środa, 1 kwietnia 2015

Jej zapach był najpiękniejszy

Tak. Mówiłam, że będą tu inne opowiadania. Więc macie. Dzisiaj dam to, a jutro może drugą część.
TO NIE JEST Z FANDOMU POTTEROWSKIEGO.
Ps. Pozwoliłyście ;) (do pewnych osób)

_________________________________________________________________________________


Typ: seria opowiadań - Seria Zmysłowa
Gatunek: Fantasy
Fandom: --
Bohaterowie: Ethan Wate, Alex Midnight, Remus Lupin (niby Potter, ale nie), Megan Night
Zastrzeżenia: Małe, malutkie przekleństwa... Albo nawet jedno.
Informacje dodatkowe: W ' ' pisane są myśli, lub rozmowy telepatyczne
_________________________________________________________________________________


       Pachniało świeżo skoszoną trawą. Siedziałem na starej, brązowej ławce w parku, czekając na Remusa. Miał przyjść godzinę temu, a jak go nie było, tak nie ma. Dlaczego zawsze się spóźnia?!
Siedząc, patrzyłem jak dwa ptaki goniły się na trawie. Usłyszałem, że toś biegnie, więc spojrzałem w stronę, z której dochodziły kroki. Remus.
- Brawo - powiedziałem, gdy był na tyle blisko, żeby wyglądało to na normalną rozmowę. Usłyszałby mnie przecież z odległości kilkunastu metrów, nawet, gdybym mówił normalnie. Plus likantropii.
- Przepraszam - odpowiedział usprawiedliwiającym głosem. - Zasiedziałem się...
- U Megan? - Nie dałem mu dokończyć. Megan była jego dziewczyną i lykanem przy okazji.
- Nie. U kolegi. - Jad sączył się z jego ust, gdy to mówił. Uwielbiałem go tak denerwować. Moje hobby.
- Szkoda. Ona na pewno za tobą tęskni. - Zapewniłem go.
- Oczywiście. Alex też przyjdzie?
Na dźwięk jej imienia mój żołądek zrobił kilka fikołków.
- Nie...
- Megan też nie będzie, może idą gdzieś razem?
- Pewnie tak.
- Czasem trzeba się rozdzielić na chłopców i dziewczynki - powiedział, siadając i wyciągając nogi do przodu. Uśmiechnął się szeroko, patrząc na mnie.
- Taak... - spuściłem głowę.
- Chciałbyś żeby była z nami, co?
- No tak. Przecież się przyjaźnimy... - spojrzałem na niego niepewnie.
- Jasne. Myślisz, że nie widzę, jak na nią patrzysz? Jak bardzo zdenerwowany jesteś, kiedy jest zbyt blisko? Ethan, znam cię od małego. Pamiętasz, jak mieliśmy po cztery lata, a do naszego bloku wprowadziła się ta dziewczyna w naszym wieku? Chodziliście ze sobą, po tym, jak pożyczyłeś jej zabawki, a ona musiała przyjść do twojego domu je oddać.
- Pamiętam... Było zabawnie... - uśmiechnąłem się, na wspomnienie tych małych chłopców, którzy myśleli, że zdobędą cały świat. - Ale w czym ma mi to pomóc?
- Nie wiem. Możesz pożyczyć Alex zabawki. Tak, świetny pomysł. - Przechylił głowę, patrząc na punkt znany tylko jemu.
Parsknęliśmy śmiechem.
- A ty? Jak zacząłeś związek z Megan?
- To było głupie. Wiesz, że nie jestem zbyt śmiały w stosunku do dziewczyn. - Zaczerwienił się - to ty zawsze byłeś casanovą.
- Czas przeszły zauważ.
- Dlaczego teraz nie potrafisz podejść do niej i pogadać o tym?
- Nie wiem... Boję się. Kiedy sobie to wyobrażam... Nawet w mojej głowie nie potrafię ułożyć odpowiednich słów.
- To chyba znaczy, że serio wpadłeś. Jeśli zakochanie się w Alex można tak nazwać... - zaczął Remus - wiesz, znam to uczucie. Do teraz je miewam, kiedy z Megan jesteśmy sami.
- Hmmm, co wtedy robicie? - Szukałem zaczepki.
- Gdyby wzrok mógł zabijać, już byś nie żył Eth. Wiesz, że ja z Meggy nie... - urwał i spojrzał na mnie znacząco.
- W zasadzie... Mógłbyś się nie przyznać... - Naprawdę cieszyłem się, że nie potrafi zabijać spojrzeniem. Bo przy nim już dużo razy bym umarł. Taki mam urok.
- Jasne. Już się nie mogę doczekać, jak przylecisz do mnie i będziesz się chwalił tym, co robiłeś z Alex. - Oddał mi. Zawsze się tak droczyliśmy. W oddali usłyszałem głosy naszych kolegów z klasy. Idioci, materialiści... Ci, którzy mają bogatych rodziców i myślą, że cały świat jest ich.
- Na pewno ja zrobię to lepiej niż ty - powiedziałem, wiedząc, że w zasadzie już nie żyję.
Remus rzucił się na mnie, klękając na ławce i targając mi włosy. Śmiał się, gdy próbowałem mu się wyrwać. Nie miałem szans z wilkołakiem.
       Ustali przed nami. Damon, Edward i Peter.
- A wy co? Geje? - Zapytał Edward z okropnym uśmiechem.
Remus usiadł obok mnie. Już wiele razy zwracali uwagę na to, w jaki sposób ja i Lupin się przyjaźnimy. Bo nie było to na takich zasadach jak u większości chłopaków.
- Nie. A co, szukasz chłopaka? Znam jednego wolnego homoseksualistę... - powiedział Remm z przekąsem. Rzeczywiście znał wielu gejów.
- Nie dzięki. Nie skorzystam - wzrok Edwarda miał odebrać Remusowi pewność siebie, ale nie wyszło mu to.
- Po co się tutaj zatrzymaliście? Przecież nas nie lubicie... - powiedziałem - bez wzajemności. My was nienawidzimy.
- Nie bądź taki mądry Wate! - Krzyknął Peter.
Po chwili jednak uśmiech, który miał na twarzy zniknął, bo uderzyłem go z pięści.
- Po nazwisku to po pysku, Peter.
Chciał mnie uderzyć w bok, ale nie zdążył. Zatrzymałem jego rękę i kopnąłem w brzuch. Przewrócił się biedak...
       Remus miał łatwiej, bo na niego rzucił się Damon. Wszyscy wiedzieli, że jest mocny tylko w gębie. Wystarczyło, że Remus uderzył go w szczękę. Z Edwardem za to, był problem. Szedł w moją stronę i wiedziałem, że może mi się nie udać, a pomoc Remusa odebrana byłaby jako tchórzostwo. "Nie poradził sobie sam."
- No, co? Boisz się mnie? - Zapytał.
- Chyba żartujesz!
Jednak bałem się. Edward uczył się karate. Peter wstał, tak samo jak Damon i obaj zajęli się Remusem. Dobrze, że byliśmy w najmniej uczęszczanej części parku. O przyjaciela się nie bałem. Poradziłby sobie z czterema takimi jak Peter i jeszcze dwoma jak Damon.
       Po półgodzinnej walce, ja i Remus odeszliśmy, zostawiając trzech idiotów leżących na ziemi.
- Nieźle. Dwóch na jednego... Kurwa. Idioci - powiedziałem, pocierając sobie ramię, w które kopnął mnie Edward.
- Eh... Nieważne. Trochę się martwiłem, czy nic ci się nie stanie... Ten pustak jest najlepszy w szkole... No i umie karate. - Remus spojrzał na mnie - Ale widzę, że też masz jakieś dodatkowe umiejętności, jako przewodnik. - Szczerze, to nie wiem. Ale może... Ja się o ciebie nie martwiłem - zarzuciłem mu rękę na ramię - wilczku mój. - Odwróciłem się do niego przodem i złapałem za policzki. - Mój wilczunio!
- Odwal się pyszczku. Pyszczuniu, kurczę... - powiedział, łapiąc mnie za nadgarski i odsuwając od siebie.
- Chodźmy poszukać dziewczyn. - Powiedziałem.
- Chcesz pogadać z Alex?
- Nie, nie chcę. Ale muszę.
       Uśmiechnięci otworzyliśmy starą, zardzewiałą bramę parku. Zaskrzypiała przeraźliwie. Zaczęliśmy się śmiać, bóg jeden wie z czego. Spojrzałem na Remusa, a potem na drogę z prawej. Mój wilczek skręcił w nią, tak jak ja. - Wytresowany - powiedziałem wyniośle, wskazując na niego.
- Tak. Potulny wilkołak. Jedyne zastrzeżenie, co do udomawiania, to możliwość, że cię zabije, lub przemieni.
Śmiejąc się, poszliśmy do ,,Moonrine" - naszej ulubionej restauracji. Megan i Alex napewno w niej były. Zacząłem się denerwować.
Już nie pachniało trawą. Teraz czułem jedynie zapach spalin.
***
       Kawa. Może capucinno. Nie wiem. Ale ten zapach był przyjemny. W Moonrine zawsze tak pachniało.
- Zobacz. Tam są - wskazałem na jeden ze stolików, przy którym siedziały dwie dziewczyny.
       Jedna miała czarne włosy z pomarańczowymi pasemkami, ścięte na emo i ciemno czerwone oczy. Ubrana była w krótkie spodenki, czarny, koronkowy top i rozpiętą koszulę w czerwoną kratę. Druga... Brązowe włosy, spływające falami za ramiona, a oczy zielono-żółte. Miała na sobie krótkie, czarne spodenki, długą, białą koszulę z napisem Jack Daniells, szkarłatną bluzę i rajstopy z kabaretkami.
- Wygląda ślicznie - powiedzieliśmy jednocześnie i spojrzeliśmy na siebie.
Ze śmiechem podeszliśmy do nich. Ja usiadłem obok Alex, a Remus obok Megan. Pocałowali się na przywitanie.
- Okej, już. My tu jesteśmy. - Powiedziała Alex, gdy Megan zawiesiła ręce na szyi Remusa. Parsknąłem śmiechem i kopnąłem Remiego pod stołem.
- Aua! - Powiedział, odrywając się od Megg. Uśmiechnąłem się.
- Witaj Ethanie Lawsonie Wate - powiedziała Megan.
- Siemczix - odpowiedziałem.
- Jak ty się wyrażasz, młody człowieku?! - Alex spojrzała na mnie.
'A jeśli zepsuję to, co już jest między nami?' Przeszło mi przez myśl, gdy tylko spojrzałem jej w oczy.
'-Ogarnij się!' - Remus wszedł w moją głowę. - 'I nie patrz na nią tak długo. '
Odwróciłem wzrok szybko.
'- Za szybko Eth. Zachowuj się normalnie.'
- Łatwo ci mówić! Czasem mam dość twojej telepatii'
Remus spuścił wzrok i zostawił mnie w spokoju. Łatwo było go zranić. Był uczuciowy, nieśmiały i odpowiedzialny. Zaś Megan... Jej lekkomyślność, wybujała wyobraźnia i wybuchowość były totalnym przeciwieństwem Remusa. Ale i tak tworzyli świetną parę. Ja jednak cały czas zastanawiałem się, co zrobię. Jak powiem Alex to, co do niej czuję.
       Spojrzałem na nią kątem oka. Jej śliczne włosy układały się falami na jej plecach, nie licząc jednego niesfornego kosmyka, który opadał na twarz. Chciałem go odgarnąć za jej ucho i przy okazji pocałować ją w czoło. Ale przecież nie mogłem tego zrobić.
'- Wybacz. Nie patrz się na nią, bo zaraz zjesz ją spojrzeniem'
Spojrzałem na Remusa. Siedział naprzeciwko, patrząc na mnie z ukosa. Uśmiechnąłem się do niego kąśliwie i odwróciłem wzrok w stronę kelnerki, która do nas podeszła. Miała krótką, czarną spódniczkę i białą koszulkę na ramiączkach.
- Dzień dobry, co podać? - Zapytała piskliwym głosem. Zobaczyłem jak Remus się krzywi. Pachniała mocno, słodkim perfumem. Było przed pełnią, miał jeszcze bardziej wyczulone zmysły niż zazwyczaj. Często mu współczułem. Ale co miałem zrobić? Jest wilkołakiem od prawie ośmiu lat. Ktoś ugryzł go, jak miał ledwie dziesięć, a teraz był już siedemnastolatkiem. Jak my wszyscy.
Spojrzałem na kelnerkę.
- Trzy cappuccino i jedno latté. I szarlotkę jabłkową - powiedziałem.
Uśmiechnęła się i pochyliła, pod pretekstem wzięcia menu. Jej dekolt był tak duży, że gdy się schyliła, bez problemu widziałem jej różowo-czarny stanik. Gdy się prostowała patrzała centralnie na mnie. Pewnie zauważyła, że Remus całował Megan, bo zazwyczaj dziewczyny patrzyły na nas obu. Nie, żebym miał coś przeciwko, ale nie byłem zainteresowany. Przecież dzisiaj miałem pogadać z Alex!
- Tak, masz śliczny, różowy stanik. A teraz łaskawie już idź - powiedziała Al.
'-Zauważyła, że się na ciebie patrzyła i jest zazdrosna. Jak z nią nie pogadasz, to przysięgam, że cię zabiję' - Remus spojrzał na mnie.
- O czym rozmawiacie? - Zapytała Megan, gdy bezczelna kelnerka odeszła.
- Przecież nic nie mówimy - Remus swoim talentem aktorskim udawał zaskoczenie.
- Jasne. Nie znamy was przecież od dzisiaj. - Zaczęła Alex - Ale dobrze. Co ta idiotka sobie myślała? Że jak się będzie zachowywać jak dziwka, to pójdziesz z nią to łóżka? - Spojrzała na mnie.
'- Mówiłem! ZAZDROSNA!' - Remus był wyraźnie dumny z siebie.
- A co Alex? Może Ethanowi się nudzi jako singlowi, hmm? - Powiedział.
'- Skończ. ' - Pomyślałem.
- No, ale... - była wyraźnie zmieszana.
- Nie powinnaś się mieszać, jeśli chciał... A może właśnie zaprzepaściłaś szansę na to, aby Ethan miał dziewczynę! - Powiedziała Megan.
- Przecież nie chciałabyś, żeby wciąż był sam, co nie? - Drażnili się z nią.
- Oczywiście, że nie chciałabym - powiedziała czerwieniąc się.
- Dobra, skończcie idioci... - zacząłem bronić Alex.
- O! Właśnie, jak już tak o idiotach mówimy, to kiedy byliśmy w parku, przyszli do nas Peter, Edward i Damon.
       Zaczęliśmy z Remusem opowiadać dziewczynom co się stało w parku. Śmiały się, a Alex pogratulowała mi wygranej z Edwardem. Inna kelnerka przyniosła nam zamówione kawy i ciastko.
Teraz zapach cappuccino był jeszcze bardziej wyraźny i mieszał się z wonią latté.
***
       Piękna woń bzu. Tylko to czuliśmy, kiedy szliśmy dróżką w ogrodzie botanicznym. Megan i Remus poszli nad jezioro, a Alex uznała, że nie będziemy im przeszkadzać i, że się rozdzielimy. Oczywiście Remus musiał spojrzeć na mnie tak bardzo wymownie, że bardziej się już nie dało. Szliśmy obok siebie, a ja usilnie starałem się na nią nie patrzeć. Nawet mi to wychodziło i byłem z siebie bardzo dumny.
- Co robimy? - Zapytała.
- Możemy iść na naszą polanę.
- Okay, dawno tam nie byłam.
Gdy już wyszliśmy z ogrodu, skręciliśmy w krętą ścieżkę, prowadzącą do lasu. Rozmawialiśmy luźno, ale ja coraz bardziej się denerwowałem.
Jak jej to powiem?
       Dochodząc do polany, byłem już bardzo zdenerwowany. Serce biło mi szybko, a mój żołądek co chwila wywijał koziołki. To było okropne.
Usiedliśmy na ziemi, a ja zaraz się położyłem. Zastanawiałem się, jak zacznę tą rozmowę i nawet nie docierało do mnie to, co mówi Alex.
- Ethan? Nie słuchasz mnie, prawda? - Zapytała z uśmiechem.
- Wybacz - powiedziałem przepraszająco, po czym usiadłem obok niej.
- Nic się nie stało. Pytałam, czy podobała ci się ta kelnerka w Moonrine.
- Nie. Dziwka. - Skwitowałem ją.
- No, to kto ci się podoba?
- A ktoś musi?
- Yhym - uśmiechnęła się słodko. Uwielbiam ten uśmiech. Wtedy właśnie dostałem zastrzyku wielkiej odwagi.
- W zasadzie podoba mi się taka jedna dziewczyna... Ale nie wiem, jak mam z nią pogadać.
- Po prostu. Weź ją gdzieś nad jezioro, albo zaproś do domu... Tylko nie przychodź z nią tu! To nasze miejsce. Chociaż ja bym chciała, żeby ktoś mi tutaj wyznał, że mnie kocha. - Powiedziała zamyślona. - Ale wracając. Masz jej numer?
- Tak - powiedziałem niepewnie. Co robić?! Pomysł wpadł mi do głowy.
- No, to do niej zadzwoń. Już! Zaproś ją gdzieś. Ja wrócę do domu i skończę pisać rozdział na bloga.
Wyciągnąłem smartfona i wybrałem jej numer. Po chwili telefon Alex zadzwonił.
- Jeju... Kto to? - Wyciągnęła go i odebrała. - Słucham?
- Kocham cię - powiedziałem, patrząc jej w oczy.
Powoli odsunęła komórkę od ucha, a ja się rozłączyłem. Uklęknąłem przed nią i wziąłem jej twarz w dłonie. Wolno, bardzo wolno przysunąłem swoje usta do jej. Ona przymknęła oczy. Dotknąłem jej warg. To było nieznaczne, ale niesamowite. Gdy się od niej odsunąłem, oparłem swoje czoło o jej. Oddychaliśmy jednym powietrzem.
- Też cię kocham - powiedziała drżącym głosem. - Kocham...
       Znowu ją pocałowałem. Tym razem odważniej. Błądziłem w jej ustach niezbyt pewnie, a gdy się odsunąłem zobaczyłem jej rozpalone policzki.
Słodko to wyglądało.
Ona była słodka.
Smakowała słodko.
Pachniała słodko.
Ze wszystkich zapachów jakie dzisiaj czułem,
jej zapach był najpiękniejszy.





I co sądzicie? Podoba wam się taki typ opowiadań?
Pracuję aktualnie nad opowiadaniem z gry Assassin's Creed, a poza tym zajmuję się jeszcze dwoma innymi, także będzie się tu działo.
Teraz wolne, więc może dam wam trochę do czytania. Jutro kolejna część!
A pojutrze może rozdział...
Lunaris

piątek, 20 marca 2015

Rozdział 28.

Siemka Wąchacze!
Rozdział jest uczczeniem nowego szablonu, a jest krótki... Bo jest mi przykro. Bo jest mało komentarzy, a niby 12 obserwatorów i niby ponad 8000 wyświetleń. Tylko co z tego, skoro bez moich odpowiedzi są po trzy komentarze? Nie liczę tych, które wymuszam na koleżankach (wiem, że nie chce wam się komentować, a jednej z was nawet czytać). Więc cóż, rozdział krótszy, chociaż i tak mi się nawet podoba.
A co sądzicie o szablonie? Świetny, nie? * .*
Czytajcie i komentujcie! Rozdział dosłownie na pięć minut. Ale wiadomo.

Trochę informacji odnośnie wszystkiego znajdziecie w bocznej kolumience. Jakby ktoś coś tam ten. XD
_________________________________________________________________________________
     Za dużo informacji. Za dużo nadnaturalnych jak na jeden raz.
Peter był wręcz skonfundowany tym wszystkim, co powiedziała im profesorka. Za dużo jak na jedną lekcje i jak dla niego. Zawsze żył w przekonaniu, że nadnaturalni są... No inni. Nie tyle, że trzeba ich zabijać. Ale są inni. A tu nagle pojawia się pani Auditore i mówi te wszystkie rzeczy. Nie potrafił tego zrozumieć. Poza tym, Syriusz po tej lekcji powiedział, że coś zrozumiał i, że muszą porozmawiać. Nie byłoby to dziwne, ale powiedział to tylko do niego i Jamesa.
     Usiadł - a w zasadzie opadł - na swoje łóżko i zakopał się w kołdrze. Nie lubił myśleć na takie mistyczne i okultystyczne tematy, bo zawsze sprawiało to, że czuł się źle. Teraz też tak było i bardzo go to irytowało. Położył się i nawet nie zdał sobie sprawy z tego, że zasnął.
***
     - Gdzie on jest? - Zapytał zirytowany Syriusz.
- Tak go jest umawiać się z Peterem... - Burknął James.
Stali na korytarzu i czekali na swojego kolegę. Był wieczór, piątek. Niewiele osób wychodziło o tej porze z pokoi. Huncwoci zauważyli, że w piątek wieczorem wszyscy odsypiają i niewiele jest osób, które miały by ochotę błąkać się po zamku. Black westchnął.
- Bez nas on jest kompletnie nieogarnięty. Co on by zrobił, gdyby nas nie było?
- Umarłby - Sapnął Peter, opierając się o ścianę za nim. Biegł. - Zasnąłem! Przepraszam. - Wymamrotał.
Przyjaciele zaśmiali się cicho.
- Dobra, ważne, że przyszedłeś. - Powiedział Syriusz.
- Gdzie Remus?
Spojrzeli na niego głupio.
- Mówiliśmy, że go nie... - Zaczął James.
- Wiem. Dlatego pytam, czy wiecie gdzie jest. Żebyśmy go nie spotkali.
- Nie pomyślałem o tym... - Przyznał Black.
- Ha. A ja sprawdziłem. W zasadzie dowiedziałem się przypadkiem. Zostawił kartkę w sypialni. Jest w bibliotece i raczej szybko z niej nie wyjdzie. - Powiedział Peter tryumfalnie.
- To, po co robisz problemy?? - James zdenerwował się.
- Chciałem wam pokazać, że to nie jest bezpieczne i, że powinniście bardziej uważać.
Peter ostatnimi czasy stał się bardziej śmiały. Już nie chodził za nimi, ale teraz często droczył się z przyjaciółmi i brał żywszy udział w wymyślaniu żartów. Chłopcy przyjęli to z zaskoczeniem, ale także ze szczęściem. Cieszyli się, bo każdy z nich miewał czasem uczucie, jakby Peter był smutny. Jakby go nie doceniali. Tylko, że było inaczej. To on nie chciał nic mówić. A teraz to się zmieniło i każdy z nich miał tyle samo do powiedzenia.
- Dobra. - Syriusz machnął olewająco ręką. - Słuchajcie. Wywód Auditore o nadnaturalnych. Słuchaliście?
- Jak mógłbym nie - Powiedział Jim. - To było świetne, tym bardziej, że normalnie się o tym nie mówi.
Peter westchnął.
- Słuchałem. Ale nie lubię tych tematów.
- To będziesz musiał się do nich przyzwyczaić, bo będziemy w nich po uszy - Syriusz spojrzał prosto na niego.
- Dlaczego?
Pettigrew zastanawiał się, co jego przyjaciel znowu wymyślił i dlaczego nie chce, żeby Remus - najmądrzejszy z nich - brał w tym udział.
- Bo... Remus. Zauważyliście jego zniknięcia, jego rany, jego oczy, zwinność...
James zaczynał rozumieć.
- Ma wyczulone zmysły... - dodał.
Peter spojrzał na nich z lekka przestraszony.
- Chyba nie myślicie, że... No on nie... Czym niby?
- A na czyj temat wie tak wiele?
James spojrzał na przyjaciela zdziwiony.
- Wilkołaki... - wyszeptał.
Syriusz pokiwał głową.
- Tylko wiecie. Nie mamy jasnych dowodów, podstaw. Mamy tylko przypuszczenia. Musielibyśmy sprawdzić to dokładniej, porównać z tym, co zauważamy u Remusa... Nie możemy oskarżyć go o coś, co nawet nie jest pewne.
- Mądre to, Syriusz - powiedział Peter.
Black zaśmiał się.
- To była jedna z dłuższych i inteligentniejszych przemów, jakie wygłosiłem w całym życiu. Czyli to jest naprawdę ważne!
- Ale jeśli chcemy... Coś z tym zrobić, to trzeba będzie trochę poszukać. - Zauważył James.
- No i wypadałoby zadać sobie pytanie... Dlaczego nam nie powiedział - Odezwał się Syriusz, ponurym głosem.
Nastała niezręczna chwila ciszy, którą przerwał Peter.
- Ale czy wy byście powiedzieli? Boi się, że go nie zaakceptujemy. Jak większość społeczeństwa czarodziejów.
Syriusz pokręcił głową.
- Ale jesteśmy jego przyjaciółmi...
- Ja go rozumiem. Chce mieć normalne życie i nie wierzy w to, że można go akceptować - Powiedział dyplomatyczne James.
Syriusz westchnął. Nadal nie był zbyt przekonany.
- No to... Co chcemy zrobić? Na pewno przyda nam się profesorka Auditore.
- I biblioteka. - Jęknął Peter.
Każdy z nich lekko westchnął. Tylko Remus lubił bibliotekę. A im się to teraz nie przyda. Nawet wręcz przeciwnie.
***
     Nie lubił czegoś nie rozumieć. Tym bardziej, jeśli chodziło o jego przyjaciół. Od jakiegoś czasu jego wszystkie myśli kręciły się wokół Remusa. Nie mógł zrozumieć, dlaczego nie powiedział im o tym. Dlaczego to ukrywał. Przecież to nie było aż takie straszne. Byli sobie tak bliscy, Syriusz myślał, że ufają sobie. Był zły na Remusa, chociaż jego przyjaciele tłumaczyli mu to, co kierowało Lupinem. Ale on i tak nie chciał przyjąć tego do wiadomości. Gryfoni są wierni i on też taki będzie. Oczywistym jest, że zostanie przy Remusie. Ale skoro ten nie ufał im na tyle, żeby wyznać prawdę, to czy będzie ufał w innych sprawach?
     Z drugiej strony podejście do nadnaturalnych w ich czasach było okropne. Zrozumiałym więc było, że Remus bał się im powiedzieć. Wszyscy wiedzą, z jakiej rodziny pochodzi Syriusz. Blackowie są rodem z tradycjami. Z okropnymi tradycjami. Z bestialskimi tradycjami. Tylko tego na drzewie genealogicznym nikt nie dopisał. Bez problemu mógł sobie wyobrazić, jak zareagowałby jego brat, rodzice, kuzynostwo… Każdy z nich chciałby pozbyć się wilkołaków, wampirów i tym podobnych, z powierzchni ziemi. To rozumiał. Ale James i Peter? Przecież oni ani ich rodziny nie wykazywały szczególnej nienawiści do nadnaturalnych. Może Remus uważał, że każdy jest taki jak rodzina Blacków? Syriusz chciał to wiedzieć.
     Postanowił odwiedzić profesorkę Auditore. Ona – z tego, co usłyszał na lekcji – znała się na nadnaturalnych. Dlaczego by nie sięgnąć do niej po radę? Szedł ciemnymi korytarzami, kompletnie nie zwracając uwagi na otoczenie. Zostały jeszcze dwie godziny do ciszy nocnej. Miał trochę czasu. Zresztą, cisza nocna nie obowiązuje Syriusza Blacka. Z takiego wychodził założenia.
     Idąc, nadal rozmyślał o Remusie i o nadnaturalnych. Kto w ogóle ich tak nazwał? Przecież czarodzieje też nimi byli. Dlaczego więc uważają się za kogoś lepszego, skoro są równi? To przecież nie miało sensu. Tylko, że tak samo robili nefilim. Mieli dokładnie takie samo myślenie. Dlaczego niektórzy uważają się za lepszych? Syriusz z bólem uznał, że chyba jest za młody, żeby to zrozumieć. Zabawne było to, że nienawidził, kiedy ktoś takimi słowami wykręcał się od odpowiedzi. A nagle on uznaje, że czegoś rzeczywiście nie potrafi zrozumieć. Przerywając swoje rozmyślania, zapukał do drzwi gabinetu profesorki Obrony przed Czarną Magią.
- Proszę! – Usłyszał podniesiony głos nauczycielki.
Wszedł do środka.
     Gabinet pani Auditore był przestronnym pomieszczeniem. Drzwi wejściowe były na środku ściany. Po ich lewej stronie stała szafa, a po prawej półka na książki. Na ścianach w kolorze beżowym wisiały obrazy i jedno lustro. Przy lewej ścianie stała kolejna szafka, na której leżały porozrzucane kartki z symbolami i runami, zapisane także słowami w języku, którego Syriusz nie znał. Naprzeciw niego stało biurko, za nim dwa okna i kolejna półka na książki, a przed nim dwa duże fotele. Uśmiechnął się.
- Dzień dobry – powiedział.
- Dzień dobry, Syriuszu. Co cię tu sprowadza? – Zapytała profesorka, odgarniając rude loki z twarzy. Odkryła tym gestem swoją lekko okrągłą twarz z delikatnymi piegami, małym nosem, pełnymi ustami i ładnymi, czekoladowymi oczami. To była ładna kobieta, która mogła mieć maksymalnie 25 lat.
- Chciałem z panią porozmawiać o… Nadnaturalnych – powiedział w końcu.
Nauczycielka przyjrzała mu się. Czuł się jakby prześwietlała go wzrokiem. Nie lubił, kiedy ktoś tak robił. Nienawidził, bo kojarzyło mu się to z jego matką.
- Będziemy się tego uczyć na lekcji – powiedziała powoli.
Speszył się. Co powiedziałby Remus?
- Ale mnie to bardzo interesuje! Jak pani zaczęła to opowiadać… Ja po prostu chciałem dowiedzieć się więcej – modlił się w duchu, żeby to wystarczyło.
- No dobrze – uśmiechnęła się po chwili. – Usiądź – wskazała na krzesło.
Syriusz westchnął. Udało się.
- Czego chciałbyś się dowiedzieć? – Zapytała.
Obrał już taktykę. Nie będzie prosto z mostu pytał o wilkołaki. Black był bowiem pewien, że nauczyciele wiedzą o… Przypadłości Remusa. Dlatego zadał inne pytanie.
- Dlaczego czarodzieje i nefilim tworzą jakby własne społeczności?
Profesorka zastanowiła się.
- Nie da się tego wytłumaczyć. Wielu naukowców i filozofów próbowało to wyjaśnić. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że istnieje normalne prawo dla wszystkich, politycy, urząd. Państwo. Wszystko. Ale poza tym każda z ras ma swoje szkoły, ministerstwa i tym podobne. My mamy szkoły magii, Ministerstwo, Pokątną… Nefilim mają instytuty i Clave. Czarownicy Spiralne Labirynty, czyli szkoły. Wampiry swoją radę. Wilkołaki Praetor Lupus. I wiele innych rzeczy, o których może nawet nie wiem. To jest skomplikowane.
Syriusz słuchał tego z szeroko otwartymi oczami. Jak to możliwe, że nigdy tego nie zauważył? Szybko jednak ogarnął się i uczepił tematu wilkołaków.
- Praetor Lupus? Co to?
- Wilcza Straż. Coś jak wiedźmini… - Kiedy nauczycielka spostrzegła jego pytający wzrok, dodała – albo nasi aurorzy.
Pokiwał głową, która zaczynała go boleć. Słuchał tego wszystkiego, tylu nowych nazw i wiadomości i przy okazji starał się to uporządkować, oraz wytłumaczyć. Za dużo.
- Wilkołaki nie mają nic poza tym? Szkół… Nic? – Zapytał.
- Nie. Tworzą tylko sfory. Oczywiście najbardziej znaną jest sfora Mortis. Śmierci. Od Greybacka. Ale niektóre wilkołaki żyją same. Są samotnymi wilkami.
- Likantropia… Kto był pierwszym wilkołakiem?
- Mówiłam już, że likantropia była chorobą demoniczną. Potomkowie tych chorych dziedziczyli wilkołactwo, ale już nie, jako chorobę, a jako rasę. Demony, które spowodowały tą epidemię wymarły. Teraz wilkołaki to rasa, a likantropia nie jest uznawana za chorobę. Bo nie da się z niej wyleczyć.
     Profesorka wstała. Syriusz patrzał, jak podchodziła do półki za biurkiem i sięgała z niej kilka książek. Rozłożyła je na blacie. - To wszystko jest o wilkołakach, ale naukowo. Napisane przez likantropów, ale nie tylko – tych książek było siedem. Każda z wybitnie mroczą okładką. – Ta – wskazała na zieloną, z czarnym wilkołakiem na okładce – jest pióra człowieka. W świecie mugoli… Przyziemnych… Nazwij ich jak chcesz. Tam też są ci, którzy wiedzą o nas. Muszą być.
Syriusz zaczął powoli przeglądać książki.
- Wilkołak. Pół człowiek pół wilk – zaczęła mówić Aurelia. Syriusz rzucił na nią okiem i uśmiechnął się pod nosem. Połknęła haczyk .




* - Moje wymysły. Zapomnijcie, jak to wyglądało w innych książkach i pamiętajcie, że to moja historia X3 (wiem, że Spiralny Labirynt to nie była szkoła. Wiem :D )

niedziela, 1 marca 2015

Rozdział 27.

     Kolejnych kilka dni, wyglądało typowo - lekcje, wypracowania, chwila odpoczynku. Huncwoci
nie lubili nudy, ale jednocześnie przez ten marazm nie mieli chęci na robienie czegokolwiek. 

- Musimy to zmienić, serio. Zaczyna się robić zbyt spokojnie - stwierdził James pewnego wieczoru.
- Jutro sobota. Ogarnijmy coś - powiedział Peter, znudzonym głosem.
- Coś? To musi być niesamowite i z rozmachem! - Krzyknął Syriusz, któremu nagle wróciły siły.
Remus patrzał na nich spod pół-przymkniętych powiek. Nie chciał robić czegokolwiek. Chciał skupić się na nauce i zadaniach domowych. Dlaczego oni cały czas musieli coś robić? Nie mogli być normalnymi uczniami?
- Zrobimy imprezę! - Krzyknął Syriusz.
Chyba nie mogli.
- Jaką imprezę, Syriusz?! Gdzie?! Proszę Cię, przesadzaj. - Mruknął Remus.
- Nie przesadzam. Ty wróciłeś, a my tego nie uczciliśmy!
Remus westchnął. Na prawdę nie miał ochoty na imprezę. Po co?
- No Remmy... To przecież świetny pomysł! - James dołączył do swojego najlepszego przyjaciela.
- Będzie super! - Następny, któremu wróciła energia. Peter zerwał się z łóżka i podszedł do Remusa. - Zgódź się! - Pettigrew potrząsnął nim.
- No dobra. Ale gdzie wy...
- Tu - Syriusz wypowiedział to głosem małego dziecka. - Damy radę. To wszystko się przeniesie w jedno miejsce... - Wskazał na łóżka i etażerki.
Remus był z lekką przerażony. Perspektywa czegoś takiego była okropna.
- P-powedzmy, że się zgadzam. Ktoś poza nami tez będzie? - Zapytał niepewnie.
Huncwoci zamyślili się.
- No Damien, Erick, Megan... - zaczął wymieniać Syriusz.
- Lily, Eleanor, Dorcas... - Dodał James.
- I ta... Agatha. Można by też ogarnąć Kingsley’a - Powiedział Peter.
Remus spojrzał na nich zdziwiony.
- W porządku. Ale ja nic nie organizuję. - Uniósł ręce do góry.
Przyjaciele parsknęli śmiechem.
- Jasne, Remmy! - Krzyknęli jednocześnie.
***
     Wszystko było gotowe. Meble z pokoju zostały ustawione pod ścianami, Syriusz zorganizował odtwarzacz, Peter zajął się jedzeniem, a Remus i James efektami. Teraz wystarczało poczekać, aż wszyscy się zjawią. Takie oczekiwanie zawsze jest najgorsze. Trzeba być wybitnie cierpliwym, żeby to wytrwać bez stresu…
- KIEDY ONI PRZYJDĄ?! – Krzyknął James po dwudziestu minutach oczekiwania.
- Umówiliśmy się na dwudziestą, jest dziewiętnasta dziesięć, Jim – mruknął Remus. Leżał na łóżku i czytał książkę. Wyglądał tak, jakby to wszystko go nie obchodziło.
- Ale ja już chcę… - Czarnowłosy zrobił minę zbitego psa.
- Właśnie! Tu wszystko tak czeka, stoi i też się nudzi… - żachnął się Syriusz.
- Przesadzacie. – Remus spojrzał spod pół przymkniętych powiek na Petera, który dekorował ciasteczka. – Czemu to robisz, Peter?
Pettigrew oderwał się od swojego zajęcia i spojrzał na Remusa.
- Chcę żeby było ładnie – powiedział.
Jego przyjaciele zaśmiali się.
- Ty chyba będziesz cukiernikiem, co? – Podsunął Syriusz, podchodząc do Petera i uderzając go lekko w ramie.
- Może. Albo po prostu kucharzem. To chyba najbardziej do mnie pasuje. Raczej aurorem nie zostanę – uśmiechnął się.
- Taa… To chyba nie dla ciebie – zaśmiał się James. – Ja będę aurorem! – Uderzył się w pierś. – A ty Syriusz?
Brunet spojrzał na niego.
- Nie wiem. Może auror to nie jest taki zły zawód… Ale nie wiem – wzruszył ramionami. – Remmy?
Remus zastanowił się. Jaki zawód mógłby wybrać? Czy cokolwiek było dla niego odpowiednie? Może inaczej. Czy ktokolwiek dałby mu pracę?
- Nigdy się nad tym nie zastanawiałem – powiedział. – Nie mam pojęcia.
Wszyscy wzruszyli ramionami.
- Będziemy mieć potem jakieś spotkania w sprawach zawodu, nie? – Zapytał James.
- Tak – mruknął Remus.
- To miło. Może ci to pomoże, Remm.
Remus tylko odburknął coś niezrozumiale.
     Ktoś zapukał do ich drzwi. Syriusz rzucił się, by je otworzyć i po chwili wrócił z Megan. Miała na sobie krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach. Pomimo zimy.
- Wiecie, że możemy mieć kłopoty, bo cisza nocna zaczyna się o dziesiątej? – Powiedziała, siadając na podłodze i opierając się o ścianę.
- To nie był mój pomysł. Ja uważam, że to, co tu się dzieje i dziać będzie, to tragedia – stwierdził Remus.
- O! A jeszcze przed chwilą nam pomagałeś! Ty zdrajco! – Peter wskazał na niego palcem.
- Pomagałem, bo tego wymagaliście. Miałem patrzeć jak sami się męczycie z tymi meblami? Wtedy od razu byście mnie zabili – westchnął.
Megan zaśmiała się.
     Po niedługim czasie ich dormitorium wypełnione było ludźmi. Każdy, kto miał przyjść, przyszedł. Było miło. Muzyka wypełniała pokój, jednakże nie była nachalnie głośna, więc raczej nikt nie powinien mieć problemów.
- A teraz wznieśmy soczkowy toast – powiedział Syriusz, stając na wyczarowanym przez Remusa podeście. Peter w tym czasie lawirował między przyjaciółmi, rozdając im soczki z liczi i cytryny (żeby miały kolor, co najmniej likieru). – Ponieważ ta impreza zorganizowana została pod pretekstem powrotu Remusa…
- Wcale nie chodziło o to, że było nudno, nie… - Powiedział James na tyle głośno, żeby wszyscy słyszeli, ale na tyle cicho, żeby można było uznać to za uwagę do Syriusza. Wszyscy parsknęli śmiechem.
- … Pociągnijmy to dalej i wznieśmy toast za to, że Remmy wrócił do nas zdrowy. Tak – Syriusz uniósł swoją szklaneczkę i wypił jej zawartość za jednym razem.
Kiedy Syriusz skończył mówić, zza jego pleców wystrzeliły kolorowe fajerwerki – to właśnie te „efekty” przygotowywali James i Remus. Między innymi te. Remus uśmiechnął się.
     Cała impreza trwała do dwunastej w nocy. Wszyscy świetnie się bawili. Nawet Agatha, która na początku stała ze swoimi koleżankami, wyraźnie negatywnie nastawiona to całego przedsięwzięcia. Później i ona zaczęła tańczyć, tak jak każdy.
- To jednak wyszło – szepnął Remusowi do ucha James, kiedy wszyscy bawili się w najlepsze, a oni stali z boku.
- Taa… Ale ja nadal się boję.
- Czego?
- Że profesorka przyjdzie. Że ktoś jej powie.
James spojrzał na niego badawczo.
- Niby kto miałby? Nikt z innego domu nie wie, a nasi nie powiedzą, bo nas lubią. Poza tym… Też chcą unikać awantur.
- Nie wiem. Po prostu nie chcę, żeby to wszystko wyszło na zewnątrz.
- Nie wyjdzie – James poklepał go po ramieniu. – Będzie dobrze, zobaczysz. Chodź tańczyć.
- Zapraszasz mnie do tańca? – Remus zakrył sobie usta dłonią, jak to robią te dziwne dziewczyny na filmach. James zaśmiał się.
- Tak, mój drogi – ukłonił się u podał mu swoją rękę. Remus chwycił ją i po chwili tańczyli obok siebie, śmiejąc się wesoło.
Można upić się soczkiem z liczi.
***
     Kiedy wszyscy poszli, Huncwoci byli tak zmęczeni, że nie chciało im się nawet odsuwać mebli na swoje miejsce. Po prostu położyli się na jakby wspólnym łóżku złożonym z dwóch osobnych i zasnęli.
     Rano Remus jak zwykle obudził się pierwszy. Poszedł do łazienki, ogarnął się i kiedy wyszedł spojrzał na zegarek. Była ósma. Remus zastanowił się, dlaczego tak szybko się obudził. Ogólnie rzecz biorąc, nie był rannym ptaszkiem. Wstawał szybko tylko wtedy, kiedy miał coś ważnego do zrobienia. Ale co miał zrobić? Nie pamiętał.
     Obudził swoich przyjaciół, – co oni przyjęli głośnymi jękami niezadowolenia - po czym zaczęli sprzątać. Zajęło im to trzy i pół godziny – dla porównania przygotowanie trwało półtorej –, więc kiedy skończyli znów położyli się spać.
***
     Syriusz nie spał dobrze po sprzątaniu dormitorium. Można by powiedzieć, że wręcz przeciwnie – spało mu się okropnie. Nękały go koszmary. Śniło mu się, że matka go wydziedzicza, że bije go znienawidzonym przez niego skórzanym i grubym paskiem. W zasadzie to pierwsze było tylko przewidywaniem przyszłości, zaś drugie – wspomnieniem. Nie dziwnym, więc było, że wstał po godzinie snu. Wygramolił się z łóżka i uśmiechnął, patrząc na swoich przyjaciół. Spali słodko, jeden obok drugiego. Kiedy tylko James (obok którego spał Syriusz) poczuł, że ma wolną przestrzeń, od razu zmienił pozycję. Syriusz zaśmiał się cicho i przebrał się, po czym wyszedł z pokoju. Był głodny, więc skierował się do kuchni. Nie było sensu iść do Wielkiej Sali, ponieważ pora śniadaniowa dawno minęła.
     Kiedy wychodził, spotkał Ericka.
- Cześć Erick! – Przywitał go z uśmiechem. – Wyspany?
- Nawet… Razem z chłopakami spaliśmy chyba do jedenastej. A i tak jesteśmy trochę zmęczeni – zaśmiał się.
- No tak… Trochę to wczoraj trwało.
- Taa… Chyba w przyszłości będziecie organizować takie imprezy, ale na cały dom, co? Czuję to. Macie do tego smykałkę. Wyszła wam, ta wczoraj.
Syriusz spojrzał na niego uradowany

- Może. Nie, no… Na pewno! – Klasnął w dłonie.
Erick zaśmiał się.
- A co z waszym pokojem? Już posprzątany?
- Tak. Ogarnęliśmy go jakaś godzinę temu.
- Ile wam to zajęło.
- Trzy i pół godziny mojego życia zmarnowane! – Syriusz wyrzucił ręce w górę.
- No tak – Erick poklepał go po ramieniu. – Ej, Syriusz. Przypomnisz Remusowi, żeby się ze mną spotkał?
Syriusz spojrzał na niego zdziwiony.
- Jasne.
Erick uśmiechnął się w odpowiedzi i poszedł w swoją stronę.
     Syriusz poszedł do kuchni. Od jakiegoś czasu nękała go dziwna myśl – z Remusem jest coś nie tak. Co miesiąc znika i za każdym razem ma inne wytłumaczenie. Wraca zmęczony, z rozcięciami na rękach, czasem na twarzy. Często ma siniaki. Poza tym jest bardzo zwinny i szybki, nie wspominając już o jego niebywałym słuchu. Co jest nie w porządku? Może jego rodzice znęcają się nad nim? Nie… To niemożliwe. Widział przecież jego rodziców na peronie. Wyglądali na szczęśliwą rodzinę. Poza tym Remus do nich pisze i zawsze wyraża się o nich w miły sposób. Ale i tak coś mu nie pasowało. Nie był przecież idiotą. Potrafił zauważyć takie rzeczy. Tylko, o co chodziło?
***
     - Gdzie Syriusz? – Zapytał James, siadając przy stoliku w Pokoju Wspólnym.
- Tutaj! Ha-ha! – Krzyknął Black, siadając obok niego i kładąc nogi na stole.
Remus spojrzał na niego z dezaprobatą.
- Weź to – wskazał na niego.
- Przestań. Zresztą i tak musisz iść. Erick kazał ci przypomnieć.
Wilkołak uderzył się mocno w głowę. To to była ta ważna rzecz! Miał się z nim spotkać rano!... O dwunastej, dobrze… No, ale rano.
- Dzięki, że mi przypomniałeś, Syri.
- Nie ma, za co – Syriusz wzruszył ramionami.
Remus stał pod drzwiami do sypialni Ericka i czekał, aż ktoś mu otworzy. W końcu doczekał się.
- Cooo – Damien nie ukrył ziewnięcia. Wyglądał zabawnie. Miał na sobie duży sweterek i czarne spodnie, ale poza tym jego długie do linii ramion, blond włosy z czarnymi odrostami, były we wielkim nieładzie, a na jego policzkach rozlewały się rumieńce. Przecierał oczy dłonią.
- Spałeś? – Zapytał Remus retorycznie.
- Taa… Co się stało?
- Jest Erick? – Remus zajrzał do sypialni.
- E-e. Poszedł na błonia.
- Oh. Dzięki Damien!
- Spoko. Idę spać – mruknął i odwrócił się, zamykając drzwi.
     Remus biegł na błonia, jednocześnie wzrokiem przeczesując korytarz. Erick mógł przecież już wracać. Miał nadzieję, że uda mu się go znaleźć i, że chłopak nie będzie na niego zły. Wybiegł z zamku i od razu zobaczył Ericka. Podszedł do niego.
- Przepraszam – powiedział.
Erick spojrzał na niego pobłażliwie.
- Jasne. Przecież byliście zajęci, poza tym zmęczeni. Mogłeś zapomnieć – uśmiechnął się. – Jak się czujesz?
Remus bardzo lubił Ericka właśnie za to. Był bardzo wyrozumiały, a poza tym szczery i opiekuńczy.
- Dobrze. Teraz mów, co się stało.
Erick westchnął.
- Moja mama jest chora. A ze względu na pewne… Niedogodności… Nie może jechać do szpitala. Mój tata jest uzdrowicielem, więc wie, co robić, ale nie ma podstawowego składniku eliksiru. Nie chce zostawiać mamy w domu, żeby nic jej się nie stało, kiedy będzie na Pokątnej, więc potrzebuje mnie. – Wyjaśnił Erick. – Musimy znaleźć tojad. Ja nawet nie wiem, gdzie go szukać, ale ty słuchasz na zielarstwie.
- Tak. Ale… Musimy wejść do… - Remus spojrzał w stronę Zakazanego Lasu.
- Wiem. Właśnie, dlatego biorę ciebie, a nie Damiena. On by nie dał rady. Dzisiaj jest zbyt zmęczony. Wczoraj daliście ten soczek z liczi. Okazało się, że Dam jest uczulony i teraz źle się czuje. Ale nie pójdzie do pielęgniarki, bo musiałby powiedzieć, co się stało.
- Naprawdę? – Remus się zaśmiał. – Kurcze, to źle. Ale raczej mu przejdzie. Wracając, to wiesz… Ten las jest… Zakazany…
- No.
Remus spojrzał na niego badawczo.
- Chodźmy – odpowiedział zanim niepewność wzięła górę.
Erick uśmiechnął się i razem poszli do Lasu.
     Młody Lupin zdziwił się, jak bardzo ciemno było w lesie, pomimo tego, że świeciło słońce. Było tu zimno, pachniało zgnilizną, a wokół roznosiły się nieprzyjemne dźwięki.
- Nie jest to szczególnie przyjemne – mruknął Erick, kiedy kropelka wody, wpadła mu za kołnierz kurtki.
- Zgadzam się.
     Podobno wilkołaki mogą wyczuć tojad. Bo to działa na nie odstraszająco. Remus węszył, więc w poszukiwaniu rośliny. Po jakimś czasie znalazł trop.
- Chodźmy. – Wskazał na jedno z rozwidleń. Erick pomaszerował za nim.
-A jak coś nas zaatakuje? – Zapytał.
- Cóż. Jakoś sobie poradzimy.
Dalej szli w ciszy.
     W końcu znaleźli roślinę. Tylko był problem. Remus pamiętał z lekcji obrony przed czarną magią, że Błotoryje chętnie jedzą tojad. Teraz, kiedy stał razem z Erickiem niedaleko tej rośliny, zobaczyli, że z gęstwin zarośli wychodzi około dziesięć tychże stworzeń.
- Pamiętasz, jakie zaklęcia na nie działają? – Zapytał Erick.*
- Orchideus, avifoures, ebublio, inflantus… I boją się iskier, więc relashio też ma sens. – Wyrecytował Remus.
Obydwoje wyciągnęli różdżki i stanęli do walki o tojad.
     Zabicie Błotoryja wcale nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać. Te stworzenia miały grubą skórę, pokrytą łuskami, więc trzeba było dobrze celować i rzucać jak najmocniejsze zaklęcia, żeby umarły.
- Avifoures! – Krzyknął Remus, skupiając całą swoją uwagę na jednym z dwóch atakujących go Błotoryjów.
Kątem oka widział, jak Erick odsuwa się od trzech napastników i dotyka krwawiącego uda. Te stworzenia mają ostre zęby.
- Inflantus! – Jeden z błotoryjów umarł. Został mu jeszcze jeden i trzy pozostałe, które jak na razie patrzały na wszystko z boku. Poza tym Erick nadal walczył z dwoma.
- Orchideus! Ebublio! Inflantus! – Kolejny napastnik umarł.
     Kiedy rozprawili się ze wszystkimi, zerwali tojad, włożyli go do puszki, którą Erick wziął ze sobą i pobiegli w stronę wyjścia.
- Erick, nic ci nie jest? – Zapytał Remus, patrząc na krew na spodniach kolegi.
- Nie. Jest dobrze. Uleczyłem się – Erick uśmiechnął się.
Nagle coś wyskoczyło z krzaków i powaliło Ericka na ziemię. Remus spojrzał na to stworzenie. Był to erkling. Wysoki na trzy stopy, patyczkowaty stwór, posługujący się czymś na kształt pukawki. Zza krzaków wyszedł kolejny i Remus cofnął się o krok.
Zaklęcie, zaklęcie…
Gorączkowo myślał, jak je unieszkodliwić. Przypomniało mu się jedno z zaklęć, jakie podawała pani Auditore na lekcji. Pullus.
- Pullus! – Krzyknął. Nic się nie stało. Po kolejnych dwóch próbach został postrzelony z broni jednego z erklingów. Okazało się, że jest to zwykły kawałek zaostrzonego drewna. Ale i tak zabolało. Erklingi zbliżały się do niego, a on nadal nie wiedział jakiego zaklęcia użyć. Postanowił spróbować jeszcze raz. Skupił się na tym, co chciał uzyskać, spojrzał na stworzenia…
- PULLUS! – Ryknął.
Zaklęcie zadziałało lepiej niż myślał. Biały płomień wystrzelił z jego różdżki i powalił napastników. Remus wyminął ich i podbiegł do Ericka, leżącego na ziemi.
- Erick, ej, Erick! – Poklepał go po twarzy. Na szczęście przyjaciel otworzył oczy. – Jak się czujesz?
- Boli mnie klatka piersiowa – mruknął.
- Volnera Samatur – szepnął Remus, celując różdżką w Ericka. Ten jęknął cicho. – Anapneo.
- Oo… Już lepiej – Erick westchnął głęboko. – Uciekajmy, zanim jeszcze coś nas zaatakuje.
     Kiedy wybiegli z lasu, był już wieczór. Remus oparł się o jedno z drzew i odetchnął głęboko.
- Wracajmy do Pokoju. Chcę już odpocząć – mruknął.
Poszli, więc.
     Udało im się bez większych problemów dojść do portretu Grubej Damy.
- Dziękuję ci Remmy. Dziękuję za pomoc – Erick przytulił go.
- Nie ma, za co.
***
      Remus bardzo lubił lekcje obrony przed czarną magią. Były przydatne – o czym już sam kilkakrotnie się przekonał – i przyjemne. Huncwoci szli pod klasę pani Auditore, rozmawiając wesoło. Doszli równo z dzwonkiem. Jak zawsze.
     Lekcja zapowiadała się ciekawie. Profesorka przyniosła ze sobą kilka zwiniętych pergaminów i dwie stare księgi.
- Dzisiaj, moi drodzy, porozmawiamy o innych rasach. Tak zwanych nadnaturalnych. – Remus wzdrygnął się. – Niektórzy mogą uważać, że to nie są ludzie, tylko zwierzęta. Tak nawet traktuje się och w naszym podręczniku. Ale ja wam powiem, że tak nie jest. To są istoty obdarzone specjalnymi zdolnościami. Każda z ras ma swoją historię i każda jest niesamowita. Bo czym jesteśmy my? Ludźmi, którzy dostali dar władania magią. Ale to samo otrzymali czarownicy. Bo są czarodzieje i czarownicy. Tylko, że my musimy używać różdżek, nie odprawiamy rytuałów… Czarownicy nie potrzebują artefaktów. Może nielicznie używają specjalnych, rzeźbionych noży. Poza tym, oni lubują się w magii rytualnej, przyzywają demony… Bo właśnie od czarnych demonów powstali. Od Lilith. I właśnie. Czarne demony są stworzeniami. Nie mają klasyfikacji ludzkiej. Za to białe demony już tak. Biały demon, to człowiek z mocami demonów. Może wniknąć do naszego ciała i zawładnąć nim. Może posługiwać się czarnomagicznymi artefaktami, żeby mieć większą moc. Odłamem białych demonów są Inkuby i Sukkuby. To połączenie wampira i demona. Poźniej są wampiry i wilkołaki, które powstały przez choroby demoniczne. Dalej Nefilim, potomkowie Rzjela. Pół ludzie-pół anioły. Anioły… Dzieci Archaniołów lub jak kto woli Aniołów… Prawdziwych, tych bożych, świętych. Anioły jako nadnaturalni są dziećmi tych właśnie Archaniołów i ludzi. Często ludzie zastanawiają się, dlaczego Nefilim nie mają skrzydeł, nie są jak potomkowie innych aniołów. To dlatego, że pierwszy Nefilim, Jonathan, nie był synem Razjela. On tylko wypił jego krew. – Remus słuchał jak urzeczony tego, co mówiła profesorka. Z tego co widział reszta klasy tak samo. – To jest różnica. Nefilim mają anielską moc, mają swoje runy. Anioły też mają moce, ale poza tym mają skrzydła, które wyrastają im z barków, kiedy tylko chcą. Kolejna rasa… Elfy leśne. Nie wiadomo dokładnie jak one powstały. Ale też należą do nadnaturalnych. Potem są wróżki. Faerie, czyli dzieci wróżek i elfów...
- Proszę pani, ale elfy są szkodnikami… - Powiedział jakiś chłopak z Ravenclawu.
- Tak. Ale to są elfy zwykłe. Małe, ze skrzydełkami. Elfy leśne to ludzie. Są ludźmi w pewnym stopniu. Kontynuując. O faerie nie wiemy zbyt wiele, bo są skryte i swoją historię zatrzymują dla siebie. Wiemy tylko tyle, że pochodzą od elfów leśnych i wróżek. Na kolejnych lekcjach będziemy omawiać każdą z ras po kolei. Poza tymi, które teraz wymieniłam, jest ich do omówienia jeszcze kilka a o wiele więcej istnieje. Tylko są albo bardzo rzadkie, albo dobrze się ukrywają.




*Uznajmy, że na terenie szkoły oni mogą bezkarnie używać zaklęć. Bo w książce chyba nie mogli. 

Oto i kolejna notka! ;D
Mam dla was także świetne wieści...
DOSTANĘ SZABLON!
Na Land of Grafic od Lulu. Pięknie będzie ;*
Do napisania!

Lunaris

sobota, 21 lutego 2015

Rozdział 26.

          Ostatnie dni były okropne. Nie wiedzieli, kiedy ich przyjaciel wyjdzie ze Skrzydła Szpitalnego. Martwili się i najgorsze było to, że pielęgniarka nie pozwalała im wejść tam i zobaczyć się z brakującym ogniwem ich paczki. Nauczyciele też zauważyli zniknięcie Remusa i zachowanie jego kolegów. Dlatego byli teraz u profesor McGonagall i dlatego każdy z nich był zniecierpliwiony.
- Chłopcy. Wiem, że pan Lupin leży w Skrzydle Szpitalnym, ale to nie oznacza, że macie się tak zachowywać! Wasze wybryki są nie do zniesienia! Nie możecie w taki sposób dawać upust emocjom! – Krzyczała nauczycielka.
          Chodziło oczywiście o kilka ostatnich żartów, jakie mistrzowsko wykonali. Nie były to wielkie rzeczy… Na lekcji eliksirów James zagadywał Snape’a (jeśli tak można to nazwać), a Syriusz wsypał do kociołka trochę piołunu. Slughorn przymknął na to oko, bo Chłopiec z Dobrego Domu to zrobił, ale chyba informacje o tym ekscesie wyciekły do profesorki. Innym razem na transmutacji Peter zmienił swoje pióro w stado bahanek, co wywołało niemały popłoch wśród uczniów i nauczycielki. Co prawda nie było to zamierzone, ale Huncwoci postanowili dopisać to do listy pełnoprawnych żartów. Podczas lekcji historii magii James wyczarował „zimny ogień”, po czym razem z resztą przyjaciół zaczęli nim rzucać jak piłką. Kiedy tylko nauczyciel spojrzał, od razu go chowali. W ten niesamowity sposób sprawili, że ta wykład profesora stał się bardzo zabawny, co było rzadkie. Kiedy lekcja OPCM’u kończyła się, Huncwoci zaczęli odgrywać scenkę z „Romea i Julii”. James był Romeem, Syriusz Julią, a Peter panem Capulettim. Zrobili to spontanicznie, dlatego, że na lekcji ktoś wspomniał tę sztukę i chwilę o niej rozmawiali. Jedna z lekcji zielarstwa wydała im się zbyt nudna i dlatego Syriusz postanowił zrobić harmider. Kiedy nauczycielka tłumaczyła jak przesadzić jakąś kompletnie bezsensownie bezpieczną roślinę, on podszedł to jednej z tych, których nazwy nie brzmiały przyjaźnie i dotknął jej. Okazało się, że była to roślina mięsożerna i wciągnęła rękę Syriusza. Na szczęście Black nie przypłacił tego wybryku kalectwem, a pani profesor kazała im wyjść z klasy i szybciej skończyła lekcję, z uwagi no to, że roślinka ucierpiała. Jednak najbardziej podobał im się żart, który zrobili na lekcji astronomii. Do niego, bowiem przygotowywali się całą godzinę. Syriuszowi udało się wyczarować mugolskie lampiony. James zaczarował je, żeby wyleciały w powietrze o określonej godzinie. Kiedy badali niebo na lekcji, dwadzieścia pomarańczowo-żółtych kul wzbiło się do góry. Kilka z nich leciało nawet w stronę wieży. Wszyscy – nie wiedząc, co ich atakuje – zaczęli w popłochu chować się do zamku. Teoretycznie nikt nie wiedział kot to zrobił, ale profesorka chyba miała swoje powody by się domyślić.
          Tylko, że tego nie było dużo. Nawet jak na trzy dni. Prawda?
          Teraz każdy z nich miał głupi wyraz twarzy. Bo jakże żałować tak idealnych żartów? Jakże żałować tak dopracowanych planów? To przecież było piękne i niesamowite, i nikt inny nie zrobiłby tego lepiej.
- Proszę pani... - Zaczął Syriusz, ale niedane mu było dokończyć, bo do gabinetu wpadła pielęgniarka.
Wszyscy spojrzeli na nią ze zdziwieniem na twarzy.
- Minerwo. Remus się obudził - powiedziała.
          Huncwoci nie bacząc na konsekwencje, na krzyczącą nauczycielkę i na zdezorientowaną panią Pomfrey, którą prawie przewrócili - wybiegli z pomieszczenia i popędzili w stronę Skrzydła Szpitalnego. Po drodze wpadli na Panią Norris i chyba któryś z nich nadepnął jej na ogon. Ale oni biegli dalej. Stanęli przed drzwiami żeby złapać oddechy i weszli do środka szczęśliwi, że dostaną te kilka chwil - w przeciągu, których pielęgniarka będzie szła szła do chorych - w gratisie.
          Zobaczyli Remusa leżącego na łóżku najbliżej okna. Podeszli. Ich oczom ukazał się blady, posiniaczony Lupin z bardzo potarganymi włosami i podkrążonymi oczami.
- Cześć złotko - powiedział James, siadając obok tak, żeby nie zgnieść przyjaciela.
Remus uśmiechnął się promiennie i usiadł.
- Nic wam nie jest... Jesteście tu ze mną... I rozmawiacie... - mruczał chyba bardziej do siebie, niż do nich.
Black, Potter i Pettigrew spojrzeli po sobie.
- O co ci chodzi, Remus? - Zapytał ten ostatni, podchodząc bliżej.
Przyjaciel spojrzał na niego zmieszany.
- Ja... Śniły mi się dziwne rzeczy. Nieważne - machnął ręką. - Ile spałem? Jak długo mnie nie było?
- Trzy dni - odpowiedział Syriusz.
***
Trzy dni. Ale od tego trzeba odjąć...
Chociaż przecież poszedłem do Wrzeszczącej Chaty zaraz przed nocą. 
        Więc nic nie trzeba odejmować. 
          Czyli aż trzy dni śnił o samym sobie. Teraz patrząc z perspektywy czasu myślał, że to może było coś jak przewidywanie przyszłości... Sny prorocze i te sprawy. Może to wszystko się zdarzy? Może to będzie prawdą i do końca życia będzie musiał się ukrywać, może będzie zmuszony przyłączyć się do Greybacka, bo nikt inny go nie przyjmie i wtedy będzie musiał znosić to wszystko i...
- Remus! - Ktoś nim potrząsnął. Syriusz. - Weź już wróć do nas. Nie dość, że spałeś trzy dni, to teraz też się wyłączasz...
- Wybacz. Te sny po prostu zmuszają mnie teraz do przemyśleń - powiedział znużonym głosem.
- Co ci się śniło? - Zapytał James.
Remus oczywiście nie chciał odpowiadać.
- Dziwne rzeczy. Wszyscy tam umierali. Wy, rodzice, inni przyjaciele, ludzie... Wszyscy - powiedział, wymyślając i mieszając prawdę z fikcją.
- Ale to sen. Tylko sen. Twoi rodzice przecież żyją. My tu siedzimy. Z resztą też wszystko w porządku. A co do ludzi... - Peter westchnął.
- Kilku mugoli i półkrwistych zaginęło. Znowu - dokończył Syriusz, przecierając twarz dłonią.
- Nie przejmujcie się tym, chłopcy - usłyszeli za sobą głos opiekunki ich domu. - To nie wasza sprawa. Waszym rodzinom nic się nie stanie - podeszła do nich, stukając obcasami w rażąco białe kafelki podłogowe. - Jak się pan czuje, panie Lupin?
- Dobrze. Poza bólem głowy. Wszystko już w porządku, pani profesor.
- Co nie zmienia faktu, że jeszcze tu zostaniesz, chłopcze! - Krzyknęła pielęgniarka. - Muszę cię zbadać dokładnie, dowiedzieć się, co...
- Nie sądzę, żebyśmy mogli stwierdzić, co stało się panu Lupinowi... Już przecież próbowałaś. I Filius, i Pomona. Nikt nie wie. - Stwierdziła McGonagall.
Pani Pomfrey zwróciła na nią zmieszany wzrok, a chłopcy spojrzeli po sobie.
- Jesteś jak celebryta. Wszyscy cię badali, Remus... Kurcze - mruknął James półgębkiem.
Huncwoci ledwie powstrzymali się od śmiechu.
- Dobrze, panie Lupin. Zbadam pana, dam panu leki i może pan wyjść. - Powiedziała pielęgniarka.
Remus uśmiechnął się.
***
          Po milionie badań i pytań o jego stan zdrowia, Remus mógł udać się do swojego dormitorium. Bardzo chciał się już tam znaleźć ze względu na niedawne "sytuacje". Chciał znów zobaczyć swoich przyjaciół siedzących na łóżkach i śmiejących się z jakichś głupot, chciał kłócić się, kto pierwszy pójdzie do łazienki wieczorem, a potem rano wstać wcześniej, żeby zdążyć wziąć prysznic przed lekcjami. Pragnął zjeść śniadanie w Wielkiej Sali razem z Megan, Erickiem i Damienem, a potem czekać na resztę swojej paczki. Nawet nie przeszkadzała mu perspektywa udziału w lekcjach. Jednak gdzieś w głębi duszy, z tyłu głowy, miał to złe przeczucie. Czuł się, jakby ten świat i ta aluzja bezpieczeństwa miały nagle zniknąć pozostawiając po sobie dwie rzeczy: Greybacka i ból.
- Hasło? - Zapytała.
Remus zaczął grzebać w swojej pamięci, aż w końcu doszedł do wniosku, że nikt mu hasła nie powiedział. Wzruszył więc ramionami.
- Gruba Damo, przecież mnie znasz... - powiedział błagalnie. - Byłem w Skrzydle Szpitalnym... Nikt mi nie powiedział...
- Nie wpuszczę cię - ucięła swoim piskliwym głosem.
Usiadł więc na podłodze i załamany zaczął liczyć pęknięcia w płytkach.
- Hej, Remmy! - Krzyknął ktoś wesołym głosem. - Hasła nie znasz?
Spojrzał na niego. Damien. I jego niezastąpiony przyjaciel Erick. Uśmiechnął się.
- Długo cię nie było - Erick pomógł mu wstać, potem przytulił go. - Wszystko już w porządku?
- Taa... Nawet nie wiem, co mi było - Remus wzruszył ramionami i przytulił Damiena. - Wiem jedynie, że byłem nieprzytomny, a to było wybitnie nieprzyjemne. Nie polecam.
Jego przyjaciele zaśmiali się.
- Już nieważnie. Dobrze, że wyszedłeś, tyle ci powiem. Wejdźmy może, co? - Dam wskazał podbródkiem na portret Grubej Damy. - Zapamiętaj Remm. Fortitudo. To hasło.
Gruba Dama odsunęła się na bok i mogli wejść do Pokoju Wspólnego Gryffindoru. Remus uśmiechnął się patrząc na znajome twarze. Było tu dużo ludzi, a każdy i tak zawsze znajdował dla siebie miejsce. Teraz - jak zawsze - panował tu gwar, a zapachy mieszały się w powietrzu. Wyczuć można było całą masę rzeczy. Czekoladę - Remus przełknął ślinę -, kawę, herbatę... Ale także rzeczy, których zwykli ludzie raczej nie czuli, czyli zapachy poszczególnych osób.
- Remus! Wszystko w porządku? - Krzyknął ktoś z grupy kilku osób siedzących w rogu pomieszczenia. Remus zobaczył, że był to Kingsley Schacklebolt.
- Tak. Już dobrze - uśmiechnął się.
Damien poklepał go po plecach.
- Wszyscy się tu o ciebie martwiliśmy. Nie mówiąc już o Huncwotach.
Większość ludzi w szkole już ich znała. To było zabawne.
- Taa... Nawet nie wiesz, jakie świetne rzeczy robili na lekcjach! Wszystko, żeby o tobie nie myśleć przez chwilę... - Dodał Erick.
- To słodkie - zakończył Dam.
Obydwoje uśmiechnęli się szeroko.
         Jego koledzy usiedli przy kominku, gdzie - o dziwo - było wolne miejsce, a Remus poszedł do sypialni. Wiedział, że jeżeli tam nie znajdzie Huncwotów, to będą albo w kuchni, albo w Pokoju Życzeń, albo na błoniach. Na szczęście nie musiał ich szukać, bo gdy tylko dochodził do drzwi ich dormitorium, usłyszał krzyk Petera:
- Potter, oddaj mi moje ciastka!! Sam je robiłem, masz mi je oddać, w tej chwili, albo przysięgam, rzucę na ciebie tak trudne zaklęcie, że przy moich umiejętnościach na pewno je sknocę i w życiu się nie uzdrowisz!!!
Uśmiechnął się i wszedł do środka.
I to, co zobaczył wstrząsnęło nim dogłębnie. Jego przyjaciele spojrzeli na niego. Peter przestał krzyczeć i gonić Jamesa, który teraz też stał w bezruchu, a Syriusz zastygł w pozycji pół-siedzącej na łóżku.
- Remusku, jak się cieszymy, że... - zaczął Syriusz zbyt miłym głosem, ale nie mógł dokończyć, bo Remus mu przerwał.
- Trzy dni. Tyle mnie nie było - zaczął mówić spokojnie. - To niewiele. To mało. Wracam. - Spojrzał na nich i zmienił ton na wściekły - A TU WYGLĄDA JAK PO WOJNIE!!! JAKBY SPADŁA TU BOMBA, POTEM PRZESZŁO TORNADO, A NA KOŃCU TO WSZYSTKO STRATOWAŁO STADO PĘDZĄCYCH HIPOGRYFÓW!!!
Pokój rzeczywiście wyglądał jak pobojowisko. Na podłodze leżały porozrzucane paczki po słodyczach, ubrania i puste butelki po soku. Każde łóżko - włącznie z remusowym - było niepościelone, co więcej - wyglądało okropnie. Poduszki rozwalone, kołdra leżąca w jakimś dziwnym i znanym tylko autorowi porządku, prześcieradło powyciągane, a dodatkowy koc walnięty gdzieś na skraju. Każde z czterech łóżek wyglądało mniej więcej w taki sposób.
         Koledzy podbiegli do niego i próbowali go uspokoić, a przy tym wytłumaczyć samych siebie.
- Remus, ale ciebie nie było i my się martwiliśmy... - zaczął James.
- Słyszałem już, jak się martwiliście. Damien i Erick mi powiedzieli, cytuję, jakie świetne rzeczy robiliście na lekcjach - uśmiechnął się jadowicie. James spuścił wzrok.
- Poza tym nie miał kto nam pomagać w zadaniach domowych i nie mieliśmy już siły, żeby... - tym razem Peter spróbował.
- Wiem, jak bardzo pomocny wam jestem... Ale nie jesteście dziećmi! Powinniście umieć rozgraniczyć czas, albo chociaż zadania, jeśli nie potraficie sobie z czymś poradzić sami - znów się uśmiechnął. Peter spuścił wzrok.
- Ale Remusiku, my byliśmy tak zdesperowani, tak bardzo w depresji... - Syriusz chciał ich uratować, ale Remus tylko spiorunował go wzrokiem.
- Black. To samo powiedział Potter. Zamknij się.
Remus wyminął ich i podszedł do okna. Poza bałaganem w pokoju było wybitnie duszno. Otworzył je i spojrzał na kolegów.
- Łazienka też tak wygląda? - Warknął na nich.
- Nie - odburknęli.
- Więc... Ja idę wziąć długi prysznic, a wy...?
- Posprzątamy... - powiedzieli chórem.
Remus klasnął w dłonie.
- Świetnie chłopcy, świetnie! - Krzyknął radośnie i na palcach przez tulipany (co praktycznie można by odebrać jako niezły żart, bo zdjął buty, kiedy wszedł do dormitorium, a teraz wolał iść na palcach, lecz bynajmniej nie przez tulipany, a przez zawaloną brudami podłogę) ruszył do łazienki. W drzwiach obrócił się i powiedział jeszcze na odchodnym:
- Bardzo dobre pokojówki by z was były.
A kiedy w odpowiedzi otrzymał satysfakcjonujące, pełne nienawiści spojrzenia, wszedł do środka i z uśmiechem zaczął przygotowywać sobie kąpiel, bo uznał, że nawet długi prysznic nie wystarczy czasowo, żeby wychodząc, ujrzał czysty pokój.
***
           Wyszedł z wanny, ubrał się, wyczesał włosy i umył zęby, i był gotowy na zderzenie z rzeczywistością. Westchnął głęboko i otworzył drzwi.
- No, no, no... Pięknie chłopcy... - powiedział z uznaniem, bo pokój był teraz czyściutki. - Myślę, że zasługujecie na nagrodę - uśmiechnął się.
Wszyscy spojrzeli na niego.
- Dostaniecie cukierki!
- Taak! Cukierki! - Krzyknęli jednocześnie.
          Po chwili siedzieli w kółku na podłodze. Na środku leżało opakowanie cukierków.
- To jak? Gramy zadania? Zrobisz zadanie, masz cukierek. Nie zrobisz... Dostajesz wyzwanie.
W oczach wszystkich pojawiły się figlarne ogniki.
- Jasne - powiedział Syriusz.
- Wchodzę w to - dodał Peter.
- Jestem z wami - stwierdził Remus.
Po godzinnej grze, James dostał niewykonalne zadanie.*
- Pocałuj Petera. Tak ładnie, z języczkiem! - Powiedział Syriusz.
Wszyscy spojrzeli na niego, a Peter pisnął ze strachu.
- Syriusz, czemu mi to robisz?! - Krzyknął.
- Wybacz, stary... - uśmiechnął się Black.
Wszystkie oczy zwróciły się na Jamesa.
- Nie ma opcji! Ja tego nie-zro-bię. Koniec kropka. Dziękuj mi Pete - powiedział czarnowłosy. - Jesteś okropny, Black.
Syriusz wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Chciałem dać ci challenge - powiedział. - Ogarniasz mugolską colę? - Zapytał chytrym głosem.
- Noo - odpowiedział James ostrożnie.
- Więc. Weźmiesz do ust osiem mentosów...
Remus i Peter parsknęli śmiechem. Będzie zabawnie.
- Będziesz pić małą butelkę coli...
James przełknął ślinę.
- A to wszystko zrobisz na błoniach, tak, żeby każdy mógł cię zobaczyć.
- Jesteś serio okropny. Może ktoś ma coś lepszego? Ogólnie razem powinniście wybrać to zadanie...
- Nie, mnie się bardzo podoba to Syriusza - stwierdził Peter.
- Jak wyżej - powiedział Remus.
James westchnął głośno.
- Nienawidzę was.
***
          James miał pecha. To wiedzieli wszyscy Huncwoci. Była bowiem śliczna pogoda, a on musiał zrobić ten challenge na pełnych ludzi błoniach. Tragedia.
          Wyszli z zamku, wszyscy - oprócz Pottera - w świetnych humorach i poszli pod swoje drzewo. - Muszę...? - Jęknął czarnowłosy.
- Musisz. - Opowiedzieli chórem.
James jęknął znowu i postawił sobie butelkę coli dietetycznej pod nogi. Remus, Peter i Syriusz usiedli na ławce pod drzewem.
Potter wyciągał z opakowania mentosy i władał je do ust. Kilka osób zaczęło na niego patrzeć, a Megan, Lily, Dorcas, Eleanor, Agatha, Damien i Erick podeszli do Huncwotów.
- Co on najlepszego wyprawia? - Zapytała Lily.
- On... Ekhem. Graliśmy w zadania i on nie zrobił swojego... - Zaczął Syriusz, a w tym momencie Peter jęknął - no i teraz ma wyzwanie. Ma wypić colę z mentosami w ustach.
W tym momencie wszyscy uśmiechnęli się i usiedli.
- Dawaj, Jim - powiedział Peter.
James wziął butelkę i z niechęcią otworzył ją. Potem zaczął pić. Wtedy wszyscy, którzy to widzieli zaczęli się śmiać, bo Potter stał się żywą fontanną. Z jego ust tryskała spieniona cola, a on sam w ustach miał coś, co dało by się opisać mniej więcej burzą z piorunami. To nie mogło być przyjemne, ale zabawnie wyglądało z boku, więc nikt nie zadawał pytań. Kiedy mentosy straciły swoją moc, James wypluł ich resztki gdzieś obok drzewa i z mokrą koszulką opadł obok przyjaciół na ziemię.
- Serio was nienawidzę - powiedział głosem tak zmęczonym, jakby przebiegł 10 kilometrów.
- To było zabawne - stwierdziła Megan.
- Wysoce zabawne - dodał Remus.
Z miny Jamesa można było odczytać, że jemu nie było do śmiechu.
***
          Do dormitorium wrócili szybko, bo James miał dość morką koszulkę, a przecież było zimno. Był środek listopada. Kiedy siedzieli w Pokoju Wspólnym, Remus postanowił napisać list do rodziców. Poszedł do sypialni, wziął pergamin, pióro i atrament, i wrócił do przyjaciół.
- Co robisz? - Zapytał James sennym głosem.
- Piszę list do rodziców.
- Aham.
Kochani rodzice!
Wiem, że długo do was nie pisałem, podczas gdy od mamy dostałem setki listów, ale co mam poradzić. Szkoła daje się we znaki.
Mimo wszystko - uprzedzając twoje pytanie mamo - radzę sobie dobrze, a nawet bardzo dobrze. Cieszę się, że tu jestem. James, Syriusz i Peter bardzo się o mnie martwili, kiedy leżałem w Skrzydle Szpitalnym ostatnio. A to wszystko przez pełnie. Nie wiem co dokładnie się stało, ale przez trzy dni byłem nieprzytomny. Teraz już jest dobrze, ale jest mi bardzo miło. Dowiedziałem się od kolegi, że wszyscy z mojego roku martwili się o mnie. To miłe, prawda?
Piszę miedzy innymi po to, żeby zapytać jak się czujecie. Mam nadzieję, że dobrze! Nie chciałbym, żeby podczas mojej nieobecności coś się stało. Obwiniałbym się.
Mam do was ważne pytanie - czy mógłbym w tym roku także zostać w szkole na przerwę świąteczną? Moi koledzy chyba też zostają, a ja chciałbym być tu z nimi. Nie przeszkadzałoby to wam? Jeśli nie chcenie, powiedzcie, przyjadę. Dla mnie to nie problem. I tak już za wami tęsknię.
Wiem, że ten list nie jest długi, ale Peter już ciągnie mnie na spacer, wiec nie mam czasu, aby napisać więcej.
Czekam na odpowiedź!
Wasz
Remus
- No chodź! Idziemy wszyscy razem, fajnie będzie, super, mega, niesamowicie, a ty tu siedzisz i piszesz, i... -  Peter ciągnął go za ramie i mówił jednostajnym i pełnym wyrzutu głosem.
- Już! Ale pójdziemy to wysłać - wskazał na pergamin.
- Jasne - powiedział Peter.
***
          Okazało się, że mówiąc wszyscy, Peter miał na myśli naprawdę dużo osób. Bowiem korytarzem szła teraz cała chmara uczniów - Remus, Peter, Syriusz, James, Erick, Damien, Megan, Dorcas, Eleanor i Lily. Takie małe stado.
- James. To co zrobiłeś na przerwie było niesamowite i na prawdę cie podziwiam... - zaczął Damien.
- Zamknij się. To nie było przyjemne - uciął poszkodowany James.
- Ale za to jakie zabawne! - Krzyknęła Dorcas.
- Wyglądałeś jak fontanna, powiedzmy szczerze - stwierdziła Megan.
- Syriusz był już człowiekiem-kocem, James człowiekiem-fontanną... Ja się boję, co będzie dalej - powiedział Remus.
Wszyscy parsknęli śmiechem.
- Jak to "Syriusz był człowiekiem-kocem"? - Zapytała Lily.
Huncwoci opowiedzieli jej tą jakże interesującą historię.
- Ej świta! Idziemy do Sowiarni - krzyknął Syriusz.
- Jasne, człowieku-kocu - zaśmiał się Erick.
- On ma moc koca. Jego słuchajmy - powiedziała Eleanor.
Znów wszyscy zaczęli się śmiać.
- W-wyobraziłam sobie takiego Syriusza stającego nagle na lekcji transmutacji i krzyczącego "moc koca!", i wtedy zamiast Syriusza pojawia się koc, i ten koc zaczyna pełznąć w stronę drzwi, a potem wychodzi, i wszyscy są z-zdeezorientowani, i... - Damien musiał złapać Megan, bo ze śmiechu nie mogła utrzymać równowagi.
Cała grupka stanęła w jednym momencie i zaczęła się śmiać tak bardzo, że po chwili większość leżała na zimnej podłodze, a reszta podpierała się o ściany.
W taki sposób jakoś doszli do Sowiarni. Weszli tam w głośnym gwarze rozmów.
- Stop! - Krzyknął Remus, między jednym wybuchem śmiechu, a drugim.
Podszedł do swojej sowy i wysłał ją z listem do rodziców. Jednakże w trakcie tego, ktoś z grupy rzucił coś śmiesznego i wszyscy zaczęli się śmiać. Wtedy sowy przestraszyły się i wszystkie wzleciały w powietrze w tym niezbyt dużym pomieszczeniu. Zaczęły ich atakować, odbierając ich jako nieprzyjaciół i wrogów numer jeden. Z krzykiem wybiegli z Sowiarni. Potem pobiegli gdzieś koło granicy Zakazanego Lasu i usiedli na kamieniach.
- Merlinie, to było straszne! - Krzyknęła Lily.
- To będzie moja trauma z dzieciństwa. Zawsze - stwierdziła Dorcas.
Wtedy usłyszeli pisk i spojrzeli w stronę skąd dochodził.
          Eleanor stała kawałeczek od nich otoczona chmarą niebieskich chochlików.
- El, co się dzieje?! - Krzyknęła Megan.
- One mnie zaatakowały, pomocy! - Odkrzyknęła Williams i zaczęła uciekać przed napastnikami ciągnącymi ją za włosy i ubranie. One poleciały za nią tworząc serpentynę goniącą biedną dziewczynę. Na początku chłopcy patrzeli, jak dziewczyny biegną na pomoc przyjaciółce. Jednak nikt nie wziął różdżki, więc nie mogły rzucić zaklęcia obezwładniającego te małe i irytujące stworzenia. Nie udało im się zrobić nic poza większym zdenerwowaniem chochlików. Stały więc teraz wszystkie razem, a wokół nich i nad nimi latały niebieskie stworzenia. Huncwoci, Erick i Damien zaczęli się śmiać.
- Idziemy wam na ratunek, drogie panie! - Krzyknęli James i Syriusz.
Kiedy problem został zażegnany, (a wystarczyło kilka z chochlików mocno uderzyć, wtedy reszta przestraszyła się i uciekła do Lasu) postanowili wrócić do Pokoju Wspólnego. Było im ciepło, każdy był spocony, a przecież na zewnątrz było co najmniej minus pięć stopni.
- Ej, zobaczcie! - Krzyknął Erick, kiedy byli już prawie w zamku.
- Śnieg pada! - Damien stanął w miejscu, rozłożył ręce i zaczął łapać płatki śniegu.
Wszyscy zaczęli się śmiać.
***
          Wieczorem Huncwoci siedzieli w sypialni i rozmawiali wesoło.
- Co zamierzacie robić na święta? - Zapytał James.
- Ja zostaję tu. Mama jedzie do siostry, a że ja jej nie lubię... - Peter wzruszył ramionami.
- Ja też zostaję. Tym razem nie chcę jechać do domu. - Stwierdził Syriusz.
- Ja chyba też będę tu. Tak myślę - powiedział Remus.
- To ja też! - Krzyknął James.
Kiedy skończyli się śmiać, postanowili, że pójdą spać. Było późno, a jednak został im jeszcze prawie miesiąc nauki. 






*Wybaczcie mi, ale nie miałam pomysłu na te zadania xd

TAK! JESTEM, WRÓCIŁAM, NAPISAŁAM, WSTAWIŁAM!
Co sądzicie? Liczę na komentarze! No.
Cóż, szczerze nie wiem, co mam wam tu napisać, więc po prostu - DO NASTĘPNEGO!
który nie będzie za miesiąc. Obiecuję ;)
Lunaris
Ps. 6 stron w wordzie, Times New Roman, 13,5 pkt.!! :D

środa, 18 lutego 2015

Pytania, pytania i jeszcze więcej pytań.

   Tak. To nie jest nowy rozdział, bo na takowy jak widać po rozbieżności między terminem, a dzisiejszą datą, energii nie mam. Ale staram się i jedna strona jest napisana. (Ta. Dużo. Wiem.) Na wytłumaczenie mam irytującą i nawracającą grypę. Serio. Od jakichś dwóch tygodni co się wyleczę, to to gówno wraca. Jak bumerang. ;-;  Poza tym sprawdziany. Ale to jest zawsze, więc się nie liczy.
   Uwaga. Piszę to pod wpływem chwili, więc jak znam siebie będzie dużo rzeczy, których nie chcę powiedzieć.
   Szczerze, to nie wiem i mam tak zwany kryzys. Zastanawiam się nad tą historią i wymyślam nowe rzeczy, ale widzę po sobie, że mam częste braki chęci. I pomimo pomysłów i weny nie piszę. Czemu? Bóg jeden wie. I nawet jakieś inne opowiadanka czy cokolwiek nie napawa mnie chęcią do tego pisania. Znacie jakiś sposób, żeby moja chęć powróciła? Wiem, że to pytanie jest głupie, ale... .-. Chciałam być niesamowita i pisać więcej. Nawet jak postanowiłabym sobie zrobić przerwę, to wtedy ogarnąć kilka notek do przodu i zrobić auto publikację. Ale czuję, że to mi się nie uda. I jest mi z tym źle! Chciałabym być dobrą... "Bloggerką" względnie "pisarką" bo szczerze, nie wiem jak się określić, ale chyba jestem zbyt leniwa. I chyba nie umiem z tym walczyć. Może zbyt dużo sobie wyobrażam i jedyną rzeczą którą umiem, jest wymyślanie jaka chciałabym być, a nie zmienianie siebie, żeby w końcu się taką stać. Może nie umiem.
   Kolejną rzeczą jest ogół tej historii. Czy ona się wam cała jak na razie podoba? Czy uważacie, że coś jest bez sensu i powinnam się nad tym zastanowić? Jak tak, piszcie.
   Następne. Bardzo chcę przeprosić wszystkich, których blogi czytam/czytałam, a teraz nie komentuję. W szczególności Nimfadorę Tonks - Riddle i Pannę Nikt. Ja wiem, że wy mnie znienawidzicie kiedyś. Jeśli już tego nie zrobiłyście XD Bo wiem, że to jest chamskie. Pod tym ostatnim rozdziałem (kiedy to było! Jak na świecie dinozaury jeszcze żyły!) skomentowałyście. A wiem też, że u was są nowe notki. A ja co? A ja nie czytam tego. Czemu? I znowu - Bóg jeden wie. Nie mam kompletnie chęci na czytanie. Pisałam to Nimfadorze w komentarzu. Ale ten komentarz opublikowałam dawno! I co? I NADAL NIE CZYTAM! Resztę tez przepraszam. Ja... Ja się poprawię! Na prawdę! Tutaj pytania nie ma. Brafo.
   O. I teraz to, co praktycznie mnie dręczy, a dzięki Abigail postanowiłam, że muszę coś z tym zrobić. WYGLĄD, Podglądacze, WYGLĄD. Ten który jest był spoko na początku. Ale powiedzmy sobie szczerze. Wygląd bloga to coś, co powinno się zmieniać przynajmniej raz na dwa miesiące. A to? Pff... To tu jest już prawie rok. (Właśnie niedługo urodziny bloga... Hmm...) Trzeba coś z tym zrobić. Ale. Ja się nie znam. Macie jakąś szabloniarnię do polecenia? Piszcie! To się bardzo przyda i mi ułatwi.
   No. Właśnie. Urodziny (tak nawiasem to miałam je wczoraj. Hue! Megan się urodziła 17 lutego, tak!) liczmy je od pierwszej notki, bo ona chyba była jakoś dzień po założeniu bloga, czy jakoś tak... Soł. 12 marca 2014 roku. To było wtedy. Coś wymyśle. Coś ciekawego, zobaczycie.
   Chciałabym zająć się tym blogiem bardziej. Ostatnio dużo o tym myślałam. Chyba wrócę do reklamowania się na fb. Może nawet ogarnę jakiś blog czy forum gdzie można zamieszczać swoje blogi (słyszałam kiedyś o czymś takim XD) i odświeżę go. Miały się tu pokazywać opowiadania, pamięta ktoś? Będą. I miła byś "Mój Tobiaszek" czyli opowiadanka nie z HP. Będzie. Wszystko będzie, to miejsce przejdzie rewolucję i może wtedy dostanę na nie znów chęci! TAK!
   Powiem wam, że jak się tak wygadałam to nawet mi lepiej :D
   No. Może częściej będę pisała takie komunikaty... Żeby z wami pogadać i pokazać moją aktualną sytuację, obgadać pomysły i te sprawy... Bo czasem wpadam na jakiś pomysł i on jest tak kompletnie głupi, że potrzebuję kogoś, kto by mnie - za przeproszeniem - walnął w mordę i powiedział, że to jest bez sensu. Czasem robi to Alex bądź Lexy, ale jest tu też kilka innych osób, a przez te mega plany co do reklam, może będzie ich więcej.
   Więc macie komunikat i tak dalej...
   Nowa notka w tym tygodniu. Postaram się, żeby była długa i ciekawa. Dla was. Bo chcę być dobra i chcę się zebrać. I wrócić. Z większą dawką miłości do czytelników i z większą dawką pomysłów. Tak. To chyba wszystko.
Kocham was!
Lunaris (która znów zmieniła imię na google+)





Serio mi lepiej. :o : 3