojowisko. Na podłodze leżały porozrzucane paczki po słodyczach, ubrania i puste butelki po soku. Każde łóżko - włącznie z remusowym - było niepościelone, co więcej - wyglądało okropnie. Poduszki rozwalone, kołdra leżąca w jakimś dziwnym i znanym tylko autorowi porządku, prześcieradło powyciągane, a dodatkowy koc walnięty gdzieś na skraju. Każde z czterech łóżek wyglądało mniej więcej w taki sposób.
Koledzy podbiegli do niego i próbowali go uspokoić, a przy tym wytłumaczyć samych siebie.
- Remus, ale ciebie nie było i my się martwiliśmy... - zaczął James.
- Słyszałem już, jak się martwiliście. Damien i Erick mi powiedzieli, cytuję, jakie świetne rzeczy robiliście na lekcjach - uśmiechnął się jadowicie. James spuścił wzrok.
- Poza tym nie miał kto nam pomagać w zadaniach domowych i nie mieliśmy już siły, żeby... - tym razem Peter spróbował.
- Wiem, jak bardzo pomocny wam jestem... Ale nie jesteście dziećmi! Powinniście umieć rozgraniczyć czas, albo chociaż zadania, jeśli nie potraficie sobie z czymś poradzić sami - znów się uśmiechnął. Peter spuścił wzrok.
- Ale Remusiku, my byliśmy tak zdesperowani, tak bardzo w depresji... - Syriusz chciał ich uratować, ale Remus tylko spiorunował go wzrokiem.
- Black. To samo powiedział Potter. Zamknij się.
Remus wyminął ich i podszedł do okna. Poza bałaganem w pokoju było wybitnie duszno. Otworzył je i spojrzał na kolegów.
- Łazienka też tak wygląda? - Warknął na nich.
- Nie - odburknęli.
- Więc... Ja idę wziąć długi prysznic, a wy...?
- Posprzątamy... - powiedzieli chórem.
Remus klasnął w dłonie.
- Świetnie chłopcy, świetnie! - Krzyknął radośnie i na palcach przez tulipany (co praktycznie można by odebrać jako niezły żart, bo zdjął buty, kiedy wszedł do dormitorium, a teraz wolał iść na palcach, lecz bynajmniej nie przez tulipany, a przez zawaloną brudami podłogę) ruszył do łazienki. W drzwiach obrócił się i powiedział jeszcze na odchodnym:
- Bardzo dobre pokojówki by z was były.
A kiedy w odpowiedzi otrzymał satysfakcjonujące, pełne nienawiści spojrzenia, wszedł do środka i z uśmiechem zaczął przygotowywać sobie kąpiel, bo uznał, że nawet długi prysznic nie wystarczy czasowo, żeby wychodząc, ujrzał czysty pokój.
***
Wyszedł z wanny, ubrał się, wyczesał włosy i umył zęby, i był gotowy na zderzenie z rzeczywistością. Westchnął głęboko i otworzył drzwi.
- No, no, no... Pięknie chłopcy... - powiedział z uznaniem, bo pokój był teraz czyściutki. - Myślę, że zasługujecie na nagrodę - uśmiechnął się.
Wszyscy spojrzeli na niego.
- Dostaniecie cukierki!
- Taak! Cukierki! - Krzyknęli jednocześnie.
Po chwili siedzieli w kółku na podłodze. Na środku leżało opakowanie cukierków.
- To jak? Gramy zadania? Zrobisz zadanie, masz cukierek. Nie zrobisz... Dostajesz wyzwanie.
W oczach wszystkich pojawiły się figlarne ogniki.
- Jasne - powiedział Syriusz.
- Wchodzę w to - dodał Peter.
- Jestem z wami - stwierdził Remus.
Po godzinnej grze, James dostał niewykonalne zadanie.*
- Pocałuj Petera. Tak ładnie, z języczkiem! - Powiedział Syriusz.
Wszyscy spojrzeli na niego, a Peter pisnął ze strachu.
- Syriusz, czemu mi to robisz?! - Krzyknął.
- Wybacz, stary... - uśmiechnął się Black.
Wszystkie oczy zwróciły się na Jamesa.
- Nie ma opcji! Ja tego nie-zro-bię. Koniec kropka. Dziękuj mi Pete - powiedział czarnowłosy. - Jesteś okropny, Black.
Syriusz wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Chciałem dać ci challenge - powiedział. - Ogarniasz mugolską colę? - Zapytał chytrym głosem.
- Noo - odpowiedział James ostrożnie.
- Więc. Weźmiesz do ust osiem mentosów...
Remus i Peter parsknęli śmiechem. Będzie zabawnie.
- Będziesz pić małą butelkę coli...
James przełknął ślinę.
- A to wszystko zrobisz na błoniach, tak, żeby każdy mógł cię zobaczyć.
- Jesteś serio okropny. Może ktoś ma coś lepszego? Ogólnie razem powinniście wybrać to zadanie...
- Nie, mnie się bardzo podoba to Syriusza - stwierdził Peter.
- Jak wyżej - powiedział Remus.
James westchnął głośno.
- Nienawidzę was.
***
James miał pecha. To wiedzieli wszyscy Huncwoci. Była bowiem śliczna pogoda, a on musiał zrobić ten challenge na pełnych ludzi błoniach. Tragedia.
Wyszli z zamku, wszyscy - oprócz Pottera - w świetnych humorach i poszli pod swoje drzewo. - Muszę...? - Jęknął czarnowłosy.
- Musisz. - Opowiedzieli chórem.
James jęknął znowu i postawił sobie butelkę coli dietetycznej pod nogi. Remus, Peter i Syriusz usiedli na ławce pod drzewem.
Potter wyciągał z opakowania mentosy i władał je do ust. Kilka osób zaczęło na niego patrzeć, a Megan, Lily, Dorcas, Eleanor, Agatha, Damien i Erick podeszli do Huncwotów.
- Co on najlepszego wyprawia? - Zapytała Lily.
- On... Ekhem. Graliśmy w zadania i on nie zrobił swojego... - Zaczął Syriusz, a w tym momencie Peter jęknął - no i teraz ma wyzwanie. Ma wypić colę z mentosami w ustach.
W tym momencie wszyscy uśmiechnęli się i usiedli.
- Dawaj, Jim - powiedział Peter.
James wziął butelkę i z niechęcią otworzył ją. Potem zaczął pić. Wtedy wszyscy, którzy to widzieli zaczęli się śmiać, bo Potter stał się żywą fontanną. Z jego ust tryskała spieniona cola, a on sam w ustach miał coś, co dało by się opisać mniej więcej burzą z piorunami. To nie mogło być przyjemne, ale zabawnie wyglądało z boku, więc nikt nie zadawał pytań. Kiedy mentosy straciły swoją moc, James wypluł ich resztki gdzieś obok drzewa i z mokrą koszulką opadł obok przyjaciół na ziemię.
- Serio was nienawidzę - powiedział głosem tak zmęczonym, jakby przebiegł 10 kilometrów.
- To było zabawne - stwierdziła Megan.
- Wysoce zabawne - dodał Remus.
Z miny Jamesa można było odczytać, że jemu nie było do śmiechu.
***
Do dormitorium wrócili szybko, bo James miał dość morką koszulkę, a przecież było zimno. Był środek listopada. Kiedy siedzieli w Pokoju Wspólnym, Remus postanowił napisać list do rodziców. Poszedł do sypialni, wziął pergamin, pióro i atrament, i wrócił do przyjaciół.
- Co robisz? - Zapytał James sennym głosem.
- Piszę list do rodziców.
- Aham.
Kochani rodzice!
Wiem, że długo do was nie pisałem, podczas gdy od mamy dostałem setki listów, ale co mam poradzić. Szkoła daje się we znaki.
Mimo wszystko - uprzedzając twoje pytanie mamo - radzę sobie dobrze, a nawet bardzo dobrze. Cieszę się, że tu jestem. James, Syriusz i Peter bardzo się o mnie martwili, kiedy leżałem w Skrzydle Szpitalnym ostatnio. A to wszystko przez pełnie. Nie wiem co dokładnie się stało, ale przez trzy dni byłem nieprzytomny. Teraz już jest dobrze, ale jest mi bardzo miło. Dowiedziałem się od kolegi, że wszyscy z mojego roku martwili się o mnie. To miłe, prawda?
Piszę miedzy innymi po to, żeby zapytać jak się czujecie. Mam nadzieję, że dobrze! Nie chciałbym, żeby podczas mojej nieobecności coś się stało. Obwiniałbym się.
Mam do was ważne pytanie - czy mógłbym w tym roku także zostać w szkole na przerwę świąteczną? Moi koledzy chyba też zostają, a ja chciałbym być tu z nimi. Nie przeszkadzałoby to wam? Jeśli nie chcenie, powiedzcie, przyjadę. Dla mnie to nie problem. I tak już za wami tęsknię.
Wiem, że ten list nie jest długi, ale Peter już ciągnie mnie na spacer, wiec nie mam czasu, aby napisać więcej.
Czekam na odpowiedź!
Wiem, że długo do was nie pisałem, podczas gdy od mamy dostałem setki listów, ale co mam poradzić. Szkoła daje się we znaki.
Mimo wszystko - uprzedzając twoje pytanie mamo - radzę sobie dobrze, a nawet bardzo dobrze. Cieszę się, że tu jestem. James, Syriusz i Peter bardzo się o mnie martwili, kiedy leżałem w Skrzydle Szpitalnym ostatnio. A to wszystko przez pełnie. Nie wiem co dokładnie się stało, ale przez trzy dni byłem nieprzytomny. Teraz już jest dobrze, ale jest mi bardzo miło. Dowiedziałem się od kolegi, że wszyscy z mojego roku martwili się o mnie. To miłe, prawda?
Piszę miedzy innymi po to, żeby zapytać jak się czujecie. Mam nadzieję, że dobrze! Nie chciałbym, żeby podczas mojej nieobecności coś się stało. Obwiniałbym się.
Mam do was ważne pytanie - czy mógłbym w tym roku także zostać w szkole na przerwę świąteczną? Moi koledzy chyba też zostają, a ja chciałbym być tu z nimi. Nie przeszkadzałoby to wam? Jeśli nie chcenie, powiedzcie, przyjadę. Dla mnie to nie problem. I tak już za wami tęsknię.
Wiem, że ten list nie jest długi, ale Peter już ciągnie mnie na spacer, wiec nie mam czasu, aby napisać więcej.
Czekam na odpowiedź!
Wasz
Remus
Remus
- No chodź! Idziemy wszyscy razem, fajnie będzie, super, mega, niesamowicie, a ty tu siedzisz i piszesz, i... - Peter ciągnął go za ramie i mówił jednostajnym i pełnym wyrzutu głosem.
- Już! Ale pójdziemy to wysłać - wskazał na pergamin.
- Jasne - powiedział Peter.
***
Okazało się, że mówiąc wszyscy, Peter miał na myśli naprawdę dużo osób. Bowiem korytarzem szła teraz cała chmara uczniów - Remus, Peter, Syriusz, James, Erick, Damien, Megan, Dorcas, Eleanor i Lily. Takie małe stado.
- James. To co zrobiłeś na przerwie było niesamowite i na prawdę cie podziwiam... - zaczął Damien.
- Zamknij się. To nie było przyjemne - uciął poszkodowany James.
- Ale za to jakie zabawne! - Krzyknęła Dorcas.
- Wyglądałeś jak fontanna, powiedzmy szczerze - stwierdziła Megan.
- Syriusz był już człowiekiem-kocem, James człowiekiem-fontanną... Ja się boję, co będzie dalej - powiedział Remus.
Wszyscy parsknęli śmiechem.
- Jak to "Syriusz był człowiekiem-kocem"? - Zapytała Lily.
Huncwoci opowiedzieli jej tą jakże interesującą historię.
- Ej świta! Idziemy do Sowiarni - krzyknął Syriusz.
- Jasne, człowieku-kocu - zaśmiał się Erick.
- On ma moc koca. Jego słuchajmy - powiedziała Eleanor.
Znów wszyscy zaczęli się śmiać.
- W-wyobraziłam sobie takiego Syriusza stającego nagle na lekcji transmutacji i krzyczącego "moc koca!", i wtedy zamiast Syriusza pojawia się koc, i ten koc zaczyna pełznąć w stronę drzwi, a potem wychodzi, i wszyscy są z-zdeezorientowani, i... - Damien musiał złapać Megan, bo ze śmiechu nie mogła utrzymać równowagi.
Cała grupka stanęła w jednym momencie i zaczęła się śmiać tak bardzo, że po chwili większość leżała na zimnej podłodze, a reszta podpierała się o ściany.
W taki sposób jakoś doszli do Sowiarni. Weszli tam w głośnym gwarze rozmów.
- Stop! - Krzyknął Remus, między jednym wybuchem śmiechu, a drugim.
Podszedł do swojej sowy i wysłał ją z listem do rodziców. Jednakże w trakcie tego, ktoś z grupy rzucił coś śmiesznego i wszyscy zaczęli się śmiać. Wtedy sowy przestraszyły się i wszystkie wzleciały w powietrze w tym niezbyt dużym pomieszczeniu. Zaczęły ich atakować, odbierając ich jako nieprzyjaciół i wrogów numer jeden. Z krzykiem wybiegli z Sowiarni. Potem pobiegli gdzieś koło granicy Zakazanego Lasu i usiedli na kamieniach.
- Merlinie, to było straszne! - Krzyknęła Lily.
- To będzie moja trauma z dzieciństwa. Zawsze - stwierdziła Dorcas.
Wtedy usłyszeli pisk i spojrzeli w stronę skąd dochodził.
Eleanor stała kawałeczek od nich otoczona chmarą niebieskich chochlików.
- El, co się dzieje?! - Krzyknęła Megan.
- One mnie zaatakowały, pomocy! - Odkrzyknęła Williams i zaczęła uciekać przed napastnikami ciągnącymi ją za włosy i ubranie. One poleciały za nią tworząc serpentynę goniącą biedną dziewczynę. Na początku chłopcy patrzeli, jak dziewczyny biegną na pomoc przyjaciółce. Jednak nikt nie wziął różdżki, więc nie mogły rzucić zaklęcia obezwładniającego te małe i irytujące stworzenia. Nie udało im się zrobić nic poza większym zdenerwowaniem chochlików. Stały więc teraz wszystkie razem, a wokół nich i nad nimi latały niebieskie stworzenia. Huncwoci, Erick i Damien zaczęli się śmiać.
- Idziemy wam na ratunek, drogie panie! - Krzyknęli James i Syriusz.
Kiedy problem został zażegnany, (a wystarczyło kilka z chochlików mocno uderzyć, wtedy reszta przestraszyła się i uciekła do Lasu) postanowili wrócić do Pokoju Wspólnego. Było im ciepło, każdy był spocony, a przecież na zewnątrz było co najmniej minus pięć stopni.
- Ej, zobaczcie! - Krzyknął Erick, kiedy byli już prawie w zamku.
- Śnieg pada! - Damien stanął w miejscu, rozłożył ręce i zaczął łapać płatki śniegu.
Wszyscy zaczęli się śmiać.
***
Wieczorem Huncwoci siedzieli w sypialni i rozmawiali wesoło.
- Co zamierzacie robić na święta? - Zapytał James.
- Ja zostaję tu. Mama jedzie do siostry, a że ja jej nie lubię... - Peter wzruszył ramionami.
- Ja też zostaję. Tym razem nie chcę jechać do domu. - Stwierdził Syriusz.
- Ja chyba też będę tu. Tak myślę - powiedział Remus.
- To ja też! - Krzyknął James.
Kiedy skończyli się śmiać, postanowili, że pójdą spać. Było późno, a jednak został im jeszcze prawie miesiąc nauki.
- Już! Ale pójdziemy to wysłać - wskazał na pergamin.
- Jasne - powiedział Peter.
***
Okazało się, że mówiąc wszyscy, Peter miał na myśli naprawdę dużo osób. Bowiem korytarzem szła teraz cała chmara uczniów - Remus, Peter, Syriusz, James, Erick, Damien, Megan, Dorcas, Eleanor i Lily. Takie małe stado.
- James. To co zrobiłeś na przerwie było niesamowite i na prawdę cie podziwiam... - zaczął Damien.
- Zamknij się. To nie było przyjemne - uciął poszkodowany James.
- Ale za to jakie zabawne! - Krzyknęła Dorcas.
- Wyglądałeś jak fontanna, powiedzmy szczerze - stwierdziła Megan.
- Syriusz był już człowiekiem-kocem, James człowiekiem-fontanną... Ja się boję, co będzie dalej - powiedział Remus.
Wszyscy parsknęli śmiechem.
- Jak to "Syriusz był człowiekiem-kocem"? - Zapytała Lily.
Huncwoci opowiedzieli jej tą jakże interesującą historię.
- Ej świta! Idziemy do Sowiarni - krzyknął Syriusz.
- Jasne, człowieku-kocu - zaśmiał się Erick.
- On ma moc koca. Jego słuchajmy - powiedziała Eleanor.
Znów wszyscy zaczęli się śmiać.
- W-wyobraziłam sobie takiego Syriusza stającego nagle na lekcji transmutacji i krzyczącego "moc koca!", i wtedy zamiast Syriusza pojawia się koc, i ten koc zaczyna pełznąć w stronę drzwi, a potem wychodzi, i wszyscy są z-zdeezorientowani, i... - Damien musiał złapać Megan, bo ze śmiechu nie mogła utrzymać równowagi.
Cała grupka stanęła w jednym momencie i zaczęła się śmiać tak bardzo, że po chwili większość leżała na zimnej podłodze, a reszta podpierała się o ściany.
W taki sposób jakoś doszli do Sowiarni. Weszli tam w głośnym gwarze rozmów.
- Stop! - Krzyknął Remus, między jednym wybuchem śmiechu, a drugim.
Podszedł do swojej sowy i wysłał ją z listem do rodziców. Jednakże w trakcie tego, ktoś z grupy rzucił coś śmiesznego i wszyscy zaczęli się śmiać. Wtedy sowy przestraszyły się i wszystkie wzleciały w powietrze w tym niezbyt dużym pomieszczeniu. Zaczęły ich atakować, odbierając ich jako nieprzyjaciół i wrogów numer jeden. Z krzykiem wybiegli z Sowiarni. Potem pobiegli gdzieś koło granicy Zakazanego Lasu i usiedli na kamieniach.
- Merlinie, to było straszne! - Krzyknęła Lily.
- To będzie moja trauma z dzieciństwa. Zawsze - stwierdziła Dorcas.
Wtedy usłyszeli pisk i spojrzeli w stronę skąd dochodził.
Eleanor stała kawałeczek od nich otoczona chmarą niebieskich chochlików.
- El, co się dzieje?! - Krzyknęła Megan.
- One mnie zaatakowały, pomocy! - Odkrzyknęła Williams i zaczęła uciekać przed napastnikami ciągnącymi ją za włosy i ubranie. One poleciały za nią tworząc serpentynę goniącą biedną dziewczynę. Na początku chłopcy patrzeli, jak dziewczyny biegną na pomoc przyjaciółce. Jednak nikt nie wziął różdżki, więc nie mogły rzucić zaklęcia obezwładniającego te małe i irytujące stworzenia. Nie udało im się zrobić nic poza większym zdenerwowaniem chochlików. Stały więc teraz wszystkie razem, a wokół nich i nad nimi latały niebieskie stworzenia. Huncwoci, Erick i Damien zaczęli się śmiać.
- Idziemy wam na ratunek, drogie panie! - Krzyknęli James i Syriusz.
Kiedy problem został zażegnany, (a wystarczyło kilka z chochlików mocno uderzyć, wtedy reszta przestraszyła się i uciekła do Lasu) postanowili wrócić do Pokoju Wspólnego. Było im ciepło, każdy był spocony, a przecież na zewnątrz było co najmniej minus pięć stopni.
- Ej, zobaczcie! - Krzyknął Erick, kiedy byli już prawie w zamku.
- Śnieg pada! - Damien stanął w miejscu, rozłożył ręce i zaczął łapać płatki śniegu.
Wszyscy zaczęli się śmiać.
***
Wieczorem Huncwoci siedzieli w sypialni i rozmawiali wesoło.
- Co zamierzacie robić na święta? - Zapytał James.
- Ja zostaję tu. Mama jedzie do siostry, a że ja jej nie lubię... - Peter wzruszył ramionami.
- Ja też zostaję. Tym razem nie chcę jechać do domu. - Stwierdził Syriusz.
- Ja chyba też będę tu. Tak myślę - powiedział Remus.
- To ja też! - Krzyknął James.
Kiedy skończyli się śmiać, postanowili, że pójdą spać. Było późno, a jednak został im jeszcze prawie miesiąc nauki.
*Wybaczcie mi, ale nie miałam pomysłu na te zadania xd
TAK! JESTEM, WRÓCIŁAM, NAPISAŁAM, WSTAWIŁAM!
Co sądzicie? Liczę na komentarze! No.
Cóż, szczerze nie wiem, co mam wam tu napisać, więc po prostu - DO NASTĘPNEGO!
który nie będzie za miesiąc. Obiecuję ;)
Lunaris
Ps. 6 stron w wordzie, Times New Roman, 13,5 pkt.!! :D
środa, 18 lutego 2015
Pytania, pytania i jeszcze więcej pytań.
Tak. To nie jest nowy rozdział, bo na takowy jak widać po rozbieżności między terminem, a dzisiejszą datą, energii nie mam. Ale staram się i jedna strona jest napisana. (Ta. Dużo. Wiem.) Na wytłumaczenie mam irytującą i nawracającą grypę. Serio. Od jakichś dwóch tygodni co się wyleczę, to to gówno wraca. Jak bumerang. ;-; Poza tym sprawdziany. Ale to jest zawsze, więc się nie liczy.
Uwaga. Piszę to pod wpływem chwili, więc jak znam siebie będzie dużo rzeczy, których nie chcę powiedzieć.
Szczerze, to nie wiem i mam tak zwany kryzys. Zastanawiam się nad tą historią i wymyślam nowe rzeczy, ale widzę po sobie, że mam częste braki chęci. I pomimo pomysłów i weny nie piszę. Czemu? Bóg jeden wie. I nawet jakieś inne opowiadanka czy cokolwiek nie napawa mnie chęcią do tego pisania. Znacie jakiś sposób, żeby moja chęć powróciła? Wiem, że to pytanie jest głupie, ale... .-. Chciałam być niesamowita i pisać więcej. Nawet jak postanowiłabym sobie zrobić przerwę, to wtedy ogarnąć kilka notek do przodu i zrobić auto publikację. Ale czuję, że to mi się nie uda. I jest mi z tym źle! Chciałabym być dobrą... "Bloggerką" względnie "pisarką" bo szczerze, nie wiem jak się określić, ale chyba jestem zbyt leniwa. I chyba nie umiem z tym walczyć. Może zbyt dużo sobie wyobrażam i jedyną rzeczą którą umiem, jest wymyślanie jaka chciałabym być, a nie zmienianie siebie, żeby w końcu się taką stać. Może nie umiem.
Kolejną rzeczą jest ogół tej historii. Czy ona się wam cała jak na razie podoba? Czy uważacie, że coś jest bez sensu i powinnam się nad tym zastanowić? Jak tak, piszcie.
Następne. Bardzo chcę przeprosić wszystkich, których blogi czytam/czytałam, a teraz nie komentuję. W szczególności Nimfadorę Tonks - Riddle i Pannę Nikt. Ja wiem, że wy mnie znienawidzicie kiedyś. Jeśli już tego nie zrobiłyście XD Bo wiem, że to jest chamskie. Pod tym ostatnim rozdziałem (kiedy to było! Jak na świecie dinozaury jeszcze żyły!) skomentowałyście. A wiem też, że u was są nowe notki. A ja co? A ja nie czytam tego. Czemu? I znowu - Bóg jeden wie. Nie mam kompletnie chęci na czytanie. Pisałam to Nimfadorze w komentarzu. Ale ten komentarz opublikowałam dawno! I co? I NADAL NIE CZYTAM! Resztę tez przepraszam. Ja... Ja się poprawię! Na prawdę! Tutaj pytania nie ma. Brafo.
O. I teraz to, co praktycznie mnie dręczy, a dzięki Abigail postanowiłam, że muszę coś z tym zrobić. WYGLĄD, Podglądacze, WYGLĄD. Ten który jest był spoko na początku. Ale powiedzmy sobie szczerze. Wygląd bloga to coś, co powinno się zmieniać przynajmniej raz na dwa miesiące. A to? Pff... To tu jest już prawie rok. (Właśnie niedługo urodziny bloga... Hmm...) Trzeba coś z tym zrobić. Ale. Ja się nie znam. Macie jakąś szabloniarnię do polecenia? Piszcie! To się bardzo przyda i mi ułatwi.
No. Właśnie. Urodziny (tak nawiasem to miałam je wczoraj. Hue! Megan się urodziła 17 lutego, tak!) liczmy je od pierwszej notki, bo ona chyba była jakoś dzień po założeniu bloga, czy jakoś tak... Soł. 12 marca 2014 roku. To było wtedy. Coś wymyśle. Coś ciekawego, zobaczycie.
Chciałabym zająć się tym blogiem bardziej. Ostatnio dużo o tym myślałam. Chyba wrócę do reklamowania się na fb. Może nawet ogarnę jakiś blog czy forum gdzie można zamieszczać swoje blogi (słyszałam kiedyś o czymś takim XD) i odświeżę go. Miały się tu pokazywać opowiadania, pamięta ktoś? Będą. I miła byś "Mój Tobiaszek" czyli opowiadanka nie z HP. Będzie. Wszystko będzie, to miejsce przejdzie rewolucję i może wtedy dostanę na nie znów chęci! TAK!
Powiem wam, że jak się tak wygadałam to nawet mi lepiej :D
No. Może częściej będę pisała takie komunikaty... Żeby z wami pogadać i pokazać moją aktualną sytuację, obgadać pomysły i te sprawy... Bo czasem wpadam na jakiś pomysł i on jest tak kompletnie głupi, że potrzebuję kogoś, kto by mnie - za przeproszeniem - walnął w mordę i powiedział, że to jest bez sensu. Czasem robi to Alex bądź Lexy, ale jest tu też kilka innych osób, a przez te mega plany co do reklam, może będzie ich więcej.
Więc macie komunikat i tak dalej...
Nowa notka w tym tygodniu. Postaram się, żeby była długa i ciekawa. Dla was. Bo chcę być dobra i chcę się zebrać. I wrócić. Z większą dawką miłości do czytelników i z większą dawką pomysłów. Tak. To chyba wszystko.
Kocham was!
Lunaris (która znów zmieniła imię na google+)
Serio mi lepiej. :o : 3
Uwaga. Piszę to pod wpływem chwili, więc jak znam siebie będzie dużo rzeczy, których nie chcę powiedzieć.
Szczerze, to nie wiem i mam tak zwany kryzys. Zastanawiam się nad tą historią i wymyślam nowe rzeczy, ale widzę po sobie, że mam częste braki chęci. I pomimo pomysłów i weny nie piszę. Czemu? Bóg jeden wie. I nawet jakieś inne opowiadanka czy cokolwiek nie napawa mnie chęcią do tego pisania. Znacie jakiś sposób, żeby moja chęć powróciła? Wiem, że to pytanie jest głupie, ale... .-. Chciałam być niesamowita i pisać więcej. Nawet jak postanowiłabym sobie zrobić przerwę, to wtedy ogarnąć kilka notek do przodu i zrobić auto publikację. Ale czuję, że to mi się nie uda. I jest mi z tym źle! Chciałabym być dobrą... "Bloggerką" względnie "pisarką" bo szczerze, nie wiem jak się określić, ale chyba jestem zbyt leniwa. I chyba nie umiem z tym walczyć. Może zbyt dużo sobie wyobrażam i jedyną rzeczą którą umiem, jest wymyślanie jaka chciałabym być, a nie zmienianie siebie, żeby w końcu się taką stać. Może nie umiem.
Kolejną rzeczą jest ogół tej historii. Czy ona się wam cała jak na razie podoba? Czy uważacie, że coś jest bez sensu i powinnam się nad tym zastanowić? Jak tak, piszcie.
Następne. Bardzo chcę przeprosić wszystkich, których blogi czytam/czytałam, a teraz nie komentuję. W szczególności Nimfadorę Tonks - Riddle i Pannę Nikt. Ja wiem, że wy mnie znienawidzicie kiedyś. Jeśli już tego nie zrobiłyście XD Bo wiem, że to jest chamskie. Pod tym ostatnim rozdziałem (kiedy to było! Jak na świecie dinozaury jeszcze żyły!) skomentowałyście. A wiem też, że u was są nowe notki. A ja co? A ja nie czytam tego. Czemu? I znowu - Bóg jeden wie. Nie mam kompletnie chęci na czytanie. Pisałam to Nimfadorze w komentarzu. Ale ten komentarz opublikowałam dawno! I co? I NADAL NIE CZYTAM! Resztę tez przepraszam. Ja... Ja się poprawię! Na prawdę! Tutaj pytania nie ma. Brafo.
O. I teraz to, co praktycznie mnie dręczy, a dzięki Abigail postanowiłam, że muszę coś z tym zrobić. WYGLĄD, Podglądacze, WYGLĄD. Ten który jest był spoko na początku. Ale powiedzmy sobie szczerze. Wygląd bloga to coś, co powinno się zmieniać przynajmniej raz na dwa miesiące. A to? Pff... To tu jest już prawie rok. (Właśnie niedługo urodziny bloga... Hmm...) Trzeba coś z tym zrobić. Ale. Ja się nie znam. Macie jakąś szabloniarnię do polecenia? Piszcie! To się bardzo przyda i mi ułatwi.
No. Właśnie. Urodziny (tak nawiasem to miałam je wczoraj. Hue! Megan się urodziła 17 lutego, tak!) liczmy je od pierwszej notki, bo ona chyba była jakoś dzień po założeniu bloga, czy jakoś tak... Soł. 12 marca 2014 roku. To było wtedy. Coś wymyśle. Coś ciekawego, zobaczycie.
Chciałabym zająć się tym blogiem bardziej. Ostatnio dużo o tym myślałam. Chyba wrócę do reklamowania się na fb. Może nawet ogarnę jakiś blog czy forum gdzie można zamieszczać swoje blogi (słyszałam kiedyś o czymś takim XD) i odświeżę go. Miały się tu pokazywać opowiadania, pamięta ktoś? Będą. I miła byś "Mój Tobiaszek" czyli opowiadanka nie z HP. Będzie. Wszystko będzie, to miejsce przejdzie rewolucję i może wtedy dostanę na nie znów chęci! TAK!
Powiem wam, że jak się tak wygadałam to nawet mi lepiej :D
No. Może częściej będę pisała takie komunikaty... Żeby z wami pogadać i pokazać moją aktualną sytuację, obgadać pomysły i te sprawy... Bo czasem wpadam na jakiś pomysł i on jest tak kompletnie głupi, że potrzebuję kogoś, kto by mnie - za przeproszeniem - walnął w mordę i powiedział, że to jest bez sensu. Czasem robi to Alex bądź Lexy, ale jest tu też kilka innych osób, a przez te mega plany co do reklam, może będzie ich więcej.
Więc macie komunikat i tak dalej...
Nowa notka w tym tygodniu. Postaram się, żeby była długa i ciekawa. Dla was. Bo chcę być dobra i chcę się zebrać. I wrócić. Z większą dawką miłości do czytelników i z większą dawką pomysłów. Tak. To chyba wszystko.
Kocham was!
Lunaris (która znów zmieniła imię na google+)
Serio mi lepiej. :o : 3
wtorek, 6 stycznia 2015
Rozdział 25.
Jeszcze zanim cokolwiek, to powiem, że spis rozdziałów i notek informacyjnych uzupełnię. Muszę tylko nabrać do tego chęci ;-;
Miłego czytania!
:D
____________________________________________________________________________________________________
Nie wiedział, jak długo spał, ale przeczuwał, że nie było to kilka godzin. Kiedy otworzył oczy, powitała go ciemność. Od razu wyczuł, że w pokoju jest jego kuzyn i, że owy kuzyn śpi. Mark leżał na łóżku równoległym do tego, które zajmował Remus. Młody Lupin westchnął głęboko i uśmiechnął się. Lubił zapach sypialni. To może brzmi bez sensu, ale tak było. Ten zapach kojarzył mu się ze spokojem, którego w jego życiu nie było zbyt wiele. Poza tym, ostatnio praktycznie wcale go nie miał. Poczuł lekkie ukłucie żalu, ale zignorował je, jak to Remus.
Pokój Marka był duży. Evelyn przyniosła tutaj dodatkowe łóżko dla Remusa i postawiła je na miejscu sofy, która tu stała. Teraz sofa była na strychu. Oczywiście zrobiła to zaklęciami, bo po co się męczyć. Chociaż Remus tego nie widział, ściany tutaj były granatowe (pomimo swoich wyostrzonych zmysłów nie potrafił rozróżniać kolorów, kiedy było tak ciemno). Po wejściu do pokoju uwagę zwracała wymyślna lampa stojąca obok szafki nocnej i łóżka Remusa (czyli w normalnych wypadku koło sofy). Łóżko stało przy ścianie równoległej do drzwi. Na tejże ścianie było duże okno z różnymi, dziwnymi rzeczami rozwalonymi na parapecie. Obok drzwi była wysoka szafa na ubrania. Równolegle do niej stało mahoniowe biurko. Nad łóżkiem właściciela pokoju wisiał telewizor, tak, że jeśli byłaby tu sofa, można by spokojnie oglądać telewizję. Rodzina Bowen była typowo nowoczesną, czarodziejską rodziną - używali mugolskich 'wynalazków' i nie wstydzili się tego.
Remus podniósł się na klęczki odchylił czarną roletę wiszącą na oknie. Zobaczył szarawe niebo z jedną, czerwoną smugą. Wschodziło słońce.
Z racji tego, że spał około dwa dni, nie zamierzał leżeć dłużej. Wstał cicho - tak, żeby nie obudzić śpiącego kuzyna - i, kiedy wziął swoje ubrania, wyszedł z pokoju. Wiedział, że może czuć się tu jak u siebie. A nawet powinien, bo przecież innego domu na chwilę obecną nie ma. Mógłby wrócić do Forks, ale z drugiej strony byłoby to niebezpieczne. Poszedł do łazienki, przebrał się, wrócił do sypialni i odłożył ubrania, po czym zszedł na dół do kuchni. Słońce zaczynało przebijać się przez drzewa i wlewać się do domu, tworząc długie cienie na podłodze. Pomimo wszystko w pokoju nadal panował półmrok, ale to Remusowi nie przeszkadzało. Podszedł do lodówki i obejrzał jej zawartość. W końcu uznał, że zadowoli się płatkami czekoladowymi i kawą. Kiedy zjadł, wypił i - oczywiście - posprzątał po sobie, postanowił wyjść na dwór. Spojrzał na okno. Słońce już wyjrzało ponad las.
Szybko ubrał ciepłą bluzę i buty. Kiedy wyszedł uderzyło w niego świeże powietrze. Odetchnął z ulgą. Poczuł się, jakby wszystkie jego problemy nagle zniknęły. Rozejrzał się. Na ulicy, gdzie mieszkała jego ciocia, było mało domów. Najbliższy znajdował się w odległości około kilometra i Remus ledwo go widział. Kiedy zagłębił się w las przysłoniła go poranna mgła. Zawsze lubił chodzić leśnymi dróżkami, lawirować między drzewami, skakać po gałęziach i śmiać się, kiedy ktoś przechodził, a on właśnie znajdował się na drzewie. Uśmiechnął się, kiedy zdał sobie sprawę jak podobna jest Evelyn do jego mamy. Też zamieszkała na obrzeżach miasta, też przy lesie. Wyglądem może nie przypominała Hope, ale charakterem już tak. Była pogodna, pomocna i uwielbiała przebywać ze swoją rodziną. Remus przypomniał sobie zawsze uśmiechniętą twarz matki. Pomimo, że jej oczy nie zawsze się uśmiechały, nie dawała po sobie poznać tego, że coś jest nie tak. Usłyszał jej głos, mówiący, że wszystko będzie dobrze, że poradzą sobie i, że on kiedyś "wyleczy się". Musiał oprzeć się o pień drzewa, bo inaczej przewróciłby się.
Miłego czytania!
:D
____________________________________________________________________________________________________
Nie wiedział, jak długo spał, ale przeczuwał, że nie było to kilka godzin. Kiedy otworzył oczy, powitała go ciemność. Od razu wyczuł, że w pokoju jest jego kuzyn i, że owy kuzyn śpi. Mark leżał na łóżku równoległym do tego, które zajmował Remus. Młody Lupin westchnął głęboko i uśmiechnął się. Lubił zapach sypialni. To może brzmi bez sensu, ale tak było. Ten zapach kojarzył mu się ze spokojem, którego w jego życiu nie było zbyt wiele. Poza tym, ostatnio praktycznie wcale go nie miał. Poczuł lekkie ukłucie żalu, ale zignorował je, jak to Remus.
Pokój Marka był duży. Evelyn przyniosła tutaj dodatkowe łóżko dla Remusa i postawiła je na miejscu sofy, która tu stała. Teraz sofa była na strychu. Oczywiście zrobiła to zaklęciami, bo po co się męczyć. Chociaż Remus tego nie widział, ściany tutaj były granatowe (pomimo swoich wyostrzonych zmysłów nie potrafił rozróżniać kolorów, kiedy było tak ciemno). Po wejściu do pokoju uwagę zwracała wymyślna lampa stojąca obok szafki nocnej i łóżka Remusa (czyli w normalnych wypadku koło sofy). Łóżko stało przy ścianie równoległej do drzwi. Na tejże ścianie było duże okno z różnymi, dziwnymi rzeczami rozwalonymi na parapecie. Obok drzwi była wysoka szafa na ubrania. Równolegle do niej stało mahoniowe biurko. Nad łóżkiem właściciela pokoju wisiał telewizor, tak, że jeśli byłaby tu sofa, można by spokojnie oglądać telewizję. Rodzina Bowen była typowo nowoczesną, czarodziejską rodziną - używali mugolskich 'wynalazków' i nie wstydzili się tego.
Remus podniósł się na klęczki odchylił czarną roletę wiszącą na oknie. Zobaczył szarawe niebo z jedną, czerwoną smugą. Wschodziło słońce.
Z racji tego, że spał około dwa dni, nie zamierzał leżeć dłużej. Wstał cicho - tak, żeby nie obudzić śpiącego kuzyna - i, kiedy wziął swoje ubrania, wyszedł z pokoju. Wiedział, że może czuć się tu jak u siebie. A nawet powinien, bo przecież innego domu na chwilę obecną nie ma. Mógłby wrócić do Forks, ale z drugiej strony byłoby to niebezpieczne. Poszedł do łazienki, przebrał się, wrócił do sypialni i odłożył ubrania, po czym zszedł na dół do kuchni. Słońce zaczynało przebijać się przez drzewa i wlewać się do domu, tworząc długie cienie na podłodze. Pomimo wszystko w pokoju nadal panował półmrok, ale to Remusowi nie przeszkadzało. Podszedł do lodówki i obejrzał jej zawartość. W końcu uznał, że zadowoli się płatkami czekoladowymi i kawą. Kiedy zjadł, wypił i - oczywiście - posprzątał po sobie, postanowił wyjść na dwór. Spojrzał na okno. Słońce już wyjrzało ponad las.
Szybko ubrał ciepłą bluzę i buty. Kiedy wyszedł uderzyło w niego świeże powietrze. Odetchnął z ulgą. Poczuł się, jakby wszystkie jego problemy nagle zniknęły. Rozejrzał się. Na ulicy, gdzie mieszkała jego ciocia, było mało domów. Najbliższy znajdował się w odległości około kilometra i Remus ledwo go widział. Kiedy zagłębił się w las przysłoniła go poranna mgła. Zawsze lubił chodzić leśnymi dróżkami, lawirować między drzewami, skakać po gałęziach i śmiać się, kiedy ktoś przechodził, a on właśnie znajdował się na drzewie. Uśmiechnął się, kiedy zdał sobie sprawę jak podobna jest Evelyn do jego mamy. Też zamieszkała na obrzeżach miasta, też przy lesie. Wyglądem może nie przypominała Hope, ale charakterem już tak. Była pogodna, pomocna i uwielbiała przebywać ze swoją rodziną. Remus przypomniał sobie zawsze uśmiechniętą twarz matki. Pomimo, że jej oczy nie zawsze się uśmiechały, nie dawała po sobie poznać tego, że coś jest nie tak. Usłyszał jej głos, mówiący, że wszystko będzie dobrze, że poradzą sobie i, że on kiedyś "wyleczy się". Musiał oprzeć się o pień drzewa, bo inaczej przewróciłby się.
"- Będzie dobrze Remusie. Będzie dobrze - przytulając syna,
kiwała się na boki. - Poradzimy sobie - mówiła,
jakby chciała do tych słów przekonać samą siebie."
kiwała się na boki. - Poradzimy sobie - mówiła,
jakby chciała do tych słów przekonać samą siebie."
Jej głos zawsze wypełniała bezgraniczna miłość, ale Remus potrafił usłyszeć tam, także nutę smutku. Martwiła się. O pieniądze, o syna i o męża. O wszystko. A siebie zawsze zostawiała na koniec.
Jego tata był inny. Zawsze przeświadczony o tym, że dadzą sobie radę, a Remus - nawet jeśli nie uda im się go wyleczyć - przyzwyczai się do życia Dziecka Księżyca. Miał rację. Oni sobie radzili, a jego syn powoli przyswajał sobie umiejętności wilkołaka. Poza tym, Lyall nie praktykował ślepej wiary w to, że młody Lupin wyleczy się. Wiedział, że to jest niewykonalne. Wilkołactwo to coś na kształt choroby. Tyle, że demonicznej. Tak samo zresztą, jak wampiryzm. Lyall Lupin był człowiekiem wesołym, ale jednocześnie mocno stąpającym po ziemi. Miał zacięcie przywódcze i był urodzonym organizatorem. Niektóre z tych cech Remus po nim odziedziczył.
Gdyby nie fakt, że ziemia była mokra, usiadłby. Nie miało dla niego znaczenia to, że pomoczyłby spodnie, wiedział także, że nie przeziębi się. Ale pobrudziłyby się od trawy, a on nie chciał, żeby ciocia miała dodatkowe problemy. Nadal więc opierał się o drzewo.
Wspomnienia zalewały jego głowę, a on nie potrafił ich opanować. Pierwszy raz czuł się bezradny wobec swoich uczuć. Zawsze potrafił je ukryć, zamaskować, zdusić. Teraz po prostu stał i patrzał w przestrzeń, niezdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu.
Nagle usłyszał szelest. Odwrócił się w kierunku, z którego dobiegał dźwięk i zobaczył małą dziewczynkę. Miała blond włosy, sięgające do pasa, bladą cerę i dziwne, praktycznie czarne oczy. Ubrana była w białą sukienkę i kurtkę. Zastanawiał się, czy nie jest jej zimno.
- Bonjour! - Powiedziała słodkim głosem. Remus uśmiechnął się mimo woli.
- Bonjour.*
Zaczęła coś do niego mówić, ale Remus nie potrafił aż tak dobrze francuskiego. Uniósł rękę i powiedział:
- Je ne parle pas francais.**
Dziewczynka spojrzała na niego zdziwiona i przekrzywiła głowę.
- Je suis Britannique*** - uśmiechnął się.
- Potrafię mówić po angielsku - dziewczynka oddała uśmiech. Remus zdziwił się.
- Miło. Kim jesteś? - Zapytał i przykucnął, żeby zrównać się wzrostem z dzieckiem.
- Nazywam się Pauline Castain. Mieszkam niedaleko. A ty?
- Jestem Remus Lupin.
W tym momencie stało się coś dziwnego. Dziewczynka odsunęła się od Remusa, a jej oczy zrobiły się czarne. Nie tak jak dotychczas, teraz nawet białka były ciemne, Gdyby nie drzewo, zacząłby się cofać.
- A więc to ty! - Krzyknęła zupełnie innym, niskim i gardłowym głosem. - Wiedziałam, że to ty! On kazał mi cię znaleźć. Teraz ty też umrzesz!
Po jej twarzy, od skroni, rozciągała się teraz siatka ciemnych żył. Odrzuciła głowę do tyłu i rozpostarła ręce na boki. Po chwili uniosła się w powietrze.
Jego tata był inny. Zawsze przeświadczony o tym, że dadzą sobie radę, a Remus - nawet jeśli nie uda im się go wyleczyć - przyzwyczai się do życia Dziecka Księżyca. Miał rację. Oni sobie radzili, a jego syn powoli przyswajał sobie umiejętności wilkołaka. Poza tym, Lyall nie praktykował ślepej wiary w to, że młody Lupin wyleczy się. Wiedział, że to jest niewykonalne. Wilkołactwo to coś na kształt choroby. Tyle, że demonicznej. Tak samo zresztą, jak wampiryzm. Lyall Lupin był człowiekiem wesołym, ale jednocześnie mocno stąpającym po ziemi. Miał zacięcie przywódcze i był urodzonym organizatorem. Niektóre z tych cech Remus po nim odziedziczył.
Gdyby nie fakt, że ziemia była mokra, usiadłby. Nie miało dla niego znaczenia to, że pomoczyłby spodnie, wiedział także, że nie przeziębi się. Ale pobrudziłyby się od trawy, a on nie chciał, żeby ciocia miała dodatkowe problemy. Nadal więc opierał się o drzewo.
Wspomnienia zalewały jego głowę, a on nie potrafił ich opanować. Pierwszy raz czuł się bezradny wobec swoich uczuć. Zawsze potrafił je ukryć, zamaskować, zdusić. Teraz po prostu stał i patrzał w przestrzeń, niezdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu.
Nagle usłyszał szelest. Odwrócił się w kierunku, z którego dobiegał dźwięk i zobaczył małą dziewczynkę. Miała blond włosy, sięgające do pasa, bladą cerę i dziwne, praktycznie czarne oczy. Ubrana była w białą sukienkę i kurtkę. Zastanawiał się, czy nie jest jej zimno.
- Bonjour! - Powiedziała słodkim głosem. Remus uśmiechnął się mimo woli.
- Bonjour.*
Zaczęła coś do niego mówić, ale Remus nie potrafił aż tak dobrze francuskiego. Uniósł rękę i powiedział:
- Je ne parle pas francais.**
Dziewczynka spojrzała na niego zdziwiona i przekrzywiła głowę.
- Je suis Britannique*** - uśmiechnął się.
- Potrafię mówić po angielsku - dziewczynka oddała uśmiech. Remus zdziwił się.
- Miło. Kim jesteś? - Zapytał i przykucnął, żeby zrównać się wzrostem z dzieckiem.
- Nazywam się Pauline Castain. Mieszkam niedaleko. A ty?
- Jestem Remus Lupin.
W tym momencie stało się coś dziwnego. Dziewczynka odsunęła się od Remusa, a jej oczy zrobiły się czarne. Nie tak jak dotychczas, teraz nawet białka były ciemne, Gdyby nie drzewo, zacząłby się cofać.
- A więc to ty! - Krzyknęła zupełnie innym, niskim i gardłowym głosem. - Wiedziałam, że to ty! On kazał mi cię znaleźć. Teraz ty też umrzesz!
Po jej twarzy, od skroni, rozciągała się teraz siatka ciemnych żył. Odrzuciła głowę do tyłu i rozpostarła ręce na boki. Po chwili uniosła się w powietrze.
To nie jest człowiek. To demon.
A przysłał go Greyback.
A przysłał go Greyback.
Kiedy uświadomił sobie to wszystko, przypomniała mu się jeszcze jdna rzecz, którą kiedyś usłyszał od Megan.
"-Uczyłam się walki - powiedziała spokojnie. - Mój instruktor zawsze wpajał mi dwa słowa "wykorzystaj wszystko". Każda rzecz może być bronią, a ty musisz wykorzystywać każdą okazję do zadania śmiertelnego ciosu. Lub obezwładniającego. Jak wolisz - wzruszyła ramionami"
Rozejrzał się. Wiedział, że nie zabije demona zwykłym patykiem. Wstał i skoczył na gałąź, znajdującą się po jego prawej stronie. Odbił się, złapał innej gałęzi i kopnął demona najmocniej jak potrafił. Dziewczynka upadła na ziemię i jęknęła z bólu.
To nie jest człowiek. To nie jest dziecko.
Warknęła, a ten warkot pozbawiony był jakichkolwiek ludzkich cech. Remus, który nigdy nie uczył się walki był przerażony. Dziewczynka skoczyła i ułamała bardzo gruby konar drzewa. Wyglądałoby to zabawnie, bo ona była mała, a gałąź dłuższa od niej, ale w obecnej sytuacji było to zatrważające. Remus poczuł przyspieszone bicie serca. Demon zamachnął się. Remus miał swoją szybkość i zwinność. Uskoczył więc i pomyślał, że lepiej byłoby zmienić się w wilka. Zrobił to.
Kiedy wylądował na czterech łapach, zaśmiał się w duchu. Dziewczynka puściła gałąź i teraz stała przed nim. Rzuciła się na niego, ale on znowu odskoczył. Chciał zranić to stworzenie, ale nie udało mu się. Demon złapał go za głowę i rzucił nim w bok. Zabolało.
- Teraz wezwę mojego pana, a ty tu leż, psie - powiedziała.
Remus na początku to właśnie robił - leżał. Ale kiedy zauważył, że dziecku zaraz uda się porozumieć z Greybackiem, rzucił się na nie. Nie spodziewała się. Kiedy wgryzł się w jej kark, a krew demona rozlała mu się w ustach, ledwie powstrzymał odruch puszczenia jej. Krew demona była wstrętna i paliła mu podniebienie jak gorące i ostre jedzenie. Demon wydał z siebie dziwny dźwięk i Remus puścił go. Wtedy mała, jasnowłosa dziewczynka zniknęła.
Remus przemienił się z powrotem w człowieka. Ledwie transformacja dobiegła końca, a on już klęczał na ziemi i wymiotował. Miał popalone podniebienie i skórę w miejscach, gdzie spadła krew demona. Klęczał jeszcze długi czas, a kiedy skończył wymiotować zawartością żołądka i żółcią, pozostały jeszcze nieprzyjemne skurcze żołądka. Następne kilka minut spędził na kolanach, wymiotując na sucho. Całe śniadanie znajdowało się teraz przed nim. Otarł usta wierzchem dłoni i wstał, zataczając się. Spojrzał na swoje ubranie. Nie było aż tak źle. Jego bluza miała tylko małe rozcięcie na początku rękawa. Nie było go widać, a w tym miejscu materiał był podłożony dwa razy, więc było w porządku. Spodnie miał czyste, pomimo długiego klęczenia na ziemi. Otrzepał się z piasku i skierował w stronę domu cioci.
***
Kiedy wszedł do domu, mały Louis siedział na blacie w kuchni.
- Cześć Remus! - Powiedział, po czym zeskoczył i przytulił kuzyna. - Gdzie byłeś?
- W lesie - odpowiedział wymijająco. Poniekąd to była prawda.
- Jadłeś śniadanie? - Zapytał, wracając do kuchni.
- Tak, ale znowu coś zjem, Zrobiłem się głodny - Remus poszedł za nim.
Zrobił sobie kanapki i podgrzał parówki w mikrofalówce. Louis zalał herbatę. usiedli przy stole.
- Mama powiedziała nam, co się stało. To jest... - oczy mu się zaszkliły. - Okropne. Nie mogę uwierzyć.
- Nie tylko ty - mruknął.
Louis spojrzał na niego smutnym wzrokiem.
- Ale zostaniesz u nas i będzie fajnie! - Ucieszył się.
Remus nie mógł się nie zaśmiać.
- Oczywiście.
Po niedługim czasie dom zaczął odżywać. Wszyscy powoli się budzili i przychodzili do kuchni, żeby zjeść śniadanie. Kiedy przyszła Danielle (która wstała ostatnia), Evelyn powiedziała, że musi iść do pracy. Pracowała na dwa etaty - jeden w Ministerstwie Magii, a drugi w mugolskiej kawiarni. Zarabiała dość dużo, więc nie musiała martwić się o pieniądze, jak to robiła jej siostra.
- Remus - powiedział Mark. - Zostawmy dom pod opieką Danielle i chodźmy do miasta. Moja sistra jest na tyle dorosła, że sobie poradzi. - Uśmiechnął się.
Remus dobrze wiedział, że Mark tak nie uważa, bo często wytykał siostrze, jak bardzo dziecinna jest. Ale w obecnej sytuacji idealnie władał frazesami, przyprawiając Danielle o rumieńce.
- No nie wiem. Na pewno sobie poradzisz? - Zapytał Remus. Tani trik "nie dasz sobie rady!".
- Oczywiście! Przecież nie ma nic trudnego w zajmowaniu się domem. Tylko uważajcie na siebie - Powiedziała.
Chłopcy uśmiechnęli się i wyszli z domu. Remus czuł się lepiej, kiedy miał obok siebie Marka. Było mu raźniej.
***
Wsiedli do autobusu i pojechali do centrum miasta. Błądzili po ulicach Reims, aż w końcu uznali, że są głodni.
- No, to mamy dwie opcje - powiedział jego kuzyn. - Może jestem tylko czarodziejem, ale znam to miasto bardzo dobrze. Możemy iść do zwykłej restauracji, ale możemy pójść także do Blood Moon. To bar nadnaturalnych.
Remus spojrzał na niego. Nie wiedział, że istnieją takie miejsca, gdzie przebywają tylko nadnaturalni.
- Nie wiem. Nie znam się - powiedział.
- No, to chodźmy zjeść coś do zwykłej restauracji, a potem pójdziemy do baru. Co o tym sądzisz?
Remus zamyślił się.
- Wpuszczą nas? Mamy dopiero czternaście...
Mark przerwał mu śmiechem.
- Wystarczy, że nie jesteś człowiekiem i wyglądasz dość dorosło.
Spojrzeli po sobie u uśmiechnęli się w ten dziwny sposób, w jaki uśmiechają się do siebie przyjaciele, kiedy uda im się zrobić coś niesamowitego.
- Wpuszczą - powiedzieli równocześnie.
***
Szli jakąś starą i wąską uliczką. Mark ciągle mówił i opowiadał różne historie. Teraz snuł opowieść o tym, jak to pierwszy raz znalazł się w Blood Moon. Remus dowiedział się, że jego kuzyn wcale nie jest taki święty, za jakiego go uważał. Okazało się, że kilka miesięcy temu wdał się w bójkę z bandą białych demonów (ludzi zmienionych w demony, które nie były takie, jak dziewczynka, którą widział, tylko były czymś jak wilkołaki, wampiry czy inne rasy) i, kiedy udało mu się powalić ich na ziemię (było ich tylko trzech), zaczął uciekać. Wybierał stare uliczki i często zakręcał. Wtedy dotarł w to miejsce, w którym aktualnie się znajdowali. Był to jakby ślepy zaułek. Wylot wąskiej uliczki na mały placyk. Mur odgradzał go z każdej strony. Po środku była mała fontanna, naokoło drzewa. Kilka metrów przed nimi były duże drzwi, a nam drzwiami krwistoczerwony, jakby świecący napis "Blood Moon".
- Ten napis to wspólna robota czarwonika i czarodzieja - powiedział Mark. Remus zdziwił się.
- To to są dwie rasy? - Zapytał.
Kuzyn spojrzał na niego jak na idiotę.
- Oczywiście - powiedział, podchodząc do rogu uliczki.
Wynurzył się stamtąd wysoki mężczyzna z białymi włosami i jasnymi oczami. Miał idealnie białe zęby.
- Rasy? - Zapytał uprzejmym głosem.
- Wilkołako-czarodziej i czarodziej - Mark zaśmiał się.
Anioł spojrzał na Remusa i uśmiechnął się. Remus zrobił to samo.
- Idźcie - mężczyzna kiwnął głową.
Przeszli przez placyk.
- Witaj w typowym, nadnaturalnym świecie - powiedział Mark, otwierając drzwi.
Wnętrze było ciemne. Środek pomieszczenia przecinał czerwony dywan, prowadzący do baru, a po lewej i prawej porozstawiane były stoliki, odgrodzone szarymi parawanami. Ściany i podłoga były czarne. Remus zauważył, że w głębi są schody, ale odgrodzone były bramką.
- Tam na górze jest sala taneczna. Ale o tej porze jest zamknięta. Nie radzę przychodzić tutaj na imprezy. Dzieją się dziwne rzeczy - Remus nie pytał, skąd czternastolatek wie, co dzieje się na imprezach. Raczej w ich wieku nie chodzi się do klubów.
Usiedli przy jednym z wolnych stolików. Kiedy podeszła do nich kelnerka, Remus zauważył, że ma ona całe niebieskie oczy. Całe. Bez białek, czy źrenic. Zamówili kawę.
- To była fearie.**** Pomieszanie elfa z wróżką. Często mylą ich z elfami. Nie lubią tego.
Remus kiwnął głową.
- Facet, który nas tu wpuścił...
- Był aniołem. To wiem. Aż taki głupi nie jestem. - Remus przerwał kuzynowi, który uśmiechnął się pobłażliwie.
Kiedy kelnerka przyniosła im kawy, Mark zaczął wymieniać wszystkie rasy, jakich przedstawiciele znajdowali się w klubie.
- Tamten gościu - wskazał na mężczyznę, który rozmawiał z kelnerką. - Jest właśnie czarownikiem.
Remus wytrzeszczył oczy.
- Skąd wiesz?
- Przypatrz się. Jak znowu wysunie język... - wtedy czarownik to zrobił. I Remus nie zobaczył zwykłego, ludzkiego języka, tylko... Taki, jak u węża.
- Mają cechy zwierząt.****
Nastąpiła chwila ciszy, podczas której każdy z chłopców wziął kilka łyków swojej kawy.
- Tam - wskazał podbródkiem na grupę wytatuowanych nastolatków. - Siedzą nefilim. Nocni Łowcy.**** To rasa pół aniołów, pół ludzi. Stworzył ich Razjel. Żeby bronili ludzi i innych nadnaturalnych. Poza nimi jest wiele organizacji, które to robią. Czasem współpracują. Ale raczej na nich uważaj. Myślą, że są lepsi. - Mark wzruszył ramionami.
Jeden z Nocnych Łowców spojrzał na kogoś. Jakąś dziewczynę siedzącą przy stoliku. Mruknął coś do kolegi i razem patrzeli na nią przez chwilę, z wyraźną dezaprobatą na twarzy.
- A ta dziewczyna? - Wskazał na nią.
- To sukkub. Różnie o nich mówią. Jeśli wpiszesz to w wyszukiwarkę, wyskoczy ci kobieta, która uwodzi mężczyzn i karmi się ich snami. Ale to brednie. Tak samo jak to, że wampiry nie mogą wejść do domu bez zaproszenia, że są 'uczulone' na czosnek, że wilkołaki nie potrafią zmieniać się w wilki... Sukkuby to istoty ciemności. Żywią się krwią, albo snami. Jak sobie tam chcą. Potrafią się materializować. To coś jak białe demony. Tylko trochę inne. Mają kilka cech wampirów, na przykład słońce im szkodzi. A. No i sukkuby to kobiety. Inkuby to mężczyźni. Białe demony tak jak obdarzeńcy, mają miliony odgałęzień.
- Obda...
- Potem. - Mark machnął ręką. - Oni - wskazał znowu na nefilim. - Patrzą tak na nią, bo jest demonem. Białym, ale jednak. A oni głównie zabijają demony.
- Ale te złe! Czarne! A oni...
- Tak, ale już ci mówiłem, że Nocni Łowcy są dziwni.
Remus uśmiechnął się.
- Skąd tyle o tym wiesz?
- Jak się tu przychodzi, to się wie. Ludzi rozmawiają.
- Ludzie, jak ludzie - mruknął Remus.
Mark się zaśmiał.
Wtedy ktoś wszedł do baru. Dwie osoby. Byli ubrani w płaszcze, każdy miał czerwoną chustę przewiązaną w pasie. Mieli broń. Remus widział noże przypięte do pasa, pistolety, krótki miecz... Mieli też coś na obu przedramionach. Z jednej strony było pokryte metalem, a z drugiej był mechanizm. I ten symbol na pasku. Trójkąt ze skrzydełkami... Remus skądś go znał.
- Kto to? - Mruknął, bo w sali zapanowała cisza.
- Asasyni. Zabójcy. Podobnie jak Nocni Łowcy, bronią ludzi.
Nagle przed oczami Remusa zrobiło się ciemno. Opadł na oparcie. W głowie usłyszał donośny głos.
-Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone.
***
Otworzył oczy. Oślepiło go słońce i biel. Wszędzie było biało. Zerwał się. Kołdra opadła na podłogę. Zabolała go głowa. Rozejrzał się.
- Nie... - mruknął. Usłyszał kroki.
- Remus! Obudziłeś się! Spałeś prawie trzy tygodnie, kochany! - Przed nim stałą kobieta. Pielęgniarka. Pani Pomfrey.
- To... Oni... ŻYJĄ?! - Krzyknął.
- Kto...
- Moi rodzice.
Pielęgniarka spojrzała na Remusa i dotknęła jego głowy.
- Oczywiście. Musiałeś mieć koszmary. Zatrułeś się czymś. To dlatego tak spałeś.
Remus opadł na łóżko. Leżał w poprzek.
To wszystko było snem. Dopiero teraz obudził się po pełni.
Dzień dobry!
A jeszcze zanim.
*- Dzień dobry
**- Nie mówię po francusku.
***- Jestem brytyjczykiem (nie wiem czy to jest poprawnie, bo z tłumacza XD)
****- TAK, CZYTAŁAM, UWIELBIAM, KOCHAM, JESTEM NOCNYM ŁOWCĄ, FANKĄ MAGNUSA I ALECA.
O.
I jak?
Miło, nie? XD
No. Teraz będzie fajnie, jeśli chodzi o Remusa. Lepiej.
Taka dramaturgia się przydała. :3
Co myślicie?
;)
Lunaris
Kiedy wylądował na czterech łapach, zaśmiał się w duchu. Dziewczynka puściła gałąź i teraz stała przed nim. Rzuciła się na niego, ale on znowu odskoczył. Chciał zranić to stworzenie, ale nie udało mu się. Demon złapał go za głowę i rzucił nim w bok. Zabolało.
- Teraz wezwę mojego pana, a ty tu leż, psie - powiedziała.
Remus na początku to właśnie robił - leżał. Ale kiedy zauważył, że dziecku zaraz uda się porozumieć z Greybackiem, rzucił się na nie. Nie spodziewała się. Kiedy wgryzł się w jej kark, a krew demona rozlała mu się w ustach, ledwie powstrzymał odruch puszczenia jej. Krew demona była wstrętna i paliła mu podniebienie jak gorące i ostre jedzenie. Demon wydał z siebie dziwny dźwięk i Remus puścił go. Wtedy mała, jasnowłosa dziewczynka zniknęła.
Remus przemienił się z powrotem w człowieka. Ledwie transformacja dobiegła końca, a on już klęczał na ziemi i wymiotował. Miał popalone podniebienie i skórę w miejscach, gdzie spadła krew demona. Klęczał jeszcze długi czas, a kiedy skończył wymiotować zawartością żołądka i żółcią, pozostały jeszcze nieprzyjemne skurcze żołądka. Następne kilka minut spędził na kolanach, wymiotując na sucho. Całe śniadanie znajdowało się teraz przed nim. Otarł usta wierzchem dłoni i wstał, zataczając się. Spojrzał na swoje ubranie. Nie było aż tak źle. Jego bluza miała tylko małe rozcięcie na początku rękawa. Nie było go widać, a w tym miejscu materiał był podłożony dwa razy, więc było w porządku. Spodnie miał czyste, pomimo długiego klęczenia na ziemi. Otrzepał się z piasku i skierował w stronę domu cioci.
***
Kiedy wszedł do domu, mały Louis siedział na blacie w kuchni.
- Cześć Remus! - Powiedział, po czym zeskoczył i przytulił kuzyna. - Gdzie byłeś?
- W lesie - odpowiedział wymijająco. Poniekąd to była prawda.
- Jadłeś śniadanie? - Zapytał, wracając do kuchni.
- Tak, ale znowu coś zjem, Zrobiłem się głodny - Remus poszedł za nim.
Zrobił sobie kanapki i podgrzał parówki w mikrofalówce. Louis zalał herbatę. usiedli przy stole.
- Mama powiedziała nam, co się stało. To jest... - oczy mu się zaszkliły. - Okropne. Nie mogę uwierzyć.
- Nie tylko ty - mruknął.
Louis spojrzał na niego smutnym wzrokiem.
- Ale zostaniesz u nas i będzie fajnie! - Ucieszył się.
Remus nie mógł się nie zaśmiać.
- Oczywiście.
Po niedługim czasie dom zaczął odżywać. Wszyscy powoli się budzili i przychodzili do kuchni, żeby zjeść śniadanie. Kiedy przyszła Danielle (która wstała ostatnia), Evelyn powiedziała, że musi iść do pracy. Pracowała na dwa etaty - jeden w Ministerstwie Magii, a drugi w mugolskiej kawiarni. Zarabiała dość dużo, więc nie musiała martwić się o pieniądze, jak to robiła jej siostra.
- Remus - powiedział Mark. - Zostawmy dom pod opieką Danielle i chodźmy do miasta. Moja sistra jest na tyle dorosła, że sobie poradzi. - Uśmiechnął się.
Remus dobrze wiedział, że Mark tak nie uważa, bo często wytykał siostrze, jak bardzo dziecinna jest. Ale w obecnej sytuacji idealnie władał frazesami, przyprawiając Danielle o rumieńce.
- No nie wiem. Na pewno sobie poradzisz? - Zapytał Remus. Tani trik "nie dasz sobie rady!".
- Oczywiście! Przecież nie ma nic trudnego w zajmowaniu się domem. Tylko uważajcie na siebie - Powiedziała.
Chłopcy uśmiechnęli się i wyszli z domu. Remus czuł się lepiej, kiedy miał obok siebie Marka. Było mu raźniej.
***
Wsiedli do autobusu i pojechali do centrum miasta. Błądzili po ulicach Reims, aż w końcu uznali, że są głodni.
- No, to mamy dwie opcje - powiedział jego kuzyn. - Może jestem tylko czarodziejem, ale znam to miasto bardzo dobrze. Możemy iść do zwykłej restauracji, ale możemy pójść także do Blood Moon. To bar nadnaturalnych.
Remus spojrzał na niego. Nie wiedział, że istnieją takie miejsca, gdzie przebywają tylko nadnaturalni.
- Nie wiem. Nie znam się - powiedział.
- No, to chodźmy zjeść coś do zwykłej restauracji, a potem pójdziemy do baru. Co o tym sądzisz?
Remus zamyślił się.
- Wpuszczą nas? Mamy dopiero czternaście...
Mark przerwał mu śmiechem.
- Wystarczy, że nie jesteś człowiekiem i wyglądasz dość dorosło.
Spojrzeli po sobie u uśmiechnęli się w ten dziwny sposób, w jaki uśmiechają się do siebie przyjaciele, kiedy uda im się zrobić coś niesamowitego.
- Wpuszczą - powiedzieli równocześnie.
***
Szli jakąś starą i wąską uliczką. Mark ciągle mówił i opowiadał różne historie. Teraz snuł opowieść o tym, jak to pierwszy raz znalazł się w Blood Moon. Remus dowiedział się, że jego kuzyn wcale nie jest taki święty, za jakiego go uważał. Okazało się, że kilka miesięcy temu wdał się w bójkę z bandą białych demonów (ludzi zmienionych w demony, które nie były takie, jak dziewczynka, którą widział, tylko były czymś jak wilkołaki, wampiry czy inne rasy) i, kiedy udało mu się powalić ich na ziemię (było ich tylko trzech), zaczął uciekać. Wybierał stare uliczki i często zakręcał. Wtedy dotarł w to miejsce, w którym aktualnie się znajdowali. Był to jakby ślepy zaułek. Wylot wąskiej uliczki na mały placyk. Mur odgradzał go z każdej strony. Po środku była mała fontanna, naokoło drzewa. Kilka metrów przed nimi były duże drzwi, a nam drzwiami krwistoczerwony, jakby świecący napis "Blood Moon".
- Ten napis to wspólna robota czarwonika i czarodzieja - powiedział Mark. Remus zdziwił się.
- To to są dwie rasy? - Zapytał.
Kuzyn spojrzał na niego jak na idiotę.
- Oczywiście - powiedział, podchodząc do rogu uliczki.
Wynurzył się stamtąd wysoki mężczyzna z białymi włosami i jasnymi oczami. Miał idealnie białe zęby.
- Rasy? - Zapytał uprzejmym głosem.
- Wilkołako-czarodziej i czarodziej - Mark zaśmiał się.
Anioł spojrzał na Remusa i uśmiechnął się. Remus zrobił to samo.
- Idźcie - mężczyzna kiwnął głową.
Przeszli przez placyk.
- Witaj w typowym, nadnaturalnym świecie - powiedział Mark, otwierając drzwi.
Wnętrze było ciemne. Środek pomieszczenia przecinał czerwony dywan, prowadzący do baru, a po lewej i prawej porozstawiane były stoliki, odgrodzone szarymi parawanami. Ściany i podłoga były czarne. Remus zauważył, że w głębi są schody, ale odgrodzone były bramką.
- Tam na górze jest sala taneczna. Ale o tej porze jest zamknięta. Nie radzę przychodzić tutaj na imprezy. Dzieją się dziwne rzeczy - Remus nie pytał, skąd czternastolatek wie, co dzieje się na imprezach. Raczej w ich wieku nie chodzi się do klubów.
Usiedli przy jednym z wolnych stolików. Kiedy podeszła do nich kelnerka, Remus zauważył, że ma ona całe niebieskie oczy. Całe. Bez białek, czy źrenic. Zamówili kawę.
- To była fearie.**** Pomieszanie elfa z wróżką. Często mylą ich z elfami. Nie lubią tego.
Remus kiwnął głową.
- Facet, który nas tu wpuścił...
- Był aniołem. To wiem. Aż taki głupi nie jestem. - Remus przerwał kuzynowi, który uśmiechnął się pobłażliwie.
Kiedy kelnerka przyniosła im kawy, Mark zaczął wymieniać wszystkie rasy, jakich przedstawiciele znajdowali się w klubie.
- Tamten gościu - wskazał na mężczyznę, który rozmawiał z kelnerką. - Jest właśnie czarownikiem.
Remus wytrzeszczył oczy.
- Skąd wiesz?
- Przypatrz się. Jak znowu wysunie język... - wtedy czarownik to zrobił. I Remus nie zobaczył zwykłego, ludzkiego języka, tylko... Taki, jak u węża.
- Mają cechy zwierząt.****
Nastąpiła chwila ciszy, podczas której każdy z chłopców wziął kilka łyków swojej kawy.
- Tam - wskazał podbródkiem na grupę wytatuowanych nastolatków. - Siedzą nefilim. Nocni Łowcy.**** To rasa pół aniołów, pół ludzi. Stworzył ich Razjel. Żeby bronili ludzi i innych nadnaturalnych. Poza nimi jest wiele organizacji, które to robią. Czasem współpracują. Ale raczej na nich uważaj. Myślą, że są lepsi. - Mark wzruszył ramionami.
Jeden z Nocnych Łowców spojrzał na kogoś. Jakąś dziewczynę siedzącą przy stoliku. Mruknął coś do kolegi i razem patrzeli na nią przez chwilę, z wyraźną dezaprobatą na twarzy.
- A ta dziewczyna? - Wskazał na nią.
- To sukkub. Różnie o nich mówią. Jeśli wpiszesz to w wyszukiwarkę, wyskoczy ci kobieta, która uwodzi mężczyzn i karmi się ich snami. Ale to brednie. Tak samo jak to, że wampiry nie mogą wejść do domu bez zaproszenia, że są 'uczulone' na czosnek, że wilkołaki nie potrafią zmieniać się w wilki... Sukkuby to istoty ciemności. Żywią się krwią, albo snami. Jak sobie tam chcą. Potrafią się materializować. To coś jak białe demony. Tylko trochę inne. Mają kilka cech wampirów, na przykład słońce im szkodzi. A. No i sukkuby to kobiety. Inkuby to mężczyźni. Białe demony tak jak obdarzeńcy, mają miliony odgałęzień.
- Obda...
- Potem. - Mark machnął ręką. - Oni - wskazał znowu na nefilim. - Patrzą tak na nią, bo jest demonem. Białym, ale jednak. A oni głównie zabijają demony.
- Ale te złe! Czarne! A oni...
- Tak, ale już ci mówiłem, że Nocni Łowcy są dziwni.
Remus uśmiechnął się.
- Skąd tyle o tym wiesz?
- Jak się tu przychodzi, to się wie. Ludzi rozmawiają.
- Ludzie, jak ludzie - mruknął Remus.
Mark się zaśmiał.
Wtedy ktoś wszedł do baru. Dwie osoby. Byli ubrani w płaszcze, każdy miał czerwoną chustę przewiązaną w pasie. Mieli broń. Remus widział noże przypięte do pasa, pistolety, krótki miecz... Mieli też coś na obu przedramionach. Z jednej strony było pokryte metalem, a z drugiej był mechanizm. I ten symbol na pasku. Trójkąt ze skrzydełkami... Remus skądś go znał.
- Kto to? - Mruknął, bo w sali zapanowała cisza.
- Asasyni. Zabójcy. Podobnie jak Nocni Łowcy, bronią ludzi.
Nagle przed oczami Remusa zrobiło się ciemno. Opadł na oparcie. W głowie usłyszał donośny głos.
-Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone.
***
Otworzył oczy. Oślepiło go słońce i biel. Wszędzie było biało. Zerwał się. Kołdra opadła na podłogę. Zabolała go głowa. Rozejrzał się.
- Nie... - mruknął. Usłyszał kroki.
- Remus! Obudziłeś się! Spałeś prawie trzy tygodnie, kochany! - Przed nim stałą kobieta. Pielęgniarka. Pani Pomfrey.
- To... Oni... ŻYJĄ?! - Krzyknął.
- Kto...
- Moi rodzice.
Pielęgniarka spojrzała na Remusa i dotknęła jego głowy.
- Oczywiście. Musiałeś mieć koszmary. Zatrułeś się czymś. To dlatego tak spałeś.
Remus opadł na łóżko. Leżał w poprzek.
To wszystko było snem. Dopiero teraz obudził się po pełni.
Dzień dobry!
A jeszcze zanim.
*- Dzień dobry
**- Nie mówię po francusku.
***- Jestem brytyjczykiem (nie wiem czy to jest poprawnie, bo z tłumacza XD)
****- TAK, CZYTAŁAM, UWIELBIAM, KOCHAM, JESTEM NOCNYM ŁOWCĄ, FANKĄ MAGNUSA I ALECA.
O.
I jak?
Miło, nie? XD
No. Teraz będzie fajnie, jeśli chodzi o Remusa. Lepiej.
Taka dramaturgia się przydała. :3
Co myślicie?
;)
Lunaris
Subskrybuj:
Posty (Atom)
