wtorek, 6 stycznia 2015

Rozdział 25.

Jeszcze zanim cokolwiek, to powiem, że spis rozdziałów i notek informacyjnych uzupełnię. Muszę tylko nabrać do tego chęci ;-;
Miłego czytania!
:D
____________________________________________________________________________________________________


   Nie wiedział, jak długo spał, ale przeczuwał, że nie było to kilka godzin. Kiedy otworzył oczy, powitała go ciemność. Od razu wyczuł, że w pokoju jest jego kuzyn i, że owy kuzyn śpi. Mark leżał na łóżku równoległym do tego, które zajmował Remus. Młody Lupin westchnął głęboko i uśmiechnął się. Lubił zapach sypialni. To może brzmi bez sensu, ale tak było. Ten zapach kojarzył mu się ze spokojem, którego w jego życiu nie było zbyt wiele. Poza tym, ostatnio praktycznie wcale go nie miał. Poczuł lekkie ukłucie żalu, ale zignorował je, jak to Remus.
   Pokój Marka był duży. Evelyn przyniosła tutaj dodatkowe łóżko dla Remusa i postawiła je na miejscu sofy, która tu stała. Teraz sofa była na strychu. Oczywiście zrobiła to zaklęciami, bo po co się męczyć. Chociaż Remus tego nie widział, ściany tutaj były granatowe (pomimo swoich wyostrzonych zmysłów nie potrafił rozróżniać kolorów, kiedy było tak ciemno). Po wejściu do pokoju uwagę zwracała wymyślna lampa stojąca obok szafki nocnej i łóżka Remusa (czyli w normalnych wypadku koło sofy). Łóżko stało przy ścianie równoległej do drzwi. Na tejże ścianie było duże okno z różnymi, dziwnymi rzeczami rozwalonymi na parapecie. Obok drzwi była wysoka szafa na ubrania. Równolegle do niej stało mahoniowe biurko. Nad łóżkiem właściciela pokoju wisiał telewizor, tak, że jeśli byłaby tu sofa, można by spokojnie oglądać telewizję. Rodzina Bowen była typowo nowoczesną, czarodziejską rodziną - używali mugolskich 'wynalazków' i nie wstydzili się tego.
   Remus podniósł się na klęczki odchylił czarną roletę wiszącą na oknie. Zobaczył szarawe niebo z jedną, czerwoną smugą. Wschodziło słońce.
   Z racji tego, że spał około dwa dni, nie zamierzał leżeć dłużej. Wstał cicho - tak, żeby nie obudzić śpiącego kuzyna - i, kiedy wziął swoje ubrania, wyszedł z pokoju. Wiedział, że może czuć się tu jak u siebie. A nawet powinien, bo przecież innego domu na chwilę obecną nie ma. Mógłby wrócić do Forks, ale z drugiej strony byłoby to niebezpieczne. Poszedł do łazienki, przebrał się, wrócił do sypialni i odłożył ubrania, po czym zszedł na dół do kuchni. Słońce zaczynało przebijać się przez drzewa i wlewać się do domu, tworząc długie cienie na podłodze. Pomimo wszystko w pokoju nadal panował półmrok, ale to Remusowi nie przeszkadzało. Podszedł do lodówki i obejrzał jej zawartość. W końcu uznał, że zadowoli się płatkami czekoladowymi i kawą. Kiedy zjadł, wypił i - oczywiście - posprzątał po sobie, postanowił wyjść na dwór. Spojrzał na okno. Słońce już wyjrzało ponad las.
   Szybko ubrał ciepłą bluzę i buty. Kiedy wyszedł uderzyło w niego świeże powietrze. Odetchnął z ulgą. Poczuł się, jakby wszystkie jego problemy nagle zniknęły. Rozejrzał się. Na ulicy, gdzie mieszkała jego ciocia, było mało domów. Najbliższy znajdował się w odległości około kilometra i Remus ledwo go widział. Kiedy zagłębił się w las przysłoniła go poranna mgła. Zawsze lubił chodzić leśnymi dróżkami, lawirować między drzewami, skakać po gałęziach i śmiać się, kiedy ktoś przechodził, a on właśnie znajdował się na drzewie. Uśmiechnął się, kiedy zdał sobie sprawę jak podobna jest Evelyn do jego mamy. Też zamieszkała na obrzeżach miasta, też przy lesie. Wyglądem może nie przypominała Hope, ale charakterem już tak. Była pogodna, pomocna i uwielbiała przebywać ze swoją rodziną. Remus przypomniał sobie zawsze uśmiechniętą twarz matki. Pomimo, że jej oczy nie zawsze się uśmiechały, nie dawała po sobie poznać tego, że coś jest nie tak. Usłyszał jej głos, mówiący, że wszystko będzie dobrze, że poradzą sobie i, że on kiedyś "wyleczy się". Musiał oprzeć się o pień drzewa, bo inaczej przewróciłby się.
"- Będzie dobrze Remusie. Będzie dobrze - przytulając syna,
kiwała się na boki. - Poradzimy sobie - mówiła,
jakby chciała do tych słów przekonać samą siebie."

Jej głos zawsze wypełniała bezgraniczna miłość, ale Remus potrafił usłyszeć tam, także nutę smutku. Martwiła się. O pieniądze, o syna i o męża. O wszystko. A siebie zawsze zostawiała na koniec.
  Jego tata był inny. Zawsze przeświadczony o tym, że dadzą sobie radę, a Remus - nawet jeśli nie uda im się go wyleczyć - przyzwyczai się do życia Dziecka Księżyca. Miał rację. Oni sobie radzili, a jego syn powoli przyswajał sobie umiejętności wilkołaka. Poza tym, Lyall nie praktykował ślepej wiary w to, że młody Lupin wyleczy się. Wiedział, że to jest niewykonalne. Wilkołactwo to coś na kształt choroby. Tyle, że demonicznej. Tak samo zresztą, jak wampiryzm. Lyall Lupin był człowiekiem wesołym, ale jednocześnie mocno stąpającym po ziemi. Miał zacięcie przywódcze i był urodzonym organizatorem. Niektóre z tych cech Remus po nim odziedziczył.
   Gdyby nie fakt, że ziemia była mokra, usiadłby. Nie miało dla niego znaczenia to, że pomoczyłby spodnie, wiedział także, że nie przeziębi się. Ale pobrudziłyby się od trawy, a on nie chciał, żeby ciocia miała dodatkowe problemy. Nadal więc opierał się o drzewo.
   Wspomnienia zalewały jego głowę, a on nie potrafił ich opanować. Pierwszy raz czuł się bezradny wobec swoich uczuć. Zawsze potrafił je ukryć, zamaskować, zdusić. Teraz po prostu stał i patrzał w przestrzeń, niezdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu.
   Nagle usłyszał szelest. Odwrócił się w kierunku, z którego dobiegał dźwięk i zobaczył małą dziewczynkę. Miała blond włosy, sięgające do pasa, bladą cerę i dziwne, praktycznie czarne oczy. Ubrana była w białą sukienkę i kurtkę. Zastanawiał się, czy nie jest jej zimno.
- Bonjour! - Powiedziała słodkim głosem. Remus uśmiechnął się mimo woli.
- Bonjour.*
Zaczęła coś do niego mówić, ale Remus nie potrafił aż tak dobrze francuskiego. Uniósł rękę i powiedział:
- Je ne parle pas francais.**
Dziewczynka spojrzała na niego zdziwiona i przekrzywiła głowę.
- Je suis Britannique*** - uśmiechnął się.
- Potrafię mówić po angielsku - dziewczynka oddała uśmiech. Remus zdziwił się.
- Miło. Kim jesteś? - Zapytał i przykucnął, żeby zrównać się wzrostem z dzieckiem.
- Nazywam się Pauline Castain. Mieszkam niedaleko. A ty?
- Jestem Remus Lupin.
W tym momencie stało się coś dziwnego. Dziewczynka odsunęła się od Remusa, a jej oczy zrobiły się czarne. Nie tak jak dotychczas, teraz nawet białka były ciemne, Gdyby nie drzewo, zacząłby się cofać.
- A więc to ty! - Krzyknęła zupełnie innym, niskim i gardłowym głosem. - Wiedziałam, że to ty! On kazał mi cię znaleźć. Teraz ty też umrzesz!
Po jej twarzy, od skroni, rozciągała się teraz siatka ciemnych żył. Odrzuciła głowę do tyłu i rozpostarła ręce na boki. Po chwili uniosła się w powietrze.
To nie jest człowiek. To demon. 
A przysłał go Greyback. 
Kiedy uświadomił sobie to wszystko, przypomniała mu się jeszcze jdna rzecz, którą kiedyś usłyszał od Megan.
"-Uczyłam się walki - powiedziała spokojnie. - Mój instruktor zawsze wpajał mi dwa słowa "wykorzystaj wszystko". Każda rzecz może być bronią, a ty musisz wykorzystywać każdą okazję do zadania śmiertelnego ciosu. Lub obezwładniającego. Jak wolisz - wzruszyła ramionami" 
Rozejrzał się. Wiedział, że nie zabije demona zwykłym patykiem. Wstał i skoczył na gałąź, znajdującą się po jego prawej stronie. Odbił się, złapał innej gałęzi i kopnął demona najmocniej jak potrafił. Dziewczynka upadła na ziemię i jęknęła z bólu.
To nie jest człowiek. To nie jest dziecko. 
Warknęła, a ten warkot pozbawiony był jakichkolwiek ludzkich cech. Remus, który nigdy nie uczył się walki był przerażony. Dziewczynka skoczyła i ułamała bardzo gruby konar drzewa. Wyglądałoby to zabawnie, bo ona była mała, a gałąź dłuższa od niej, ale w obecnej sytuacji było to zatrważające. Remus poczuł przyspieszone bicie serca. Demon zamachnął się. Remus miał swoją szybkość i zwinność. Uskoczył więc i pomyślał, że lepiej byłoby zmienić się w wilka. Zrobił to.
   Kiedy wylądował na czterech łapach, zaśmiał się w duchu. Dziewczynka puściła gałąź i teraz stała przed nim. Rzuciła się na niego, ale on znowu odskoczył. Chciał zranić to stworzenie, ale nie udało mu się. Demon złapał go za głowę i rzucił nim w bok. Zabolało.
- Teraz wezwę mojego pana, a ty tu leż, psie - powiedziała.
Remus na początku to właśnie robił - leżał. Ale kiedy zauważył, że dziecku zaraz uda się porozumieć z Greybackiem, rzucił się na nie. Nie spodziewała się. Kiedy wgryzł się w jej kark, a krew demona rozlała mu się w ustach, ledwie powstrzymał odruch puszczenia jej. Krew demona była wstrętna i paliła mu podniebienie jak gorące i ostre jedzenie. Demon wydał z siebie dziwny dźwięk i Remus puścił go. Wtedy mała, jasnowłosa dziewczynka zniknęła.
   Remus przemienił się z powrotem w człowieka. Ledwie transformacja dobiegła końca, a on już klęczał na ziemi i wymiotował. Miał popalone podniebienie i skórę w miejscach, gdzie spadła krew demona. Klęczał jeszcze długi czas, a kiedy skończył wymiotować zawartością żołądka i żółcią, pozostały jeszcze nieprzyjemne skurcze żołądka. Następne kilka minut spędził na kolanach, wymiotując na sucho. Całe śniadanie znajdowało się teraz przed nim. Otarł usta wierzchem dłoni i wstał, zataczając się. Spojrzał na swoje ubranie. Nie było aż tak źle. Jego bluza miała tylko małe rozcięcie na początku rękawa. Nie było go widać, a w tym miejscu materiał był podłożony dwa razy, więc było w porządku. Spodnie miał czyste, pomimo długiego klęczenia na ziemi. Otrzepał się z piasku i skierował w stronę domu cioci.
***
   Kiedy wszedł do domu, mały Louis siedział na blacie w kuchni.
- Cześć Remus! - Powiedział, po czym zeskoczył i przytulił kuzyna. - Gdzie byłeś?
- W lesie - odpowiedział wymijająco. Poniekąd to była prawda.
- Jadłeś śniadanie? - Zapytał, wracając do kuchni.
- Tak, ale znowu coś zjem, Zrobiłem się głodny - Remus poszedł za nim.
Zrobił sobie kanapki i podgrzał parówki w mikrofalówce. Louis zalał herbatę. usiedli przy stole.
- Mama powiedziała nam, co się stało. To jest... - oczy mu się zaszkliły. - Okropne. Nie mogę uwierzyć.
- Nie tylko ty - mruknął.
Louis spojrzał na niego smutnym wzrokiem.
- Ale zostaniesz u nas i będzie fajnie! - Ucieszył się.
Remus nie mógł się nie zaśmiać.
- Oczywiście.
   Po niedługim czasie dom zaczął odżywać. Wszyscy powoli się budzili i przychodzili do kuchni, żeby zjeść śniadanie. Kiedy przyszła Danielle (która wstała ostatnia), Evelyn powiedziała, że musi iść do pracy. Pracowała na dwa etaty - jeden w Ministerstwie Magii, a drugi w mugolskiej kawiarni. Zarabiała dość dużo, więc nie musiała martwić się o pieniądze, jak to robiła jej siostra.
- Remus - powiedział Mark. - Zostawmy dom pod opieką Danielle i chodźmy do miasta. Moja sistra jest na tyle dorosła, że sobie poradzi. - Uśmiechnął się.
Remus dobrze wiedział, że Mark tak nie uważa, bo często wytykał siostrze, jak bardzo dziecinna jest. Ale w obecnej sytuacji idealnie władał frazesami, przyprawiając Danielle o rumieńce.
- No nie wiem. Na pewno sobie poradzisz? - Zapytał Remus. Tani trik "nie dasz sobie rady!".
- Oczywiście! Przecież nie ma nic trudnego w zajmowaniu się domem. Tylko uważajcie na siebie - Powiedziała.
Chłopcy uśmiechnęli się i wyszli z domu. Remus czuł się lepiej, kiedy miał obok siebie Marka. Było mu raźniej.
***
   Wsiedli do autobusu i pojechali do centrum miasta. Błądzili po ulicach Reims, aż w końcu uznali, że są głodni.
- No, to mamy dwie opcje - powiedział jego kuzyn. - Może jestem tylko czarodziejem, ale znam to miasto bardzo dobrze. Możemy iść do zwykłej restauracji, ale możemy pójść także do Blood Moon. To bar nadnaturalnych.
Remus spojrzał na niego. Nie wiedział, że istnieją takie miejsca, gdzie przebywają tylko nadnaturalni.
- Nie wiem. Nie znam się - powiedział.
- No, to chodźmy zjeść coś do zwykłej restauracji, a potem pójdziemy do baru. Co o tym sądzisz?
Remus zamyślił się.
- Wpuszczą nas? Mamy dopiero czternaście...
Mark przerwał mu śmiechem.
- Wystarczy, że nie jesteś człowiekiem i wyglądasz dość dorosło.
Spojrzeli po sobie u uśmiechnęli się w ten dziwny sposób, w jaki uśmiechają się do siebie przyjaciele, kiedy uda im się zrobić coś niesamowitego.
- Wpuszczą  - powiedzieli równocześnie.
***
   Szli jakąś starą i wąską uliczką. Mark ciągle mówił i opowiadał różne historie. Teraz snuł opowieść o tym, jak to pierwszy raz znalazł się w Blood Moon. Remus dowiedział się, że jego kuzyn wcale nie jest taki święty, za jakiego go uważał. Okazało się, że kilka miesięcy temu wdał się w bójkę z bandą białych demonów (ludzi zmienionych w demony, które nie były takie, jak dziewczynka, którą widział, tylko były czymś jak wilkołaki, wampiry czy inne rasy) i, kiedy udało mu się powalić ich na ziemię (było ich tylko trzech), zaczął uciekać. Wybierał stare uliczki i często zakręcał. Wtedy dotarł w to miejsce, w którym aktualnie się znajdowali.  Był to jakby ślepy zaułek. Wylot wąskiej uliczki na mały placyk. Mur odgradzał go z każdej strony. Po środku była mała fontanna, naokoło drzewa. Kilka metrów przed nimi były duże drzwi, a nam drzwiami krwistoczerwony, jakby świecący napis "Blood Moon".
-
Ten napis to wspólna robota czarwonika i czarodzieja - powiedział Mark. Remus zdziwił się.
- To to są dwie rasy? - Zapytał.
Kuzyn spojrzał na niego jak na idiotę.
- Oczywiście - powiedział, podchodząc do rogu uliczki.
Wynurzył się stamtąd wysoki mężczyzna z białymi włosami i jasnymi oczami. Miał idealnie białe zęby.
- Rasy? - Zapytał uprzejmym głosem.
- Wilkołako-czarodziej i czarodziej - Mark zaśmiał się.
Anioł spojrzał na Remusa i uśmiechnął się. Remus zrobił to samo.
- Idźcie - mężczyzna kiwnął głową.
Przeszli przez placyk.
- Witaj w typowym, nadnaturalnym świecie - powiedział Mark, otwierając drzwi.
   Wnętrze było ciemne. Środek pomieszczenia przecinał czerwony dywan, prowadzący do baru, a po lewej i prawej porozstawiane były stoliki, odgrodzone szarymi parawanami. Ściany i podłoga były czarne. Remus zauważył, że w głębi są schody, ale odgrodzone były bramką.
- Tam na górze jest sala taneczna. Ale o tej porze jest zamknięta. Nie radzę przychodzić tutaj na imprezy. Dzieją się dziwne rzeczy - Remus nie pytał, skąd czternastolatek wie, co dzieje się na imprezach. Raczej w ich wieku nie chodzi się do klubów.
   Usiedli przy jednym z wolnych stolików. Kiedy podeszła do nich kelnerka, Remus zauważył, że ma ona całe niebieskie oczy. Całe. Bez białek, czy źrenic. Zamówili kawę.
- To była fearie.**** Pomieszanie elfa z wróżką. Często mylą ich z elfami. Nie lubią tego.
Remus kiwnął głową.
- Facet, który nas tu wpuścił...
- Był aniołem. To wiem. Aż taki głupi nie jestem. - Remus przerwał kuzynowi, który uśmiechnął się pobłażliwie.
Kiedy kelnerka przyniosła im kawy, Mark zaczął wymieniać wszystkie rasy, jakich przedstawiciele znajdowali się w klubie.
- Tamten gościu - wskazał na mężczyznę, który rozmawiał z kelnerką. - Jest właśnie czarownikiem.
Remus wytrzeszczył oczy.
- Skąd wiesz?
- Przypatrz się. Jak znowu wysunie język... - wtedy czarownik to zrobił. I Remus nie zobaczył zwykłego, ludzkiego języka, tylko... Taki, jak u węża.
- Mają cechy zwierząt.****
Nastąpiła chwila ciszy, podczas której każdy z chłopców wziął kilka łyków swojej kawy.
- Tam - wskazał podbródkiem na grupę wytatuowanych nastolatków. - Siedzą nefilim. Nocni Łowcy.**** To rasa pół aniołów, pół ludzi. Stworzył ich Razjel. Żeby bronili ludzi i innych nadnaturalnych. Poza nimi jest wiele organizacji, które to robią. Czasem współpracują. Ale raczej na nich uważaj. Myślą, że są lepsi. - Mark wzruszył ramionami.
Jeden z Nocnych Łowców spojrzał na kogoś. Jakąś dziewczynę siedzącą przy stoliku. Mruknął coś do kolegi i razem patrzeli na nią przez chwilę, z wyraźną dezaprobatą na twarzy.
- A ta dziewczyna? - Wskazał na nią.
- To sukkub. Różnie o nich mówią. Jeśli wpiszesz to w wyszukiwarkę, wyskoczy ci kobieta, która uwodzi mężczyzn i karmi się ich snami. Ale to brednie. Tak samo jak to, że wampiry nie mogą wejść do domu bez zaproszenia, że są 'uczulone' na czosnek, że wilkołaki nie potrafią zmieniać się w wilki... Sukkuby to istoty ciemności. Żywią się krwią, albo snami. Jak sobie tam chcą. Potrafią się materializować. To coś jak białe demony. Tylko trochę inne. Mają kilka cech wampirów, na przykład słońce im szkodzi. A. No i sukkuby to kobiety. Inkuby to mężczyźni. Białe demony tak jak obdarzeńcy, mają miliony odgałęzień.
- Obda...
- Potem. - Mark machnął ręką. - Oni - wskazał znowu na nefilim. - Patrzą tak na nią, bo jest demonem. Białym, ale jednak. A oni głównie zabijają demony.
- Ale te złe! Czarne! A oni...
- Tak, ale już ci mówiłem, że Nocni Łowcy są dziwni.
Remus uśmiechnął się.
- Skąd tyle o tym wiesz?
- Jak się tu przychodzi, to się wie. Ludzi rozmawiają.
- Ludzie, jak ludzie - mruknął Remus.
Mark się zaśmiał.
   Wtedy ktoś wszedł do baru. Dwie osoby. Byli ubrani w płaszcze, każdy miał czerwoną chustę przewiązaną w pasie. Mieli broń. Remus widział noże przypięte do pasa, pistolety, krótki miecz... Mieli też coś na obu przedramionach. Z jednej strony było pokryte metalem, a z drugiej był mechanizm. I ten symbol na pasku. Trójkąt ze skrzydełkami... Remus skądś go znał.
- Kto to? - Mruknął, bo w sali zapanowała cisza.
- Asasyni. Zabójcy. Podobnie jak Nocni Łowcy, bronią ludzi.
Nagle przed oczami Remusa zrobiło się ciemno. Opadł na oparcie. W głowie usłyszał donośny głos.
-Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone. 
***
   Otworzył oczy. Oślepiło go słońce i biel. Wszędzie było biało. Zerwał się. Kołdra opadła na podłogę. Zabolała go głowa. Rozejrzał się.
- Nie... - mruknął. Usłyszał kroki.
- Remus! Obudziłeś się! Spałeś prawie trzy tygodnie, kochany! - Przed nim stałą kobieta. Pielęgniarka. Pani Pomfrey.
- To... Oni... ŻYJĄ?! - Krzyknął.
- Kto...
- Moi rodzice.
Pielęgniarka spojrzała na Remusa i dotknęła jego głowy.
- Oczywiście. Musiałeś mieć koszmary. Zatrułeś się czymś. To dlatego tak spałeś.
Remus opadł na łóżko. Leżał w poprzek.
To wszystko było snem. Dopiero teraz obudził się po pełni.






Dzień dobry!
A jeszcze zanim.
*- Dzień dobry
**- Nie mówię po francusku.
***- Jestem brytyjczykiem (nie wiem czy to jest poprawnie, bo z tłumacza XD)
****- TAK, CZYTAŁAM, UWIELBIAM, KOCHAM, JESTEM NOCNYM ŁOWCĄ, FANKĄ MAGNUSA I ALECA.
O.
I jak?
Miło, nie? XD
No. Teraz będzie fajnie, jeśli chodzi o Remusa. Lepiej.
Taka dramaturgia się przydała. :3
Co myślicie?
;)
Lunaris

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Eh. Nie wyszło.

Chciałam wstawić ten kolejny rozdział (jak zawsze - nie pamiętam numeru) do 3. Żeby było szybko, ładnie i sprawnie. Ale się nie wyrobiłam. Rozdziału dzisiaj nie dokończę. Napiszę go jutro i wam oddam. Postaram się jak najszybciej; mam nadzieję, że nie będzie jakichś niespodzianek typu "-Jedziemy do babci!", tudzież "-Idziemy na spacer!", albo "-Jedziemy do Bydgoszczy!". Moi rodzice uwielbiają takie prezenty mi robić. Po prostu kochają ;-;
Więc, wybaczcie, że zawaliłam, no ale... Nie mam wytłumaczenia. Nic poza brakiem weny.
Wstawię jutro.
Obiecuję.
Przysięgam na Anioła Razjela, na Merlina i na Zakon.
A to są mocne przysięgi.
: 3 (ta spacja musi być, bo wtedy jak jej nie ma, to tu się robią jakieś dziwne rzeczy O.o)
Do jutra, soł. ;)

Lunaris

środa, 24 grudnia 2014

Święta!

Lumos!
Witam drodzy podglądacze!
Jak wam mija wolny czas?
Mi średnio, bo trzeba posprzątać pół domu (drugie pół sprząta tata) i pomóc mamie w robieniu jedzonka. Jeszcze dzisiaj kończymy. ;-;
Ale dobra. Nie piszę tego po to, żeby was poinformować o tym, co robię w domu, tylko, żeby złożyć życzenia.
Jednak zanim, to... Chcę wam powiedzieć, że dzisiaj postaram się nadrobić zaległości na waszych blogach ;) Niesamowite, nie?
Dobra. Życzenia.
Więc. Życzę wam:
1. Dobrych wyników na sumach i owutemach.
2. Opanowania zaklęć, których nie potraficie.
3. Braku szlabanów w nowym roku.
4. Abyście dostali nową, piękną miotłę (chyba, że nie lubicie latać, albo już taką macie, wtedy... Na przykład samoczarującą różdżkę)
6. Darmowego talonu na cały asortyment Miodowego Królestwa.
5. Tego, co najważniejsze... LITRÓW KREMOWEGO PIWA!!
:3
Ale dobra. Na poważnie. Żeby spełniły się wasze marzenia (te realne, a nie odnośnie książek!), żebyście osiągnęli wszystkie wyznaczone przez siebie cele, żebyście znaleźli miłość i przyjaźń (chyba, że już je macie. Wtedy życzę, żeby nie zniknęły), życzę zdrowia, spokoju, szczęścia i dobrych ocen ;3
I magii. Magia jest ważna.
I dużo, dużo, dużodużodużo książek!
:)
Miłych świąt, czarodzieje!!
*wyciąga różdżkę*
Avifoures!
Orchidoues!
Relashio!
Żegnam!
;3

Lunaris

niedziela, 21 grudnia 2014

Rozdział 24.

Na początku, zanim oddam wam w stu procentach rozdział, chcę przeprosić za kompletny brak aktywności na waszych blogach. Cóż, jakoś nie mam weny na czytanie.
Nawet pewien blog yaoi o Remusie odstawiłam na chwilę i chyba mam do tyłu z dwie notki! :o Jak nie ja, dosłownie >.<
Nie wstawione wczoraj, z powodu braku laptopa.
Dobra. Czytajta i komentujta ;D 

_____________________________________________________________________________________________________

   Zerwał się z łóżka od razu po przebudzeniu. Nie zabolała go głowa, ale zakręciło mu się w głowie. Echem odbijały się słowa pies, szczeniak, kłamca, morderca. Nic się nie łączyło. Wszystko było jakby wyrwane z kontekstu. Najpierw atak na Severusa, potem atak na niego samego. Najpierw ucieczka od ludzi, potem ucieczka od Greybacka. Najpierw skrzaty, potem przyjaciele, a na końcu ci dwaj. Tylko, dlaczego tyle tego stało się w... Dwa dni? Nawet nie był pewien. 
   Poszedł do łazienki i już miał wejść do wanny, kiedy usłyszał jakiś hałas. jakby coś mocno uderzyło w szybę. Westchnął, ubrał się z powrotem i wyszedł. Za szybą była sowa. Zawieszona w powietrzu, czekała, aż ktoś łaskawie otworzy jej okno, żeby mogła wlecieć do środka i wykonać swoje zadanie. Spełnił, więc jej żądanie. Od razu usiadła na jego ramieniu. Do nóżki miała przyczepiony list. Odwinął go i zaczął czytać. Niewiele było tego czytania. Cztery słowa i podpis. 
"Przyjdź do mojego gabinetu. 
Albus Dumbledore"
Wzdrygnął się. Sowa jakiś czas temu wyleciała z pokoju, ale nie zwrócił na to uwagi. Wziął czekoladę ze swojej szafki nocnej i zaczął jeść ją w zwykły dla siebie sposób, czyli jak batonika. Wyszedł z sypialni i skierował się do gabinetu dyrektora.
   Dziwił się, bo na korytarzach nikogo nie było. Szkoła była opustoszała. Przeszło mu przez myśl, że to może dlatego, że jest śniadanie, ale zaraz wykluczył tą opcję. Było za późno. Kolejnym pomysłem było Hogsmeade, ale je też wykluczył, bo gdyby nawet dzisiaj było wyjście do tegoż miasteczka, to po pierwsze wiedziałby, a po drugie zostaliby uczniowie pierwszych i drugich klas. Na błoniach też nikogo nie zauważył, a zerkał kilka razy przez mijane okna. Padało. Pierwszy raz od kilku dni pogoda była brzydka.
   Zwinął pusty papierek po czekoladzie i rzucił do śmietnika stojącego w rogu korytarza. Trafił. Uśmiech przemknął mu przez twarz, ale został zgaszony przez to, co zobaczył. Na ścianie między jednym oknem, a drugim był napis:
Remus Lupin- 
Pies, kłamca, morderca i dziwka. 
Ustał przed napisem z szeroko otwartymi oczami i tak samo otwartym ustami. Jak ktokolwiek się dowiedział o zabójstwie? Skąd ktokolwiek wie o Fenrirze (bo stąd wywnioskował ostatnie słowo)?
- Idealnie oddaje ciebie, co nie? - Usłyszał głos kogoś, kto nie powinien się odzywać. Snape. Nawet się nie odwrócił.
- Kto to napisał? - Zapytał.
- Zależy. Ogólnie pomysł wyszedł od Lucjusza, realizacją zająłem się ja. Swoje trzy grosze dodali twoi przyjaciele - podkreślił ostatnie słowo. - Pies jest od Syriusza. Kłamca od Jamesa i Petera, morderca od Bellatrix, a dziwka od Lu. Swoją drogą... Nie mogę w to uwierzyć. Przecież Greyback jest obleśny. Jesteś... Na prawdę nienormalny. - Ślizgon podszedł do niego i położył mu rękę na ramieniu. - Ale cóż. Oto cały ty - wskazał na napis. - Najlepsze jest to, że tylko ten, kto to zrobił, czytaj ja, może to stąd zdjąć! - Klasnął w dłonie i z uśmiechem odszedł w swoją stronę.
- Snape! - Remus krzyknął za nim, ale ten już gdzieś zniknął. Westchnął i rzucił ostatnie spojrzenie na ścianę. Poszedł dalej korytarzem ze spuszczoną głową.
***
   Gabinet Albusa Dumbledore'a zawsze kojarzył mu się z azylem, bezpiecznym miejscem. Tym razem jednak, czuł się tutaj jak nieproszony gość. Kiedy siedział na fotelu przed biurkiem czuł na sobie spojrzenia portretów byłych dyrektorów i słyszał ich szepty. Jego serce biło bardzo szybko, nie mógł dobrze oddychać. Bał się słów profesora, siedzącego przed nim.
- To, co zrobiłeś w ostatnich dniach jest niewyobrażalne. Nie wiem, dlaczego tak się stało i nie wiem, jak mam przemówić ci do rozsądku. Czy to jest w ogóle wykonalne? Czy da się ci pomóc? Myślałem, że potrafisz nad sobą panować i zaufałem ci, pozwoliłem uczyć się w tej szkole. Każdy ma przecież prawo do nauki, do realizowania swoich marzeń. Ale dlaczego zawiodłeś? Myślałeś, że się nie dowiem? Że nie będę świadomy tego, co zrobiłeś? Myślałeś, że jesteś bezkarny?
Remus chyba wolałby, żeby dyrektor krzyczał. Mówił to wszystko tak spokojnym głosem... Ale dało się wyczuć gorycz, smutek i złość. Tylko, że lepiej byłoby, gdyby krzyczał.
- Nie wiem... Nie będę decydować, chociaż chciałbym. Jeszcze dzisiaj przybędzie tutaj pani minister Bagnold razem z kilkoma aurorami. Nie wiem, jaki będzie jej wyrok, ale na pewno nie będziesz się tutaj uczyć. Możesz iść się spakować.
Remus wstał z okropnym uczuciem w brzuchu. Coś jakby ból, ale to nie było to samo. To było gorsze.
- Ah. Jeszcze coś. Proszę - dyrektor podał Remusowi... Gazetę?
- Proszę pana, po co mi...
Spojrzał na otwartą stronę.
"Greyback znowu zaatakował!
Wszędzie jest głośno o kolejnym zabójstwie najniebezpieczniejszego wilkołaka - Fenrira Greybacka. 
Z tego, co udało się ustalić biegłym, wilkołak przybył z powrotem do Forks. Był sam.
"Uważamy, że miał ustalony cel." - Mówi Richard Payne, biegły śledczy auror. -
"Nie zjawił się tutaj od tak. Miał wszystko zaplanowane. Nie znamy jeszcze jego motywu, ale wiemy, że to było dopracowane zabójstwo, kompletnie nie w jego stylu. Jednak jesteśmy pewni jego winy.
Wygląda na to, że Greyback bawi się z nami. Zabija i robi to tak, żeby wszyscy wiedzieli. Nie chowa się, nie stara się zrobić tego po cichu."
 Biegły opowiadał nam o sposobie zabijania, jaki stosuje Greyback. 
Jak się okazało wilkołak zostawił ślad po sobie.
Jawny przekaz na ścianie domu zmarłych -
"Mówiłem, że pożałujesz, szczeniaczku"
Ofiarami Greybacka tym razem padło małżeństwo - Lyall i Hope Lupin. 
Ich syn uczy się w Hogwarcie. 
Mamy pewne podejrzenia co do motywu zabójstwa. 
Wiemy, że młody Lupin jest wilkołakiem, a po słowach napisanych przez Greybacka można się domyślić, że to on go przemienił. 
Co więc zrobił Lupin, że przypłacił to śmiercią rodziców?
Jak na razie pozostają nam tylko domysły." 
- Nie... - mruknął.
- Cóż. Przykro mi - powiedział Dumbledore.
Remus wypuścił gazetę z rąk i wybiegł z gabinetu. Biegł przez szkołę jak oszalały.
- Wytrzymam wyzwiska, wytrzymam to, co on mi robi... ALE DLACZEGO ONI?! JAK MOGŁEŚ GREYBACK?!! - Krzyczał. Po jakimś czasie upadł na ziemię. Łzy mieszały się z krwią. bo w szale przeciął sobie skórę paznokciami. Nawet nie wiedział, że się zmienia. Już jako wilk pobiegł do Zakazanego Lasu.
***
   Wychodząc z lasu musiał bardzo uważać, bo kiedy biegał w ciele wilka, złamał sobie łapę. Teraz jego prawa noga była zrośnięta, ale krzywo. Nie bolała go zbytnio, jedynie bał się bólu jaki będzie musiał sobie zadać, żeby ponownie ją złamać i nastawić. Nie wiedział nawet czy mu się to uda, ale był przeświadczony, że musi zrobić to sam, bo pielęgniarka mu nie pomoże. Czuł, że - tak jak wszyscy - znienawidziła go. Szedł powoli do Pokoju Wspólnego gryfonów. Łzy nadal spływały mu po policzkach. Kiedy spojrzał w szybę i zobaczył w niej swoje odbicie, aż się wzdrygnął. Miał potargane włosy, brudne ubranie. Twarz też miał brudną od kurzu, a trochę czystsza była jedynie w miejscach, gdzie spływały łzy. Z cichym sapnięciem oparł się o ścianę. Bolał go kręgosłup. Nie wspominając o nodze, która zaczęła dawać o sobie znać.
***
   Nie za bardzo wiedział, jak wszedł po tylu schodach i jak znalazł się pod portretem. Ale udało mu się to i nareszcie wszedł po Pokoju. Zastał tam Ericka, Damiena, Dorcas i Megan. Siedzieli przy stoliku.
- Cze Remmy - powiedział Damien.
Remus spojrzał na niego dziwnie. Czyżby... Oni go lubili?
- C-co tu robicie? - Zapytał.
- Gramy w karty - powiedziała Dorcas. Wtedy zauważył, że każdy z nich trzyma w ręku po kilka kart.
- Dlaczego ostatnio chodzisz sam? Nie rozumiem, co się stało? - Zapytała Megan.
- Nie wiecie?
- O czym? - Erick spojrzał na niego.
Nie wiedzą. 
- O niczym. Nieważne.
Przyjaciele parsknęli śmiechem.
- Dobra. A teraz powiedz... Dlaczego wyglądasz jak siedem nieszczęść? - Zapytała Megan.
- Bo... Bo byłem w Zakazanym Lesie i jakoś tak wyszło.
- Idź się ogarnij i pograj z nami.
- Nie chcę.
Spojrzeli na niego.
- Dlaczego? - Zapytał Damien.
- Nie mam ochoty. Megan? Chodź ze mną - machnął na nią ręką.
Weszli do sypialni Huncwotów.
- Złam mi prawą nogę.
Spojrzała na niego głupio.
- Słucham?
- Złam mi prawą nogę - powtórzył. - Kiedy byłem w Lesie złamałem sobie łapę. Jako wilk. A ona się zrosła, tyle, że krzywo. Złam mi prawą nogę.
Położył się na swoim łóżku, a Megan ustała nad nim. Wzruszyła ramionami.
- Sam chciałeś. Pamiętaj.
I złamała mu prawą nogę. Bolało i Remus nie wiedział jak udało mu się nie krzyczeć. Potem Megan wyszła, a on usztywnił sobie złamanie i pokuśtykał wziąć prysznic. Potem wyszedł i położył się z powrotem. Czuł, że noga już prawie się zrosła.
   Kiedy leżał, różdżką przywołał do siebie książkę i zaczął ją czytać. Teraz był już  prawie w połowie. Zastanawiał się, gdzie są James, Syriusz i Peter. I ogólnie cała reszta uczniów. Potem, między jednym słowem, a drugim, zasnął.
***
   Obudziło go natarczywe pukanie do drzwi. Uświadomił sobie, że zamknął je zaklęciem, kiedy Megan wyszła. Teraz tylko zastanawiał się, po co to zrobił.
- Otwieraj, Lupin! - Usłyszał krzyk Damiena.
Niechętnie wziął do ręki różdżkę i cichym alochomora otworzył drzwi. Damien i jego najlepszy, nieodzowny przyjaciel Erick weszli do środka.
- Jesteście czarodziejami, mogliście użyć zaklęcia - przetarł twarz dłonią. Pomimo snu, nadal był zmęczony. I ciągle miał to dziwne uczucie w brzuchu.
Erick westchnął teatralnie.
- Ktoś cię szuka. Jacyś dwaj mężczyźni.
Remus zerwał się. Usunął zaklęciem usztywnienie nogi i wstał.
- Gdzie są?
- Wyszli. Nie rozmawiali z nami, ale słyszeliśmy ich z naszego pokoju. - Powiedział Dam.
- Dzięki chłopaki, dziękuję! - Wziął swoją szarą bluzę, zarzucił ją na siebie i już chciał wybiec z pokoju, kiedy Erick złapał go za kaptur.
- Idziesz ich szukać? Czy przed nimi uciekać?
Nie chciał go okłamywać, ale równocześnie nie chciał, żeby wiedzieli.
- Szukać ich, oczywiście - skłamał. Idealnie, bez śladu zastanowienia. Potrafił kłamać.
- Okej. To idź - Damien pociągnął swojego przyjaciela do ich pokoju i zniknął z nim za drzwiami.
Remus stał przez chwilę sam na szkarłatnym korytarzu, ale po chwili wybiegł. Chciał zlokalizować niebezpieczne obiekty.
   Wypadł na korytarz i prawie się przewrócił. Jednak szybko odzyskał równowagę i ze swoją wilczą szybkością biegł dalej. W pewnym momencie usłyszał śmiech.
- Dzieciaki jednak mają pomysły! - Męski głos.
- Dobrze mu tak. - Następny.
Wiedział. Patrzeli na ten chwalebny napis na ścianie. Wycofał się i z zamiarem powrotu do Pokoju Wspólnego. Tyle, że nagle ktoś wyszedł zza zakrętu i wpadł na tego kogoś i przewrócił się z nim. Okazało się, że to profesor Nickmann.
- Remusie! - Powiedział, pomagając mu wstać z podłogi.
- Profesorze, ja... - Zaczął.
- Uciekaj stąd. Uciekaj z tej szkoły. Uciekaj z tego państwa... Uciekaj jak najdalej. Teraz! - Ponaglił go. - Ja cię tu nie widziałem.
Więc Remus uciekł.
Spakował się i zmniejszył wielkość swoich toreb, po czym założył luźne spodnie i także luźną koszulę, schował wszystko do kieszeni i wyskoczył przez okno, trafiając do sterty liści. Wtedy zmienił się w wilka i biegł.
***
   Udało mu się trafić na pusty, czarodziejski dom, więc skorzystał z okazji. Wszedł do środka i podszedł do kominka.
- Ille de la Cité - powiedział, kiedy stanął w środku kominka i rzucił proszkiem fiuu.
Wypadł w domu swojej cioci.
   Był to dość duży dom w mało zaludnionej części Reims, we francji. Obrzeża miasta. Domek miał parter i jedno piętro. Na parterze znajdowała się kuchnia, salon, łazienka, jadalnia i biblioteka, a na piętrze były cztery sypialnie, każda z osobną łazienką. Cztery - dla Evelyn, Danielle, Mark'a i Louisa. Jego citki i kuzynów. Mąż Evelyn umarł.
- Remus! Co ty tutaj robisz? - Zapytała ciocia, kiedy weszła do pokoju.
- Ja... - Na początku nie wiedział, co powiedzieć, ale potem padł w objęcia ciotki i zaczął snuć historię o tym, co się ostatnio wydarzyło. Opowiedział wszystko. Evelyn wiedziała, że jej siostrzeniec jest wilkołakiem.
***
   Siedzieli na brązowej sofie, przed kominkiem. Nad nim wisiał telewizor. Obok kominka stały głośniki i kilka kwiatów. Przed sofą był stolik do kawy. Ściany w tym pokoju miały kolor beżowy. Po lewej stronie sofy był łuk do jadalni, na lewo od niego kolejny - do kuchni. Po prawej stronie sofy były drzwi wejściowe z położonym przed nimi, pięknym, czerwonym dywanem. Obok drzwi, na prostopadłej ścianie było wejście do łazienki. W głębi domu kolejne drzwi do biblioteki i schody prowadzące na piętro. Domek był bardzo przytulny i Remus lubił w nim przebywać.
- Więc Danielle i Mark poszli do miasta, a Louis jest na dworze. Mają teraz wolne od szkoły - ciocia Remusa wzruszyła ramionami.
- Razem? Barwa dla nich.
Danielle miała jedenaście lat, Louis był dziewięciolatkiem, zaś Mark był w wieku Remusa. Bardzo lubił swoich kuzynów. Może dlatego, ze poza rodzicami byli jego jedyną rodziną, a teraz... Jedyną jaka mu pozostała. Lekki uśmiech przeszedł mu przez twarz, kiedy zdał sobie sprawę jak podobni są jego kuzyni i ich matka. Evelyn miała długie, czarne włosy i niebieskie oczy. Wydatne kości policzkowe i duże usta. Cerę miała jasną. Danielle wyglądała prawie jak matka. Miała tylko szare oczy. Mark miał czarne włosy, niebieskie oczy, taką samą jak mama i siostra cerę. Był wysoki. Po tacie. Louis... Tak samo. Wyglądali identycznie, z jedynie drobnymi różnicami.
   Mimo wszystkich złych rzeczy, czuł się teraz lepiej. Evelyn powiedziała mu, że będzie spał z Markiem w jego pokoju. Dała mu leki nasenne i uspokajające i kazała się położyć. Spełnił jej prośbę.






O.
Wszystko mnie boli!
Napisałam to przez trzy godziny (około)
Ja nie wiem. Zawsze tak długo zajmuje mi pisanie. :'(
Tragedia.
Dobra.
Mam nadzieję, że się podobało.
;3
Do napisania!
Lunaris
Ps. Rozdział jaki? NIESPRAWDZONY! :D ;3
Pps. Co do kolejnej notki z rozdziałem odsyłam do kolumny bocznej ;)

środa, 10 grudnia 2014

Rozdział 23.

Brawa dla mnie proszę!
I komentarze też mile widziane 
;)
Soł. Zanim zaczniecie czytać, chcę coś jeszcze powiedzieć (napisać?). Więc po pierwsze. Bardzo się cieszę, że mogę znowu pisać. I, że dam wam kolejną część tej historii, która teraz jest w dość... Hmm... Ciekawym punkcie. I nie wiem, czy myśleliście o tym rozdziale, czy zastanawialiście się, czy nie mogliście się doczekać, czy umieraliście ze zgryzoty, czy też było wam to kompletnie obojętne i zapomnieliście. Nie ważne. Ważne, że ja napiszę to i wstawię. Bo już sama źle się czuję z tym, że nie dodałam nic przez tak długi okres czasu. I teraz -  po tak długim odpoczynku i tak dużej odmienności od pisania w tym, co robiłam przez ten czas - z nowymi pomysłami, z chęciami i (jak na razie) weną powracam do tegoż opowiadanka. Powracam do Remmy'ego i do reszty. Do was. Mam nadzieję, że się cieszycie.
Soł. Macie.
AH! STOP! NIE, JESZCZE NIE CZYTAJCIE!
W tej notce... Pojawią się wulgaryzmy i wymowna scena z Remusem i Greybackiem. Wybaczcie mi.
Teraz możecie już czytać.
_________________________________________________________________________________


   - Kto pozwolił ci się odzywać psie?! Nie patrz na mnie, bo zarażę się twoją chorobą - powiedział z odrazą. Remus spojrzał na niego zdziwiony. Jego wilk tak się przestraszył i zdenerwował, że zaczął się wyrywać. A Remus był w zbyt wielkim szoku, by go powstrzymać.
Patrzał na Severusa Snape'a. Widział tylko jego. Jego chudą twarz, Jego tłuste włosy. Jego przepełnione satysfakcją oczy. Wiedział. Wiedział, że on czytał o wilkołakach. Wiedział, że Snape zdaje sobie sprawę z tego co zrobił. Że chciał to zrobić.  I wszystko inne znikło. Nie zauważał ani przyjaciół, którzy patrzeli na niego, niczego nie rozumiejąc, ani innych ludzi, którzy też na nich spoglądali i zastanawiali się co będzie dalej, ani Irytka, który przyleciał tutaj, zwabiony hałasem. Skupił się w stu procentach na ślizgonie. Wilk przejął kontrolę.
   Uczucie towarzyszące świadomej (mniej więcej świadomej) przemianie, było miłe. Kiedy jego kości zmieniały kształt i miejsce, nie bolało. Nie tak jak podczas pełni. To było coś innego. Coś, czego chciał. Poniekąd.
   Przemienił się. I wiedział, co robi. Złość przejęła nad nim kontrolę. I chociaż gdzieś tam, w środku, z tyłu  głowy, był ten Remus, który nie chciał tego. Ale kto by się przejmował takim małym i wkurzającym człowieczkiem, jakim w tym momencie była ta część jego umysłu? Warknął na Snape'a i podszedł do niego powoli. Na jego twarzy satysfakcja mieszała się ze strachem. Rzucił się na niego. Kiedy opadli na podłogę Remus uświadomił sobie, jak Snape jest słaby i kruchy. Ale w tym momencie jakoś się tym nie przejął. Warknął po raz kolejny.
- Skąd wiesz?! Jak się dowiedziałeś?! Nikomu nie miałem mówić! Nikt nie miał się dowiedzieć! - Ślizgon oczywiście nie rozumiał tego, co Remus mówił. On słyszał jedynie szczekanie, warczenie i wycie. Ale, po co miał rozumieć? Nie było to potrzebne.
   Wtedy poczuł nagły ból w plecach. Gdzieś w okolicy karku. Zeskoczył z Severusa z głośnym jękiem. gdy się odwrócił, zobaczył Jamesa i Syriusza trzymających łańcuch. Z drugiej strony był wnyk. Bolało go, ale na szczęście pułapka nie była srebrna. Zastanawiał się tylko, gdzie jest Peter.
   Znalazł go. Przed sobą. Z uniesioną różdżką. Zobaczył błysk czerwonego światła i padł na bok.
   Potem pamiętał już tylko ciemność.
***
   Obudził się w swojej sypialni. Bez żadnych ran, czy jakiegokolwiek śladu po tym, co się stało. Przynajmniej żadnego fizycznego śladu. Psychiczny był. Dość znaczny. Usiadł na skraju łóżka i przetarł twarz dłonią. 
A może to wszystko mi się tylko śniło? 
Nie mógł dociec, czy to, co się zdarzyło było snem, czy tylko część z tego to wytwór jego wyobraźni, czy też wszystko zdarzyło się naprawdę. Wstał i przebrał się. Była sobota. Nie mieli lekcji. Chciał pójść do biblioteki. To zawsze jest dobry pomysł. Na wszystko. Wyszedł więc. Kiedy był w Pokoju Wspólnym zrozumiał, że żadne z tych wydarzeń nie było snem.
Ludzie patrzeli.
Ludzie szeptali.
Ludzie schodzili z drogi.
On szedł ze spuszczoną głową i nie patrzał na nikogo.
Był tak bardzo upokorzony. Tak bardzo chciał cofnąć czas. Wiedział, że długo w tej szkole nie zostanie. Zabawne, jak los potrafi być przewrotny. Znowu zabrał mu coś, co dostał i czego pragnął. Westchnął głęboko. Zamiast do biblioteki skierował się do Zakazanego Lasu. I wszedł tam, plując w duchu na zakaz. W tej chwili miał go głęboko w poważaniu. Uśmiechnął się lekko z frustracji oraz przewrotności i śmieszności sytuacji. Wszedł na jakieś drzewo i posiedział na nim chwilę. Potem zeskoczył, znowu w duchu śmiejąc się z ludzkiej kruchości. Wyszedł i usiadł na ziemi. Był po drugiej stronie jeziora. Patrzał na ludzi, którzy tam, przed szkołą, krzyczeli do siebie, gonili się i w ogóle żyli normalnie. Chciałby tak. Jak oni. Rzucił się w tył i nawet nie mrugnął, kiedy zderzył się głową z ziemią. Było zadziwiająco ciepło, jak na koniec września. Martwił się, co będzie dalej. Jak ma funkcjonować? Co ma robić? Usłyszał szelest. Poczuł zapach. Wilkołaka. Westchnął, bo wiedział kto to. Nawet się nie ruszał. Jakoś nie miał na to siły.
- Remusie - jego imię zostało wypowiedziane przenikającym ciało szeptem, który miał swój cel. Ale ten cel nie został osiągnięty. Greybackowi nie udało się wywołać w nim pożądania. Nic. Nawet nie uzyskał spojrzenia.
- Jak życie Greyback? Jak tam? - Zapytał, jakby rozmawiał z kolegą. Ten spojrzał na niego zdziwiony i chyba przyjął to za dobrą kartę. Położył się obok Remusa.
- W porządku. A u ciebie?
- Bywało lepiej.
- To znaczy? - Wyglądał na zainteresowanego. Remus ze względu na swoją sytuację postanowił opowiedzieć mu wszystko. Więc opowiedział.
Po chwili ciszy odezwał się Fenrir.
- Mówiłem ci, że nie ma dla nas miejsca w tym świecie. Wiesz, że istnieją inne. Świat nadnaturalnych miesza się co prawda ze światem magicznym, ale od Mugoli jest odizolowany. Tam jest świetne życie. Sfora jest jak rodzina, są kluby w których wilkołaki są specjalnie traktowane. Są też takie, do których przed pełnią nie ma wstępu nikt poza nami i krwiopijcami. Tylko oni potrafią dotrzymać tempa wilkołakom w łóżku. Sprawdziłem to - uśmiechnął się.
Remus wzruszył ramionami.
- Nie ciągnie mnie do takiego życia.
Kolejna cisza.
- A jakie inne ci pozostało?
Brak odpowiedzi.
- Widzisz - Greyback usiadł. Dźgnął Remusa w bark, na znak, że ma zrobić to samo. - Ja mam do zaoferowania więcej niż oni - wskazał podbródkiem na Hogwart. - Ze mną twoje życie będzie lepsze. Też mogę uczyć cię magii. W domu mam pokój w którym są same książki. Też przecież dużo czytam. Miałbyś swój pokój na poddaszu. No i miałbyś mnie. Uwierz, że każdą twoją zachciankę bym spełnił...
- Ale ja musiałbym spełniać też twoje - powiedział Remus z przekąsem.
- Transakcja wiązana. Ale to byłoby przyjemne. Mam doświadczenie w tych sprawach.
Remus westchnął.
- Wiem. Nie zapomniałem.
- Było ci...
- Nie. To przez kontekst. Nie chciałem tego - spojrzał mu prosto w czy. Myślał, że kiedy Greyback spojrzy w jego smutne oczy, przestanie ciągnąć ten temat. Mylił się.
- Hm. - Przybliżył się do niego i zanim Remus zdążył zareagować, pocałował go. - A teraz chcesz? - Wymruczał do jego ucha.
- N-nie! - Remus nie mógł się wyrwać. Może wydawało się, że Fenrir lekko go trzyma, ale w rzeczywistości ściskał jego ramiona mocno.
- Kłamiesz - pocałował jego szyję.
- Przestań! Nie.. Nie chcę!
Greyback prychnął.
- To, że ty nie chcesz mnie nie obchodzi. Ja chcę. Dawno tego nie robiłem. Będzie wszystkiego z cztery dni.
Greyback przewrócił go i zaczął go całować. Remus opierał mu się z całych sił, chociaż wiedział, że to i tak nie ma sensu.
- Remmy, po prostu mi pozwól - znowu wymruczał te słowa.
- Nie! - Krzyknął Remus głośno.
Greyback prychnął.
- Spodoba ci się. Naprawdę potrafię zrobić ci dobrze.
Remus się wzdrygnął.
- Dlaczego akurat mnie sobie upatrzyłeś?!
Greyback chyba uznał jego pytanie za bardzo dziwne. Wstał z niego u usiadł obok, łapiąc Remusa za ramiona i prostując do pozycji siedzącej.
- Dlaczego. - Powtórzył ze śmiechem. - Bo jesteś inny. Większość dzieciaków nie przeżywa seksu ze mną, nie mówiąc o późniejszej przemianie. Ty przeżyłeś. I jeszcze myślisz, że możesz żyć normalnie - wymieniał. - No i jesteś słodki - pocałował go w policzek.
Zapanowała krótka cisza.
- To jak. Oddasz mi się, czy nie? Chcę cię tu i teraz - powiedział bez skrępowania.
- Nie. - Remus wstał i pchnął niczego niespodziewającego się wilkołaka prosto do jeziora. Potem zaczął uciekać. Znal ten las lepiej niż on. 
   Wbiegł między zarośla. Ich gałęzie zraniły jego skórę, ale po chwili rany zrosły się. Lawirował między drzewami w wilkołaczym tempie. Cieszył się, że udało mu się wykorzystać element zaskoczenia. Uważał, że teraz uda mu się uciec. Biegł. Mijał różne drzewa, kwiaty, rośliny, których nazw nie znał i najprawdopodobniej nigdy nie pozna. Jakoś nie było mu smutno. 
   Starał się jak najwięcej razy zmieniać kierunek drogi. Zrobił ostry zakręt w prawo. Po chwili skręcił o 90 stopni w lewo i biegł tak dość długo. Potem kolejny skręt w prawo i znalazł się znowu na obranej na początku ścieżce. Po jakimś czasie postanowił wejść na drzewa. Zrobił to więc i dalej biegł gałęziami. Byłoby to bardzo przyjemne uczucie, ale w tym momencie w tej sytuacji i tych okolicznościach... Jakoś nie zwracał na to uwagi. W pewnym momencie chyba zauważył centaura. 
- Może to był on, a ja źle zauważyłem... - Mruknął sam do siebie. Przez to prawie spadł z gałęzi, więc opanował się i skupił się na przeskakiwaniu. 
   Uderzyło w niego to, że chociażby się starał, nie potrafi obronić się przed Greybackiem. On ma zbyt dużą siłę. A Remus za bardzo się go bał, żeby użyć pełni swojej siły. 
   Zeskoczył. Do szkoły zostało mu jeszcze tylko trochę. 
   Zobaczył go. Stał przed nim. Kawałek od niego. Remus zatrzymał się z uczuciem frustracji i złości. Greyback patrzał na niego spod pół przymkniętych powiek. Uśmiechał się lekko. 
- Szybki jesteś, szczeniaczku. Bardzo. Trudne to było. Żeby cię dogonić. 
Zbliżył się. Remus że strachu nie mógł się ruszyć. 
- Słuchaj - powiedział grobowym głosem. - Jeśli teraz pozwolisz mi się chwilę tobą pobawić, zapomnę o tym, co zrobiłeś. 
Remus spojrzał na niego. 
- Nie ma takiej opcji. 
Greyback pchnął go na pobliskie drzewo. Tym razem zabolało, kiedy zderzył się z czymś twardym. Pulsujący ból rozszedł się od jego głowy do dołu pleców. 
- Radziłbym się zgodzić. - Poczuł jego kolano między swoimi nogami. 
- Nie ma takiej opcji - powtórzył. 
Wtedy Greyback warknął ze złości i kopnął go z impetem w krocze. Remusa tak to zabolało, że przed oczami miał mroczki i zakręciło mu się w głowie. Upadł ma kolana przed wilkołakiem. 
- Pożałujesz. Bardzo - Greyback pchnął jego głowę, tak, że po raz wtóry uderzył nią o twarde podłoże. Prawie zemdlał. 
Fenrir odwrócił się i po przejściu kilku kroków zatrzymał się. 
- Pożałujesz ty i twoi pierdoleni rodzice. To będzie twoja wina, szczeniaku - powiedział, nie patrząc na Remusa. Potem depotrował się. 
   Remus leżał. Długo. Bardzo długo. 
*** 
   Nie wyszedł z lasu. Po pierwsze nadal wszystko go bolało, po drugie był sfrustrowany i załamany, po trzecie bał się, a po czwarte... Nie chciał iść do Hogwartu. Nie miał ochoty na uciekania przed wzrokiem ludzi. Więc leżał. 
   Po godzinie wstał. Kiedy wyszedł z lasu, zaczęło się już ściemniać. Było to o tyle korzystne, że mniej ludzi było poza Pokojami Wspólnymi. Więc, co za tym idzie, mniej ludzi mijał. Poszedł do kuchni. 
   - Dzień dobry - mruknął, kiedy obskoczyły go skrzaty. 
- Wyjdź stąd. - Powiedział jeden z nich. Remus spojrzał na niego zdziwiony. 
- Wyjdź stąd. - Powiedział kolejny. 
- Wyjdź stąd. - Następny. 
Potem gdzieś w tłumie skrzatów zobaczył postać Dumbledore'a. 
- Zaufałem ci, a ty mnie zawiodłeś. Jesteś zwykłym psem. Wyjdź stąd. Skrzaty nie obsługują niższych rangą - powiedział, bez zzwykłego dla siebie uśmiechu i znikł. 
Remusowi zrobiło się bardzo przykro. Był tak bardzo zmęczony... Było mu wszystko jedno. Wyszedł. Chciało mu się płakać. 
- Ale przecież to nie była moja wina - mruknął. - To przez Severusa. 
Ale jak to Remus, wierzył innym i uznawał siebie za winnego. Bo jakby inaczej. Usiadł na parapecie we wnętrzu zamku. Westchnął. 
- Remus - usłyszał głos Jamesa. 
- Dlaczego nas okłamałeś - to nie było w zasadzie pytanie. Ale wypowiedział je Peter. 
- Mówiłeś, że jesteś normalny - powiedział Syriusz. Nie dał mu jednak dojść do słowa. - Jestem wychowany w rodzinie, która stara się oczyścić świat z takich jak ty. A ja przestrzegam tych praw, narzuconych mi przez mamę. Szkoda, że ten wnyk nie był srebrny. Umarłbyś. 
Te słowa były tak dobitnie, tak bardzo straszne, że Remus nie chciał słuchać więcej. Odskoczył do tyłu i stanął na ziemi. Biegł. Uciekał. Znowu. 
Przed przyjaciółmi. 
Megan się myliła. 
Nie rozumieją. 
Wszystko było grą. 
Wszystko było kłamstwem. 
*** 
   - Czy jest na tym świecie ktoś, kto mógłby ze mną porozmawiać?! - Krzyknął, a jego głos potoczył się po pustym korytarzu. Była północ. Ale jemu było już wszystko jedno. 
- Bo nie rozumiem. - Usłyszał głęboki, męski głos, gdzieś w oddali. 
- Właśnie profesorze. Wiedział Pan, że będzie sprawiał problemy. To wilkołak. One nie są społecznymi stworzeniami. Nadają się tylko do siedzenia w swoich stadach, w jakichś melinach, jaskiniach, lasach. Nie powinny być w szkole. Najlepiej byłoby, gdyby od razu się je zabijało - mówił o wilkołakach w formie nijakiej. Kolejny facet. 
- Uważałem... Że da sobie radę. Ale zawiódł mnie. - Dumbledore. - Zostawię tu panów. Zróbcie z nim, co chcecie. 
Usłyszał, jak dyrektor odchodzi. Zwinął się w kłębek w cieniu. 
Wiedzieli, gdzie on jest. 
Zobaczył ich przy wejściu do korytarza. Na początku myślał, że uda mu się ukryć w cieniu. Teraz wiedział, że tak się.nie da. Zobaczyli go. Widzieli go. 
- Poddaj się. Oddaj się nam. 
Remus prychnął. 
- Już jedna osoba prosiła mnie, żebym się mu oddał. I powiem wam to samo, co jemu. Nie ma takiej opcji. 
Przemienił się i zaatakował ich. Szybko. Wykręcił im karki. 
Zabił. 
Zabił. 
Odebrał życie tym, którzy tak na prawdę niczego nie zrobili. Może mię byli mu przychylni, ale przecież większość ludzi taka była w stosunku do niego. 
Ma ich krew na sobie. 
Winny. 
Winny. 
Zabił. 
Zabił. 
Te słowa obijały się w jego głowie jak piosenka. 
Wyrzucił ciała przez okno. 
Winny. 
Winny. 
Zabił. 
Zabił. 
Poszedł do łazienki, żeby zmyć z siebie krew. 
Winny. 
Winny. 
Zabił. 
Zabił.
Wyszedł i czuł się tak, jakby wszyscy wiedzieli. 
Winny. 
Winny. 
Zabił.
Zabił. 
Starał się zachowywać normalnie, ale...
Winny. 
Winny. 
Zabił. 
Zabił. 
Doprowadzamy kilkunastoma spojrzeniem wszedł po schodach. 
Winny. 
Winny. 
Zabił. 
Zabił. 
Położył się na łóżku. Zasnął. 
Winny.
Winny. 
Zabił. 
Zabił. 

Morderca. 


Ha, ha! 
Napisane! 
Może nie jest wybitnie długi, ale chyba nadrabia fabułą. 
WIEM, ŻE CHCECIE MNIE ZABIĆ, ZA SCENĘ Z GREYBACKIEM. Wiem.
Przepraszam. 
Ale to jest takie jego. 
A ja nie chcę się mu narażać. 
Boję się. 
Serio. 
Poza tym...
On jest tu ważny. Można go wiele razy wykorzystać. Ta. 
Ale chyba uda ki się uniknąć śmierci z waszych rąk. Co?
XD 
Cóż. Proszę o komentarze. 
Do napisania! 
Lunaris
Ps. Nie sprawdzone! :3