czwartek, 2 kwietnia 2015

Whisky, herbata i ona

Specjalna dedykacja tej notki jest dla Alex Midnight i Lexy Darkness - dziękuję za wesołą pomoc tam, gdzie nijak nie wiedziałam, co zrobić. Szczególnie tobie Al, z tym podniesieniem Megan XD
Druga część Serii Zmysłowej, krótsza, bo nie umiem pisać o Remusie i Megan takich rozwiązłych. Cóż. XD
Ah, i uwaga. Bo to ocieka wręcz słodkością.
Tam jest taki opisik pocałunku dość, dość i nie wiem, czy wam to przeszkadza, czy nie... Ja sama to tam mam na takie coś wylane, ale może ktoś nie lubi takich opisów. Nie wiem.
Piszcie, co sądzicie :*
Ps. Do Al i L. Wy to znacie już, ale tam jest taki mały dodany przeze mnie teraz fragmencik, bo... Za krótkie było to opowiadanie. Więc dodałam. ;)

_________________________________________________________________________________

Typ: seria opowiadań - Seria Zmysłowa
Gatunek: Fantasy
Fandom: --
Bohaterowie: 
Remus Lupin (niby Potter, ale nie), Megan Night, Ethan Wate, Alex Midnight 
Zastrzeżenia: Dla na prawdę młodszych i nieprzyzwyczajonych - opis pocałunku
Informacje dodatkowe: W ' ' pisane są myśli, lub rozmowy telepatyczne, Megan jest wieloma rasami, min. lykanem, asasynem i czarodziejem
_________________________________________________________________________________

       Rozkoszowałem się smakiem whisky, który pozostał w moich ustach po wczorajszym wieczorze. Uznałem, że taka okazja, jak nowo powstały związek Ethana i Alex (czyli Elex jak powiedziała Megan) nie może obyć się bez uczczenia. Kupiliśmy więc Jacka Daniells'a i spędziliśmy cały wczorajszy wieczór na rozmowie, i wysoce kulturalnym popijaniu tegoż trunku. Oczywiście tylko ja i Eth. Męski wieczór. Cóż, czasem tak wychodziło. Nie miałem nic przeciwko, przecież ani Ethan, ani ja nie mieliśmy żon! Uwielbiałem Megan, kochałem jej wygląd, charakter, smak, zapach... Była idealna, tak. Ale to nie oznaczało, że mamy że sobą spędzać całe dnie, codziennie. Chociaż pewnie gdyby tak było i tak byłbym wniebowzięty. Bo jak można nie cieszyć się, będąc przez cały czas z tak idealną istotką?
       Tak właśnie rozmyślałem leżąc na łóżku, przykryty kołdrą do połowy, bez koszulki i z potarganymi włosami. Ethan mówi, że kiedy się budzę wyglądam słodko, ale ja tak nie myślę. Facet powinien wyglądać męsko, a nie słodko. A ja byłem wybitnie dziewczęcy. Ale najważniejsze, że Megan to nie przeszkadzało, więc niezbyt się tym martwiłem.
       Światło wpadało do pokoju przez małą szparę między roletą, a oknem. Byłem zły, że nie zasłoniłem jej do końca. Mój wilk nienawidzi słońca nad ranem. Czułem jego złość, wściekłość na ten głupi promyk i wtedy nagle grzbiety książek stojących na półce stały się dla mnie wybitnie interesujące.
       ' Uspokój się idioto, uspokój się' pomyślałem zły sam na siebie. Przecież nie mogę się wkurzać na słońce. Chyba nie jestem jeszcze chory psychicznie. Chyba.
       W końcu wstałem z zamiarem zrobienia sobie herbaty. Różana. Idealna. Dosypałem dużo cukru. Uwielbiam słodką herbatę. Uwielbiam wszystko co słodkie. Megan jest słodka. Taka aluzja. Piłem gorącą herbatę, ale nie poparzyłem się, jak zwykły człowiek. Cóż, nie jestem człowiekiem. Siedząc na sofie, rozglądałem się po salonie. Okno było otwarte, a na zewnątrz padał deszcz. Zabawne, jak pogoda może się szybko zmienić. Zawiał wiatr i z półki stojącej obok telewizora spadło zdjęcie, ale na szczęście się nie zbiło. Wstałem aby je podnieść i zobaczyłem co ono przedstawia. Był na nim Ethan, ja i Syriusz. Syriusz. Jego wspomnienie nadal było żywe i bolało. Bo z tymi dwoma małymi bohaterami był jeszcze jeden. Tak samo mężny, odważny i niepokonany. Zawsze z czarnymi, długimi włosami, zawsze z pociętymi nadgarstkami. Gdy jego mama umarła, ojciec oddał go do domu dziecka, nigdy go nie lubił. Jeśli tak można powiedzieć o relacjach jego i jego ojca. On go nienawidził. Ze wzajemnością. Znęcali się nad nim tam, w domu dziecka. Potem wyjechał z rodziną zastępczą do Francji i tak się zakończyła naszą przyjaźń. Nadal pamiętam jego pocięte nadgarstki, uśmiech i smutne oczy. Miał tylko dwanaście lat. Był dzieckiem, a przeżył takie rzeczy. To nie jest fair. Dotknąłem jego twarzy na zdjęciu i uśmiechnąłem się smutno. A potem, odkładając zdjęcie zobaczyłem inne, ze mną i rodzicami. Jeszcze dwa lata temu...
- Skończ! - Krzyknąłem, łapiąc się za głowę.
Wspomnienia przelatywały przez moją głowę jak kadry filmu, kiedy usiadłem z powrotem na sofę. Kiedyś spadłem z drzewa, a Syriusz stał nade mną, śmiejąc się wesoło. Kiedy Ethan prawie ześlizgnął się z dachu garażu, na który zawsze chodziliśmy, Syriusz go złapał. Święta z rodzicami, wyjazd w góry...
Słowem, dobrze, że zadzwonił telefon, bo zapadłym się we wspomnienia.
- Halo? - Zapytałem.
- Cześć Remmy! - Usłyszałem jej głos.
- Megan! Co u ciebie? Jak się czujesz? Wszystko jest dobrze? - Zalałem ją lawiną pytań.
- Kurcze, Remus... Wszystko jest w porządku. Tylko się nudzę. Ethan jest u Alex, a ja siedzę tutaj sama... Mogę przyjść? - zakończyła smutno.
- Pytasz się? Zawsze możesz przychodzić!
- No to daj mi czterdzieści minut.
I w taki sposób zostało mi czterdzieści minut na sprzątanie. Teraz przynajmniej nie czułem whiskey tylko herbatę.
***
       Właśnie zmywałem blat w kuchni, oczywiście nie mając na sobie koszulki. Jakoś dziwnym trafem w ogóle od rana jej nie ubierałem. Wtedy w holu stanęła moja ukochana.
- Hejka! - Powiedziała. Miała na sobie śliczną, czarną spódniczkę przed kolana, kremową koszulę z kołnierzykiem, ciemno zieloną kurtkę, brązowy kapelusz i buty na koturnie. Jak zwykle wyglądała idealnie.
- Świetnie wyglądasz - uśmiechnęła się, ukazując rządek białych, prostych zębów, z dwoma wyróżniającymi się kłami.
- Dziękuję - parsknąłem śmiechem - Ty jak zwykle...
- Ślicznie - przerwała mi, udając mój głos.
- Nie! - Krzyknąłem triumfalnie - idealnie, pięknie, nieziemsko, zniewalająco...
- Okay, wygrałeś.
Zamknąłem ją w niedźwiedzim uścisku
Położyłem jedną rękę na jej talii, a drugą wsunąłem w jej włosy.
- Kocham cię - powiedziałem całując czubek jej głowy jak małemu dziecku.
Kiedy zostawiłem ją w spokoju, uśmiechnęła się szeroko.
- Kawy chcę, Remmy! - Powiedziała, głosem dziecka, któremu ja... Nie potrafiłem się oprzeć.
Usiadła na sofie, a ja zrobiłem jej kawy, tak jak prosiła. Potem usiadłem obok niej. Patrzyłem na nią, kiedy piła.
- Możesz nie pożerać mnie wzrokiem? - Zapytała niewinnie, nie wiedząc, że ma "wąsy" od kawy. Wyciągnąłem chusteczkę z kieszeni (zawsze takową nosiłem) i wytarłem ją.
- Przepraszam - szepnąłem cichutko do jej ucha, tak jakby ktoś mógł nas usłyszeć.
Musnąłem jej wargi swoimi i poczułem jak jej policzki robią się ciepłe. Śmieszne, ale lubiłem to. Uklęknąłem na kolanach blisko niej i próbowałam dostać się do środka jej ust. Nie chciała mi na to pozwolić, więc odsunąłem się i pocałowałem jej szyję. Potem wróciłem do ust i tym razem łaskawe mnie wpuściła. Błądziłem w nich podekscytowany, chociaż znałem je praktycznie na pamięć. Jej smak był idealny. Rozlał się w moich ustach, co było niesamowite.
       Kiedy przytuliłem ją do siebie z powrotem, miała czerwone policzki i nasadę nosa. Jak zawsze, kiedy posuwałem się aż tak daleko z całowaniem jej. Kochałem ją do szaleństwa.
- Remus... - zaczęła. - Wiesz, obiecałam ci, że nie będę się pakować w kłopoty i nie będę brać na siebie trudnych misji...
Spojrzałem na nią poważnie, a ona odwróciła wzrok.
- Kontynuuj... - powiedziałem powoli.
- Wczoraj poszłam sobie do siedziby Zakonu, bo dawno nie miałam nic do roboty. I dali mi do wyboru kilka misji i wzięłam taką jedną, i... - wstała i podwinęła sobie koszulkę.
Na jej brzuchu, była rana... Na szczęście dobrze zabandażowana.
- No, a poza tym, mam kilka siniaków - mruknęła, nadal na mnie nie patrząc.
Nadal siedząc, przytuliłem ją do siebie.
- Dlaczego mówisz mi teraz? Mogłaś powiedzieć wczoraj - powiedziałem, oskarżycielskim tonem.
Megan położyła dłonie na moim karku.
- Martwiłbyś się.
Nastała chwila ciszy.
- Nie rozumiem, dlaczego w ogóle tak się o mnie martwisz - stwierdziła, wyplątując się z moich ramion.
- Jesteś moim małym wilczkiem, a ja nie pozwolę, żeby coś stało się mojemu małemu wilczkowi, tak? - Spojrzałem na nią wymownie.
Westchnęła teatralnie.
- Tak - powiedziała, opadając na kanapę. - Ale jestem wyszkolona! Poza tym te milion ras, które mam w sobie...
Uciszyłem ją ruchem ręki.
- Nie obchodzi mnie to.
- Ale...
- Nie.
Wypuściła powoli powietrze z płuc i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej.
- Nienawidzę cię - mruknęła.
- Też cię kocham - powiedziałem, przyciągając ją do siebie.
- Jak możesz tak po prostu... Jesteś okropny! - Powiedziała, uderzając mnie w ramie. - Bo ja tu chcę być obrażona, a ty przychodzisz i mnie przytulasz i... No, nienawidzę, cię.
Parsknąłem śmiechem. Megan skuliła się w moich ramionach i syknęła cicho.
- Co się stało? - Zapytałem, odsuwając się nieznacznie.
- Nic...
- Powiedz - złapałem ją za podbródek i uniosłem jej głowę.
- Boli mnie to na brzuchu. To nic.
Przewróciłem oczami.
- Bo gdybyś mnie słuchała... - Zacząłem.
- To nie byłoby akcji i pościgów w moim życiu! - Wyrzuciła ręce do góry. - A tak są, tylko z drobnymi konsekwencjami.
- Nie mów tak, błagam...
- Ale tak jest. Normalne życie jest nudne i nie zakażesz mi stuprocentowego bycia tym wszystkim, czym jestem. O - przytuliła się do mnie ponownie.
Jak miałem się z nią kłócić?! Przecież to było awykonalne.
       Wsunąłem dłoń pod jej kolana, kładąc sobie jej rękę na plecy i podniosłem ją delikatnie.
- Coo ty robisz?
- Niosę cię do sypialni - wzruszyłem ramionami.
       Położyłem Megan na moim łóżku, a sam włączyłem muzykę i uchyliłem okno. Znów była ładna pogoda. Co się działo z tym światem?! Z westchnieniem rzuciłem się na miejsce obok mojej dziewczyny.
- Ile wypiliście? - Zapytała. - Wczoraj się spotkaliście...
- Niedużo - powiedziałem wymijająco i zmusiłem ją, by położyła głowę na mojej klatce piersiowej.
'Nikomu jej nie oddam. Nigdy' pomyślałem. Rzeczywiście, gdybym miał pozwolić jej odejść... Umarłbym.
Jej smak zniwelował smak whiskey i czułem już tylko moją ukochaną.
***
       - Idiota - stwierdził Ethan, patrząc na mnie z ukosa, kiedy siedzieliśmy na dworcu. Czułem słodki smak czekolady, bo jadłem batonika. Uśmiechnąłem się. Ludzie przechodzili obok nas, jedni zapracowani, z telefonem przy uchu, inni powolni, znudzeni, jeszcze inni biegli gdzieś. Czyli nasza kolej znowu zawiodła.
- Tak, wiem... - Powiedziałem. - Pamiętasz może Syriusza?
Ethan spojrzał na mnie zdziwiony, ale po chwili to zdziwienie zamieniło się w smutek.
- T-Tak, pamiętam go - powedział bardzo powoli. - A co?
- Nic, ostatnio oglądałem nasze zdjęcia, kiedy byliśmy mali i... Jakoś tak...
- On był... Świetny.
- Tak. Miał ciężko.
- Szkoda.
- Mogło być lepiej.
- Nie wyszło.
Czy naprawdę rozmawialiśmy frazesami przez zwykłe wspomnienie przyjaciela? Przykre. Ale to pokazuje, jak ważny dla nas był i jak bardzo do teraz za nim tęsknimy.
- Pamiętasz, jak poszliśmy razem do Moonrine, zaraz po otwarciu? Wydaliśmy wtedy masę kasy... - Powedział Eth rozmarzony.
- No! Albo, kiedy śmialiśmy się z tamtej modelki, jak się przewróciła...
       Rozejrzałem się po peronie. Kilka metrów od nas stał jakiś chłopak i jawnie się na nas gapił. Ethan też to zauważył i jego wyraz twarzy zrobił się zacięty. Chłopak miał długie, czarne włosy, granatowe oczy. Był wysoki, miał mocne rysy twarzy. Ubrany był na czarno, z szarą marynarką. Patrzył na nas zdzwiony. Poznałem go.
- Czekaj... - Powedziałem ostrożnie.
- Nie... - Powiedział, albo raczej zapytał Ethan.
Wstałem i podszedłem do domniemanego nieznajomego.
- R-remus? - Zapytał niedowierzając.
- To ty... Tak długo... SYRIUSZ! - Krzyknąłem i przytuliłem go. On oddał uścisk, a po chwili dobiegł do nas Ethan.
- Co wy tu robicie? - Zapytał Syriusz, wtulony we mnie.
- Mieszkamy - powiedziałem.
- Na dworcu?
- Nie, idioto, w tym mieście - Ethan uderzył go w plecy.
I staliśmy tak przez chwilę, jak teletubisie.
***
       Ten smak coli i chipsów jedzonych razem z przyjaciółmi... Najlepszy. Siedzieliśmy na ławce w parku, tej samej na której Ethan czekał na mnie dwa tygodnie temu. Rozmawialiśmy przez około pięć godzin. A może więcej? Nie wiem. Wiem, że przez ten czas odrobiliśmy całe pięć lat. Śmiałem się właśnie z żartu Syriusza, kiedy ktoś złapał mnie za ramiona od tyłu.
- Hejka - usłyszałem szept Megan, tuż przy swoim uchu.
Przeszła naokoło mnie i usiadła mi na kolanach.
- Witaj Ethanie Lawsonie Wate - powiedziała, zwracając się do Etha.
- Siemczix - uśmiechnął się, dobrze wiedząc, że Megan zaraz powie...
- Niewychowany idiotyczny kosmita.
- Yhym...
- I witam ciebie, nieznajomy. Nazywam się Megan Night - spojrzała na Syriusza.
- Eee... Syriusz Orion Black - uśmiechnął się i pokiwał jej.
Pocałowałem ją mocno, a ona uśmiechnęła się, oddając mi ten pocałunek.
- Remus, trochę się zmieniłeś - Syriusz był rozbawiony.
- Nie, po prostu znalazł sobie laskę, której nie obchodzi jego mały futerkowy problem - Ethan spojrzał na nas. Megan oparła się o moje obojczyki, a ja schowałem głowę w jej włosy.
- Wow, Megan, ale ty wiesz... - Zaczął Syriusz.
- Jestem lykanem i czarodziejem, i czarownikiem, i... W ogóle - powiedziała zduszonym głosem, nawet na niego nie patrząc.
- Ah... Ja jestem świętym aniołkiem. Także ten - podrapał się z tyłu głowy
- Co ty w ogóle tutaj robisz? - Zapytałem, łapiąc ją za szyję i zmuszając, by na mnie spojrzała.
- Czekam na Alex i Lexy - powiedziała.
Zmarszczyłem brwi.
- Lexy? - Zainteresował się Ethan.
- Kuzynka Alex. Jest świetna.
       I w tym momencie przyszły Alex i owa Lexy. Miała szkarłatne oczy i długie, różowe włosy z granatowymi końcówkami. Była ładna... I wyglądała na miłą, więc nie miałem jakichś problemów.
Przywitaliśmy się (Ethan i Alex bardzo entuzjastycznie). Syriusz patrzył na Lexy o kilka sekund dłużej, niż to jest dopuszczalne społecznie.
       Może coś z tego wyniknie?
       Bardzo ją polubiłem. Okazało się, że Lexy zostaje u nas na stałe. Potem dziewczyny poszły do miasta, a my do sklepu. Kupiliśmy dużo chipsów, słodyczy i whisky. Następnego ranka, byliśmy nieźle wstawieni, a ja czułem smak chipsów, czekolady i alkoholu. Każdy z nas przeczuwał kaca i krzyki dziewczyn.
Ale ja wcale nie piłem dużo...





Jutro rozdziałrozdziałrozdział! X3
Piszcie opinie!
Lunaris

środa, 1 kwietnia 2015

Prima Aprilis... Niee.

Tytuł. Dzisiaj 1 kwietnia, niby takie fajne Prima Aprilis. Ja tak bardzo nie lubię tego dnia!
Kiedyś czytałam na wp jakiś artykuł, mega byłam zła po nim i co? PRIMA APRILIS!
Kurcze, no tragedia.
Ta...
Jak już może wiecie, nowa notka (nie rozdział. notka XD) pojawi się jutro.
Rozdział pojutrze, tak sądzę, no.
Chciałam wam powiedzieć, że aktualnie zajmuję się kilkoma opowiadaniami:
- Tragedia, żal, smutek i rozpacz od MOICH postaci
- Smuteczek, bo złamane serce od MOICH postaci
- Seria Zmysłowa (już 1. część jest udostępniona)
- Poważne i nie fantasy z książki LATARNIK
- Poważne i nie fantasy jako opowiadanie na polski (tak, bo fajne wyszło i chcę wam to dać XD)
- ASSASSIN'S CREED, ale troszkę niekonwencjonalne
Także to jest to, co chciałam wam udostępnić. Poza tym mam jeszcze moją książkę i nie wiem, czy wy ją chcecie zobaczyć, czy nie...
No więc wiecie... Możecie pisać mi tu, czy chcecie to, co tam wyżej napisałam, a w zakładce fanfiction jakieś propozycje odnośnie opowiadań... X3
Ja teraz spadam nastroić się do opowiadania z AC - IDĘ GRAĆ
:DD
Do jutra!
Lunaris

Jej zapach był najpiękniejszy

Tak. Mówiłam, że będą tu inne opowiadania. Więc macie. Dzisiaj dam to, a jutro może drugą część.
TO NIE JEST Z FANDOMU POTTEROWSKIEGO.
Ps. Pozwoliłyście ;) (do pewnych osób)

_________________________________________________________________________________


Typ: seria opowiadań - Seria Zmysłowa
Gatunek: Fantasy
Fandom: --
Bohaterowie: Ethan Wate, Alex Midnight, Remus Lupin (niby Potter, ale nie), Megan Night
Zastrzeżenia: Małe, malutkie przekleństwa... Albo nawet jedno.
Informacje dodatkowe: W ' ' pisane są myśli, lub rozmowy telepatyczne
_________________________________________________________________________________


       Pachniało świeżo skoszoną trawą. Siedziałem na starej, brązowej ławce w parku, czekając na Remusa. Miał przyjść godzinę temu, a jak go nie było, tak nie ma. Dlaczego zawsze się spóźnia?!
Siedząc, patrzyłem jak dwa ptaki goniły się na trawie. Usłyszałem, że toś biegnie, więc spojrzałem w stronę, z której dochodziły kroki. Remus.
- Brawo - powiedziałem, gdy był na tyle blisko, żeby wyglądało to na normalną rozmowę. Usłyszałby mnie przecież z odległości kilkunastu metrów, nawet, gdybym mówił normalnie. Plus likantropii.
- Przepraszam - odpowiedział usprawiedliwiającym głosem. - Zasiedziałem się...
- U Megan? - Nie dałem mu dokończyć. Megan była jego dziewczyną i lykanem przy okazji.
- Nie. U kolegi. - Jad sączył się z jego ust, gdy to mówił. Uwielbiałem go tak denerwować. Moje hobby.
- Szkoda. Ona na pewno za tobą tęskni. - Zapewniłem go.
- Oczywiście. Alex też przyjdzie?
Na dźwięk jej imienia mój żołądek zrobił kilka fikołków.
- Nie...
- Megan też nie będzie, może idą gdzieś razem?
- Pewnie tak.
- Czasem trzeba się rozdzielić na chłopców i dziewczynki - powiedział, siadając i wyciągając nogi do przodu. Uśmiechnął się szeroko, patrząc na mnie.
- Taak... - spuściłem głowę.
- Chciałbyś żeby była z nami, co?
- No tak. Przecież się przyjaźnimy... - spojrzałem na niego niepewnie.
- Jasne. Myślisz, że nie widzę, jak na nią patrzysz? Jak bardzo zdenerwowany jesteś, kiedy jest zbyt blisko? Ethan, znam cię od małego. Pamiętasz, jak mieliśmy po cztery lata, a do naszego bloku wprowadziła się ta dziewczyna w naszym wieku? Chodziliście ze sobą, po tym, jak pożyczyłeś jej zabawki, a ona musiała przyjść do twojego domu je oddać.
- Pamiętam... Było zabawnie... - uśmiechnąłem się, na wspomnienie tych małych chłopców, którzy myśleli, że zdobędą cały świat. - Ale w czym ma mi to pomóc?
- Nie wiem. Możesz pożyczyć Alex zabawki. Tak, świetny pomysł. - Przechylił głowę, patrząc na punkt znany tylko jemu.
Parsknęliśmy śmiechem.
- A ty? Jak zacząłeś związek z Megan?
- To było głupie. Wiesz, że nie jestem zbyt śmiały w stosunku do dziewczyn. - Zaczerwienił się - to ty zawsze byłeś casanovą.
- Czas przeszły zauważ.
- Dlaczego teraz nie potrafisz podejść do niej i pogadać o tym?
- Nie wiem... Boję się. Kiedy sobie to wyobrażam... Nawet w mojej głowie nie potrafię ułożyć odpowiednich słów.
- To chyba znaczy, że serio wpadłeś. Jeśli zakochanie się w Alex można tak nazwać... - zaczął Remus - wiesz, znam to uczucie. Do teraz je miewam, kiedy z Megan jesteśmy sami.
- Hmmm, co wtedy robicie? - Szukałem zaczepki.
- Gdyby wzrok mógł zabijać, już byś nie żył Eth. Wiesz, że ja z Meggy nie... - urwał i spojrzał na mnie znacząco.
- W zasadzie... Mógłbyś się nie przyznać... - Naprawdę cieszyłem się, że nie potrafi zabijać spojrzeniem. Bo przy nim już dużo razy bym umarł. Taki mam urok.
- Jasne. Już się nie mogę doczekać, jak przylecisz do mnie i będziesz się chwalił tym, co robiłeś z Alex. - Oddał mi. Zawsze się tak droczyliśmy. W oddali usłyszałem głosy naszych kolegów z klasy. Idioci, materialiści... Ci, którzy mają bogatych rodziców i myślą, że cały świat jest ich.
- Na pewno ja zrobię to lepiej niż ty - powiedziałem, wiedząc, że w zasadzie już nie żyję.
Remus rzucił się na mnie, klękając na ławce i targając mi włosy. Śmiał się, gdy próbowałem mu się wyrwać. Nie miałem szans z wilkołakiem.
       Ustali przed nami. Damon, Edward i Peter.
- A wy co? Geje? - Zapytał Edward z okropnym uśmiechem.
Remus usiadł obok mnie. Już wiele razy zwracali uwagę na to, w jaki sposób ja i Lupin się przyjaźnimy. Bo nie było to na takich zasadach jak u większości chłopaków.
- Nie. A co, szukasz chłopaka? Znam jednego wolnego homoseksualistę... - powiedział Remm z przekąsem. Rzeczywiście znał wielu gejów.
- Nie dzięki. Nie skorzystam - wzrok Edwarda miał odebrać Remusowi pewność siebie, ale nie wyszło mu to.
- Po co się tutaj zatrzymaliście? Przecież nas nie lubicie... - powiedziałem - bez wzajemności. My was nienawidzimy.
- Nie bądź taki mądry Wate! - Krzyknął Peter.
Po chwili jednak uśmiech, który miał na twarzy zniknął, bo uderzyłem go z pięści.
- Po nazwisku to po pysku, Peter.
Chciał mnie uderzyć w bok, ale nie zdążył. Zatrzymałem jego rękę i kopnąłem w brzuch. Przewrócił się biedak...
       Remus miał łatwiej, bo na niego rzucił się Damon. Wszyscy wiedzieli, że jest mocny tylko w gębie. Wystarczyło, że Remus uderzył go w szczękę. Z Edwardem za to, był problem. Szedł w moją stronę i wiedziałem, że może mi się nie udać, a pomoc Remusa odebrana byłaby jako tchórzostwo. "Nie poradził sobie sam."
- No, co? Boisz się mnie? - Zapytał.
- Chyba żartujesz!
Jednak bałem się. Edward uczył się karate. Peter wstał, tak samo jak Damon i obaj zajęli się Remusem. Dobrze, że byliśmy w najmniej uczęszczanej części parku. O przyjaciela się nie bałem. Poradziłby sobie z czterema takimi jak Peter i jeszcze dwoma jak Damon.
       Po półgodzinnej walce, ja i Remus odeszliśmy, zostawiając trzech idiotów leżących na ziemi.
- Nieźle. Dwóch na jednego... Kurwa. Idioci - powiedziałem, pocierając sobie ramię, w które kopnął mnie Edward.
- Eh... Nieważne. Trochę się martwiłem, czy nic ci się nie stanie... Ten pustak jest najlepszy w szkole... No i umie karate. - Remus spojrzał na mnie - Ale widzę, że też masz jakieś dodatkowe umiejętności, jako przewodnik. - Szczerze, to nie wiem. Ale może... Ja się o ciebie nie martwiłem - zarzuciłem mu rękę na ramię - wilczku mój. - Odwróciłem się do niego przodem i złapałem za policzki. - Mój wilczunio!
- Odwal się pyszczku. Pyszczuniu, kurczę... - powiedział, łapiąc mnie za nadgarski i odsuwając od siebie.
- Chodźmy poszukać dziewczyn. - Powiedziałem.
- Chcesz pogadać z Alex?
- Nie, nie chcę. Ale muszę.
       Uśmiechnięci otworzyliśmy starą, zardzewiałą bramę parku. Zaskrzypiała przeraźliwie. Zaczęliśmy się śmiać, bóg jeden wie z czego. Spojrzałem na Remusa, a potem na drogę z prawej. Mój wilczek skręcił w nią, tak jak ja. - Wytresowany - powiedziałem wyniośle, wskazując na niego.
- Tak. Potulny wilkołak. Jedyne zastrzeżenie, co do udomawiania, to możliwość, że cię zabije, lub przemieni.
Śmiejąc się, poszliśmy do ,,Moonrine" - naszej ulubionej restauracji. Megan i Alex napewno w niej były. Zacząłem się denerwować.
Już nie pachniało trawą. Teraz czułem jedynie zapach spalin.
***
       Kawa. Może capucinno. Nie wiem. Ale ten zapach był przyjemny. W Moonrine zawsze tak pachniało.
- Zobacz. Tam są - wskazałem na jeden ze stolików, przy którym siedziały dwie dziewczyny.
       Jedna miała czarne włosy z pomarańczowymi pasemkami, ścięte na emo i ciemno czerwone oczy. Ubrana była w krótkie spodenki, czarny, koronkowy top i rozpiętą koszulę w czerwoną kratę. Druga... Brązowe włosy, spływające falami za ramiona, a oczy zielono-żółte. Miała na sobie krótkie, czarne spodenki, długą, białą koszulę z napisem Jack Daniells, szkarłatną bluzę i rajstopy z kabaretkami.
- Wygląda ślicznie - powiedzieliśmy jednocześnie i spojrzeliśmy na siebie.
Ze śmiechem podeszliśmy do nich. Ja usiadłem obok Alex, a Remus obok Megan. Pocałowali się na przywitanie.
- Okej, już. My tu jesteśmy. - Powiedziała Alex, gdy Megan zawiesiła ręce na szyi Remusa. Parsknąłem śmiechem i kopnąłem Remiego pod stołem.
- Aua! - Powiedział, odrywając się od Megg. Uśmiechnąłem się.
- Witaj Ethanie Lawsonie Wate - powiedziała Megan.
- Siemczix - odpowiedziałem.
- Jak ty się wyrażasz, młody człowieku?! - Alex spojrzała na mnie.
'A jeśli zepsuję to, co już jest między nami?' Przeszło mi przez myśl, gdy tylko spojrzałem jej w oczy.
'-Ogarnij się!' - Remus wszedł w moją głowę. - 'I nie patrz na nią tak długo. '
Odwróciłem wzrok szybko.
'- Za szybko Eth. Zachowuj się normalnie.'
- Łatwo ci mówić! Czasem mam dość twojej telepatii'
Remus spuścił wzrok i zostawił mnie w spokoju. Łatwo było go zranić. Był uczuciowy, nieśmiały i odpowiedzialny. Zaś Megan... Jej lekkomyślność, wybujała wyobraźnia i wybuchowość były totalnym przeciwieństwem Remusa. Ale i tak tworzyli świetną parę. Ja jednak cały czas zastanawiałem się, co zrobię. Jak powiem Alex to, co do niej czuję.
       Spojrzałem na nią kątem oka. Jej śliczne włosy układały się falami na jej plecach, nie licząc jednego niesfornego kosmyka, który opadał na twarz. Chciałem go odgarnąć za jej ucho i przy okazji pocałować ją w czoło. Ale przecież nie mogłem tego zrobić.
'- Wybacz. Nie patrz się na nią, bo zaraz zjesz ją spojrzeniem'
Spojrzałem na Remusa. Siedział naprzeciwko, patrząc na mnie z ukosa. Uśmiechnąłem się do niego kąśliwie i odwróciłem wzrok w stronę kelnerki, która do nas podeszła. Miała krótką, czarną spódniczkę i białą koszulkę na ramiączkach.
- Dzień dobry, co podać? - Zapytała piskliwym głosem. Zobaczyłem jak Remus się krzywi. Pachniała mocno, słodkim perfumem. Było przed pełnią, miał jeszcze bardziej wyczulone zmysły niż zazwyczaj. Często mu współczułem. Ale co miałem zrobić? Jest wilkołakiem od prawie ośmiu lat. Ktoś ugryzł go, jak miał ledwie dziesięć, a teraz był już siedemnastolatkiem. Jak my wszyscy.
Spojrzałem na kelnerkę.
- Trzy cappuccino i jedno latté. I szarlotkę jabłkową - powiedziałem.
Uśmiechnęła się i pochyliła, pod pretekstem wzięcia menu. Jej dekolt był tak duży, że gdy się schyliła, bez problemu widziałem jej różowo-czarny stanik. Gdy się prostowała patrzała centralnie na mnie. Pewnie zauważyła, że Remus całował Megan, bo zazwyczaj dziewczyny patrzyły na nas obu. Nie, żebym miał coś przeciwko, ale nie byłem zainteresowany. Przecież dzisiaj miałem pogadać z Alex!
- Tak, masz śliczny, różowy stanik. A teraz łaskawie już idź - powiedziała Al.
'-Zauważyła, że się na ciebie patrzyła i jest zazdrosna. Jak z nią nie pogadasz, to przysięgam, że cię zabiję' - Remus spojrzał na mnie.
- O czym rozmawiacie? - Zapytała Megan, gdy bezczelna kelnerka odeszła.
- Przecież nic nie mówimy - Remus swoim talentem aktorskim udawał zaskoczenie.
- Jasne. Nie znamy was przecież od dzisiaj. - Zaczęła Alex - Ale dobrze. Co ta idiotka sobie myślała? Że jak się będzie zachowywać jak dziwka, to pójdziesz z nią to łóżka? - Spojrzała na mnie.
'- Mówiłem! ZAZDROSNA!' - Remus był wyraźnie dumny z siebie.
- A co Alex? Może Ethanowi się nudzi jako singlowi, hmm? - Powiedział.
'- Skończ. ' - Pomyślałem.
- No, ale... - była wyraźnie zmieszana.
- Nie powinnaś się mieszać, jeśli chciał... A może właśnie zaprzepaściłaś szansę na to, aby Ethan miał dziewczynę! - Powiedziała Megan.
- Przecież nie chciałabyś, żeby wciąż był sam, co nie? - Drażnili się z nią.
- Oczywiście, że nie chciałabym - powiedziała czerwieniąc się.
- Dobra, skończcie idioci... - zacząłem bronić Alex.
- O! Właśnie, jak już tak o idiotach mówimy, to kiedy byliśmy w parku, przyszli do nas Peter, Edward i Damon.
       Zaczęliśmy z Remusem opowiadać dziewczynom co się stało w parku. Śmiały się, a Alex pogratulowała mi wygranej z Edwardem. Inna kelnerka przyniosła nam zamówione kawy i ciastko.
Teraz zapach cappuccino był jeszcze bardziej wyraźny i mieszał się z wonią latté.
***
       Piękna woń bzu. Tylko to czuliśmy, kiedy szliśmy dróżką w ogrodzie botanicznym. Megan i Remus poszli nad jezioro, a Alex uznała, że nie będziemy im przeszkadzać i, że się rozdzielimy. Oczywiście Remus musiał spojrzeć na mnie tak bardzo wymownie, że bardziej się już nie dało. Szliśmy obok siebie, a ja usilnie starałem się na nią nie patrzeć. Nawet mi to wychodziło i byłem z siebie bardzo dumny.
- Co robimy? - Zapytała.
- Możemy iść na naszą polanę.
- Okay, dawno tam nie byłam.
Gdy już wyszliśmy z ogrodu, skręciliśmy w krętą ścieżkę, prowadzącą do lasu. Rozmawialiśmy luźno, ale ja coraz bardziej się denerwowałem.
Jak jej to powiem?
       Dochodząc do polany, byłem już bardzo zdenerwowany. Serce biło mi szybko, a mój żołądek co chwila wywijał koziołki. To było okropne.
Usiedliśmy na ziemi, a ja zaraz się położyłem. Zastanawiałem się, jak zacznę tą rozmowę i nawet nie docierało do mnie to, co mówi Alex.
- Ethan? Nie słuchasz mnie, prawda? - Zapytała z uśmiechem.
- Wybacz - powiedziałem przepraszająco, po czym usiadłem obok niej.
- Nic się nie stało. Pytałam, czy podobała ci się ta kelnerka w Moonrine.
- Nie. Dziwka. - Skwitowałem ją.
- No, to kto ci się podoba?
- A ktoś musi?
- Yhym - uśmiechnęła się słodko. Uwielbiam ten uśmiech. Wtedy właśnie dostałem zastrzyku wielkiej odwagi.
- W zasadzie podoba mi się taka jedna dziewczyna... Ale nie wiem, jak mam z nią pogadać.
- Po prostu. Weź ją gdzieś nad jezioro, albo zaproś do domu... Tylko nie przychodź z nią tu! To nasze miejsce. Chociaż ja bym chciała, żeby ktoś mi tutaj wyznał, że mnie kocha. - Powiedziała zamyślona. - Ale wracając. Masz jej numer?
- Tak - powiedziałem niepewnie. Co robić?! Pomysł wpadł mi do głowy.
- No, to do niej zadzwoń. Już! Zaproś ją gdzieś. Ja wrócę do domu i skończę pisać rozdział na bloga.
Wyciągnąłem smartfona i wybrałem jej numer. Po chwili telefon Alex zadzwonił.
- Jeju... Kto to? - Wyciągnęła go i odebrała. - Słucham?
- Kocham cię - powiedziałem, patrząc jej w oczy.
Powoli odsunęła komórkę od ucha, a ja się rozłączyłem. Uklęknąłem przed nią i wziąłem jej twarz w dłonie. Wolno, bardzo wolno przysunąłem swoje usta do jej. Ona przymknęła oczy. Dotknąłem jej warg. To było nieznaczne, ale niesamowite. Gdy się od niej odsunąłem, oparłem swoje czoło o jej. Oddychaliśmy jednym powietrzem.
- Też cię kocham - powiedziała drżącym głosem. - Kocham...
       Znowu ją pocałowałem. Tym razem odważniej. Błądziłem w jej ustach niezbyt pewnie, a gdy się odsunąłem zobaczyłem jej rozpalone policzki.
Słodko to wyglądało.
Ona była słodka.
Smakowała słodko.
Pachniała słodko.
Ze wszystkich zapachów jakie dzisiaj czułem,
jej zapach był najpiękniejszy.





I co sądzicie? Podoba wam się taki typ opowiadań?
Pracuję aktualnie nad opowiadaniem z gry Assassin's Creed, a poza tym zajmuję się jeszcze dwoma innymi, także będzie się tu działo.
Teraz wolne, więc może dam wam trochę do czytania. Jutro kolejna część!
A pojutrze może rozdział...
Lunaris

piątek, 20 marca 2015

Rozdział 28.

Siemka Wąchacze!
Rozdział jest uczczeniem nowego szablonu, a jest krótki... Bo jest mi przykro. Bo jest mało komentarzy, a niby 12 obserwatorów i niby ponad 8000 wyświetleń. Tylko co z tego, skoro bez moich odpowiedzi są po trzy komentarze? Nie liczę tych, które wymuszam na koleżankach (wiem, że nie chce wam się komentować, a jednej z was nawet czytać). Więc cóż, rozdział krótszy, chociaż i tak mi się nawet podoba.
A co sądzicie o szablonie? Świetny, nie? * .*
Czytajcie i komentujcie! Rozdział dosłownie na pięć minut. Ale wiadomo.

Trochę informacji odnośnie wszystkiego znajdziecie w bocznej kolumience. Jakby ktoś coś tam ten. XD
_________________________________________________________________________________
     Za dużo informacji. Za dużo nadnaturalnych jak na jeden raz.
Peter był wręcz skonfundowany tym wszystkim, co powiedziała im profesorka. Za dużo jak na jedną lekcje i jak dla niego. Zawsze żył w przekonaniu, że nadnaturalni są... No inni. Nie tyle, że trzeba ich zabijać. Ale są inni. A tu nagle pojawia się pani Auditore i mówi te wszystkie rzeczy. Nie potrafił tego zrozumieć. Poza tym, Syriusz po tej lekcji powiedział, że coś zrozumiał i, że muszą porozmawiać. Nie byłoby to dziwne, ale powiedział to tylko do niego i Jamesa.
     Usiadł - a w zasadzie opadł - na swoje łóżko i zakopał się w kołdrze. Nie lubił myśleć na takie mistyczne i okultystyczne tematy, bo zawsze sprawiało to, że czuł się źle. Teraz też tak było i bardzo go to irytowało. Położył się i nawet nie zdał sobie sprawy z tego, że zasnął.
***
     - Gdzie on jest? - Zapytał zirytowany Syriusz.
- Tak go jest umawiać się z Peterem... - Burknął James.
Stali na korytarzu i czekali na swojego kolegę. Był wieczór, piątek. Niewiele osób wychodziło o tej porze z pokoi. Huncwoci zauważyli, że w piątek wieczorem wszyscy odsypiają i niewiele jest osób, które miały by ochotę błąkać się po zamku. Black westchnął.
- Bez nas on jest kompletnie nieogarnięty. Co on by zrobił, gdyby nas nie było?
- Umarłby - Sapnął Peter, opierając się o ścianę za nim. Biegł. - Zasnąłem! Przepraszam. - Wymamrotał.
Przyjaciele zaśmiali się cicho.
- Dobra, ważne, że przyszedłeś. - Powiedział Syriusz.
- Gdzie Remus?
Spojrzeli na niego głupio.
- Mówiliśmy, że go nie... - Zaczął James.
- Wiem. Dlatego pytam, czy wiecie gdzie jest. Żebyśmy go nie spotkali.
- Nie pomyślałem o tym... - Przyznał Black.
- Ha. A ja sprawdziłem. W zasadzie dowiedziałem się przypadkiem. Zostawił kartkę w sypialni. Jest w bibliotece i raczej szybko z niej nie wyjdzie. - Powiedział Peter tryumfalnie.
- To, po co robisz problemy?? - James zdenerwował się.
- Chciałem wam pokazać, że to nie jest bezpieczne i, że powinniście bardziej uważać.
Peter ostatnimi czasy stał się bardziej śmiały. Już nie chodził za nimi, ale teraz często droczył się z przyjaciółmi i brał żywszy udział w wymyślaniu żartów. Chłopcy przyjęli to z zaskoczeniem, ale także ze szczęściem. Cieszyli się, bo każdy z nich miewał czasem uczucie, jakby Peter był smutny. Jakby go nie doceniali. Tylko, że było inaczej. To on nie chciał nic mówić. A teraz to się zmieniło i każdy z nich miał tyle samo do powiedzenia.
- Dobra. - Syriusz machnął olewająco ręką. - Słuchajcie. Wywód Auditore o nadnaturalnych. Słuchaliście?
- Jak mógłbym nie - Powiedział Jim. - To było świetne, tym bardziej, że normalnie się o tym nie mówi.
Peter westchnął.
- Słuchałem. Ale nie lubię tych tematów.
- To będziesz musiał się do nich przyzwyczaić, bo będziemy w nich po uszy - Syriusz spojrzał prosto na niego.
- Dlaczego?
Pettigrew zastanawiał się, co jego przyjaciel znowu wymyślił i dlaczego nie chce, żeby Remus - najmądrzejszy z nich - brał w tym udział.
- Bo... Remus. Zauważyliście jego zniknięcia, jego rany, jego oczy, zwinność...
James zaczynał rozumieć.
- Ma wyczulone zmysły... - dodał.
Peter spojrzał na nich z lekka przestraszony.
- Chyba nie myślicie, że... No on nie... Czym niby?
- A na czyj temat wie tak wiele?
James spojrzał na przyjaciela zdziwiony.
- Wilkołaki... - wyszeptał.
Syriusz pokiwał głową.
- Tylko wiecie. Nie mamy jasnych dowodów, podstaw. Mamy tylko przypuszczenia. Musielibyśmy sprawdzić to dokładniej, porównać z tym, co zauważamy u Remusa... Nie możemy oskarżyć go o coś, co nawet nie jest pewne.
- Mądre to, Syriusz - powiedział Peter.
Black zaśmiał się.
- To była jedna z dłuższych i inteligentniejszych przemów, jakie wygłosiłem w całym życiu. Czyli to jest naprawdę ważne!
- Ale jeśli chcemy... Coś z tym zrobić, to trzeba będzie trochę poszukać. - Zauważył James.
- No i wypadałoby zadać sobie pytanie... Dlaczego nam nie powiedział - Odezwał się Syriusz, ponurym głosem.
Nastała niezręczna chwila ciszy, którą przerwał Peter.
- Ale czy wy byście powiedzieli? Boi się, że go nie zaakceptujemy. Jak większość społeczeństwa czarodziejów.
Syriusz pokręcił głową.
- Ale jesteśmy jego przyjaciółmi...
- Ja go rozumiem. Chce mieć normalne życie i nie wierzy w to, że można go akceptować - Powiedział dyplomatyczne James.
Syriusz westchnął. Nadal nie był zbyt przekonany.
- No to... Co chcemy zrobić? Na pewno przyda nam się profesorka Auditore.
- I biblioteka. - Jęknął Peter.
Każdy z nich lekko westchnął. Tylko Remus lubił bibliotekę. A im się to teraz nie przyda. Nawet wręcz przeciwnie.
***
     Nie lubił czegoś nie rozumieć. Tym bardziej, jeśli chodziło o jego przyjaciół. Od jakiegoś czasu jego wszystkie myśli kręciły się wokół Remusa. Nie mógł zrozumieć, dlaczego nie powiedział im o tym. Dlaczego to ukrywał. Przecież to nie było aż takie straszne. Byli sobie tak bliscy, Syriusz myślał, że ufają sobie. Był zły na Remusa, chociaż jego przyjaciele tłumaczyli mu to, co kierowało Lupinem. Ale on i tak nie chciał przyjąć tego do wiadomości. Gryfoni są wierni i on też taki będzie. Oczywistym jest, że zostanie przy Remusie. Ale skoro ten nie ufał im na tyle, żeby wyznać prawdę, to czy będzie ufał w innych sprawach?
     Z drugiej strony podejście do nadnaturalnych w ich czasach było okropne. Zrozumiałym więc było, że Remus bał się im powiedzieć. Wszyscy wiedzą, z jakiej rodziny pochodzi Syriusz. Blackowie są rodem z tradycjami. Z okropnymi tradycjami. Z bestialskimi tradycjami. Tylko tego na drzewie genealogicznym nikt nie dopisał. Bez problemu mógł sobie wyobrazić, jak zareagowałby jego brat, rodzice, kuzynostwo… Każdy z nich chciałby pozbyć się wilkołaków, wampirów i tym podobnych, z powierzchni ziemi. To rozumiał. Ale James i Peter? Przecież oni ani ich rodziny nie wykazywały szczególnej nienawiści do nadnaturalnych. Może Remus uważał, że każdy jest taki jak rodzina Blacków? Syriusz chciał to wiedzieć.
     Postanowił odwiedzić profesorkę Auditore. Ona – z tego, co usłyszał na lekcji – znała się na nadnaturalnych. Dlaczego by nie sięgnąć do niej po radę? Szedł ciemnymi korytarzami, kompletnie nie zwracając uwagi na otoczenie. Zostały jeszcze dwie godziny do ciszy nocnej. Miał trochę czasu. Zresztą, cisza nocna nie obowiązuje Syriusza Blacka. Z takiego wychodził założenia.
     Idąc, nadal rozmyślał o Remusie i o nadnaturalnych. Kto w ogóle ich tak nazwał? Przecież czarodzieje też nimi byli. Dlaczego więc uważają się za kogoś lepszego, skoro są równi? To przecież nie miało sensu. Tylko, że tak samo robili nefilim. Mieli dokładnie takie samo myślenie. Dlaczego niektórzy uważają się za lepszych? Syriusz z bólem uznał, że chyba jest za młody, żeby to zrozumieć. Zabawne było to, że nienawidził, kiedy ktoś takimi słowami wykręcał się od odpowiedzi. A nagle on uznaje, że czegoś rzeczywiście nie potrafi zrozumieć. Przerywając swoje rozmyślania, zapukał do drzwi gabinetu profesorki Obrony przed Czarną Magią.
- Proszę! – Usłyszał podniesiony głos nauczycielki.
Wszedł do środka.
     Gabinet pani Auditore był przestronnym pomieszczeniem. Drzwi wejściowe były na środku ściany. Po ich lewej stronie stała szafa, a po prawej półka na książki. Na ścianach w kolorze beżowym wisiały obrazy i jedno lustro. Przy lewej ścianie stała kolejna szafka, na której leżały porozrzucane kartki z symbolami i runami, zapisane także słowami w języku, którego Syriusz nie znał. Naprzeciw niego stało biurko, za nim dwa okna i kolejna półka na książki, a przed nim dwa duże fotele. Uśmiechnął się.
- Dzień dobry – powiedział.
- Dzień dobry, Syriuszu. Co cię tu sprowadza? – Zapytała profesorka, odgarniając rude loki z twarzy. Odkryła tym gestem swoją lekko okrągłą twarz z delikatnymi piegami, małym nosem, pełnymi ustami i ładnymi, czekoladowymi oczami. To była ładna kobieta, która mogła mieć maksymalnie 25 lat.
- Chciałem z panią porozmawiać o… Nadnaturalnych – powiedział w końcu.
Nauczycielka przyjrzała mu się. Czuł się jakby prześwietlała go wzrokiem. Nie lubił, kiedy ktoś tak robił. Nienawidził, bo kojarzyło mu się to z jego matką.
- Będziemy się tego uczyć na lekcji – powiedziała powoli.
Speszył się. Co powiedziałby Remus?
- Ale mnie to bardzo interesuje! Jak pani zaczęła to opowiadać… Ja po prostu chciałem dowiedzieć się więcej – modlił się w duchu, żeby to wystarczyło.
- No dobrze – uśmiechnęła się po chwili. – Usiądź – wskazała na krzesło.
Syriusz westchnął. Udało się.
- Czego chciałbyś się dowiedzieć? – Zapytała.
Obrał już taktykę. Nie będzie prosto z mostu pytał o wilkołaki. Black był bowiem pewien, że nauczyciele wiedzą o… Przypadłości Remusa. Dlatego zadał inne pytanie.
- Dlaczego czarodzieje i nefilim tworzą jakby własne społeczności?
Profesorka zastanowiła się.
- Nie da się tego wytłumaczyć. Wielu naukowców i filozofów próbowało to wyjaśnić. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że istnieje normalne prawo dla wszystkich, politycy, urząd. Państwo. Wszystko. Ale poza tym każda z ras ma swoje szkoły, ministerstwa i tym podobne. My mamy szkoły magii, Ministerstwo, Pokątną… Nefilim mają instytuty i Clave. Czarownicy Spiralne Labirynty, czyli szkoły. Wampiry swoją radę. Wilkołaki Praetor Lupus. I wiele innych rzeczy, o których może nawet nie wiem. To jest skomplikowane.
Syriusz słuchał tego z szeroko otwartymi oczami. Jak to możliwe, że nigdy tego nie zauważył? Szybko jednak ogarnął się i uczepił tematu wilkołaków.
- Praetor Lupus? Co to?
- Wilcza Straż. Coś jak wiedźmini… - Kiedy nauczycielka spostrzegła jego pytający wzrok, dodała – albo nasi aurorzy.
Pokiwał głową, która zaczynała go boleć. Słuchał tego wszystkiego, tylu nowych nazw i wiadomości i przy okazji starał się to uporządkować, oraz wytłumaczyć. Za dużo.
- Wilkołaki nie mają nic poza tym? Szkół… Nic? – Zapytał.
- Nie. Tworzą tylko sfory. Oczywiście najbardziej znaną jest sfora Mortis. Śmierci. Od Greybacka. Ale niektóre wilkołaki żyją same. Są samotnymi wilkami.
- Likantropia… Kto był pierwszym wilkołakiem?
- Mówiłam już, że likantropia była chorobą demoniczną. Potomkowie tych chorych dziedziczyli wilkołactwo, ale już nie, jako chorobę, a jako rasę. Demony, które spowodowały tą epidemię wymarły. Teraz wilkołaki to rasa, a likantropia nie jest uznawana za chorobę. Bo nie da się z niej wyleczyć.
     Profesorka wstała. Syriusz patrzał, jak podchodziła do półki za biurkiem i sięgała z niej kilka książek. Rozłożyła je na blacie. - To wszystko jest o wilkołakach, ale naukowo. Napisane przez likantropów, ale nie tylko – tych książek było siedem. Każda z wybitnie mroczą okładką. – Ta – wskazała na zieloną, z czarnym wilkołakiem na okładce – jest pióra człowieka. W świecie mugoli… Przyziemnych… Nazwij ich jak chcesz. Tam też są ci, którzy wiedzą o nas. Muszą być.
Syriusz zaczął powoli przeglądać książki.
- Wilkołak. Pół człowiek pół wilk – zaczęła mówić Aurelia. Syriusz rzucił na nią okiem i uśmiechnął się pod nosem. Połknęła haczyk .




* - Moje wymysły. Zapomnijcie, jak to wyglądało w innych książkach i pamiętajcie, że to moja historia X3 (wiem, że Spiralny Labirynt to nie była szkoła. Wiem :D )

niedziela, 1 marca 2015

Rozdział 27.

     Kolejnych kilka dni, wyglądało typowo - lekcje, wypracowania, chwila odpoczynku. Huncwoci
nie lubili nudy, ale jednocześnie przez ten marazm nie mieli chęci na robienie czegokolwiek. 

- Musimy to zmienić, serio. Zaczyna się robić zbyt spokojnie - stwierdził James pewnego wieczoru.
- Jutro sobota. Ogarnijmy coś - powiedział Peter, znudzonym głosem.
- Coś? To musi być niesamowite i z rozmachem! - Krzyknął Syriusz, któremu nagle wróciły siły.
Remus patrzał na nich spod pół-przymkniętych powiek. Nie chciał robić czegokolwiek. Chciał skupić się na nauce i zadaniach domowych. Dlaczego oni cały czas musieli coś robić? Nie mogli być normalnymi uczniami?
- Zrobimy imprezę! - Krzyknął Syriusz.
Chyba nie mogli.
- Jaką imprezę, Syriusz?! Gdzie?! Proszę Cię, przesadzaj. - Mruknął Remus.
- Nie przesadzam. Ty wróciłeś, a my tego nie uczciliśmy!
Remus westchnął. Na prawdę nie miał ochoty na imprezę. Po co?
- No Remmy... To przecież świetny pomysł! - James dołączył do swojego najlepszego przyjaciela.
- Będzie super! - Następny, któremu wróciła energia. Peter zerwał się z łóżka i podszedł do Remusa. - Zgódź się! - Pettigrew potrząsnął nim.
- No dobra. Ale gdzie wy...
- Tu - Syriusz wypowiedział to głosem małego dziecka. - Damy radę. To wszystko się przeniesie w jedno miejsce... - Wskazał na łóżka i etażerki.
Remus był z lekką przerażony. Perspektywa czegoś takiego była okropna.
- P-powedzmy, że się zgadzam. Ktoś poza nami tez będzie? - Zapytał niepewnie.
Huncwoci zamyślili się.
- No Damien, Erick, Megan... - zaczął wymieniać Syriusz.
- Lily, Eleanor, Dorcas... - Dodał James.
- I ta... Agatha. Można by też ogarnąć Kingsley’a - Powiedział Peter.
Remus spojrzał na nich zdziwiony.
- W porządku. Ale ja nic nie organizuję. - Uniósł ręce do góry.
Przyjaciele parsknęli śmiechem.
- Jasne, Remmy! - Krzyknęli jednocześnie.
***
     Wszystko było gotowe. Meble z pokoju zostały ustawione pod ścianami, Syriusz zorganizował odtwarzacz, Peter zajął się jedzeniem, a Remus i James efektami. Teraz wystarczało poczekać, aż wszyscy się zjawią. Takie oczekiwanie zawsze jest najgorsze. Trzeba być wybitnie cierpliwym, żeby to wytrwać bez stresu…
- KIEDY ONI PRZYJDĄ?! – Krzyknął James po dwudziestu minutach oczekiwania.
- Umówiliśmy się na dwudziestą, jest dziewiętnasta dziesięć, Jim – mruknął Remus. Leżał na łóżku i czytał książkę. Wyglądał tak, jakby to wszystko go nie obchodziło.
- Ale ja już chcę… - Czarnowłosy zrobił minę zbitego psa.
- Właśnie! Tu wszystko tak czeka, stoi i też się nudzi… - żachnął się Syriusz.
- Przesadzacie. – Remus spojrzał spod pół przymkniętych powiek na Petera, który dekorował ciasteczka. – Czemu to robisz, Peter?
Pettigrew oderwał się od swojego zajęcia i spojrzał na Remusa.
- Chcę żeby było ładnie – powiedział.
Jego przyjaciele zaśmiali się.
- Ty chyba będziesz cukiernikiem, co? – Podsunął Syriusz, podchodząc do Petera i uderzając go lekko w ramie.
- Może. Albo po prostu kucharzem. To chyba najbardziej do mnie pasuje. Raczej aurorem nie zostanę – uśmiechnął się.
- Taa… To chyba nie dla ciebie – zaśmiał się James. – Ja będę aurorem! – Uderzył się w pierś. – A ty Syriusz?
Brunet spojrzał na niego.
- Nie wiem. Może auror to nie jest taki zły zawód… Ale nie wiem – wzruszył ramionami. – Remmy?
Remus zastanowił się. Jaki zawód mógłby wybrać? Czy cokolwiek było dla niego odpowiednie? Może inaczej. Czy ktokolwiek dałby mu pracę?
- Nigdy się nad tym nie zastanawiałem – powiedział. – Nie mam pojęcia.
Wszyscy wzruszyli ramionami.
- Będziemy mieć potem jakieś spotkania w sprawach zawodu, nie? – Zapytał James.
- Tak – mruknął Remus.
- To miło. Może ci to pomoże, Remm.
Remus tylko odburknął coś niezrozumiale.
     Ktoś zapukał do ich drzwi. Syriusz rzucił się, by je otworzyć i po chwili wrócił z Megan. Miała na sobie krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach. Pomimo zimy.
- Wiecie, że możemy mieć kłopoty, bo cisza nocna zaczyna się o dziesiątej? – Powiedziała, siadając na podłodze i opierając się o ścianę.
- To nie był mój pomysł. Ja uważam, że to, co tu się dzieje i dziać będzie, to tragedia – stwierdził Remus.
- O! A jeszcze przed chwilą nam pomagałeś! Ty zdrajco! – Peter wskazał na niego palcem.
- Pomagałem, bo tego wymagaliście. Miałem patrzeć jak sami się męczycie z tymi meblami? Wtedy od razu byście mnie zabili – westchnął.
Megan zaśmiała się.
     Po niedługim czasie ich dormitorium wypełnione było ludźmi. Każdy, kto miał przyjść, przyszedł. Było miło. Muzyka wypełniała pokój, jednakże nie była nachalnie głośna, więc raczej nikt nie powinien mieć problemów.
- A teraz wznieśmy soczkowy toast – powiedział Syriusz, stając na wyczarowanym przez Remusa podeście. Peter w tym czasie lawirował między przyjaciółmi, rozdając im soczki z liczi i cytryny (żeby miały kolor, co najmniej likieru). – Ponieważ ta impreza zorganizowana została pod pretekstem powrotu Remusa…
- Wcale nie chodziło o to, że było nudno, nie… - Powiedział James na tyle głośno, żeby wszyscy słyszeli, ale na tyle cicho, żeby można było uznać to za uwagę do Syriusza. Wszyscy parsknęli śmiechem.
- … Pociągnijmy to dalej i wznieśmy toast za to, że Remmy wrócił do nas zdrowy. Tak – Syriusz uniósł swoją szklaneczkę i wypił jej zawartość za jednym razem.
Kiedy Syriusz skończył mówić, zza jego pleców wystrzeliły kolorowe fajerwerki – to właśnie te „efekty” przygotowywali James i Remus. Między innymi te. Remus uśmiechnął się.
     Cała impreza trwała do dwunastej w nocy. Wszyscy świetnie się bawili. Nawet Agatha, która na początku stała ze swoimi koleżankami, wyraźnie negatywnie nastawiona to całego przedsięwzięcia. Później i ona zaczęła tańczyć, tak jak każdy.
- To jednak wyszło – szepnął Remusowi do ucha James, kiedy wszyscy bawili się w najlepsze, a oni stali z boku.
- Taa… Ale ja nadal się boję.
- Czego?
- Że profesorka przyjdzie. Że ktoś jej powie.
James spojrzał na niego badawczo.
- Niby kto miałby? Nikt z innego domu nie wie, a nasi nie powiedzą, bo nas lubią. Poza tym… Też chcą unikać awantur.
- Nie wiem. Po prostu nie chcę, żeby to wszystko wyszło na zewnątrz.
- Nie wyjdzie – James poklepał go po ramieniu. – Będzie dobrze, zobaczysz. Chodź tańczyć.
- Zapraszasz mnie do tańca? – Remus zakrył sobie usta dłonią, jak to robią te dziwne dziewczyny na filmach. James zaśmiał się.
- Tak, mój drogi – ukłonił się u podał mu swoją rękę. Remus chwycił ją i po chwili tańczyli obok siebie, śmiejąc się wesoło.
Można upić się soczkiem z liczi.
***
     Kiedy wszyscy poszli, Huncwoci byli tak zmęczeni, że nie chciało im się nawet odsuwać mebli na swoje miejsce. Po prostu położyli się na jakby wspólnym łóżku złożonym z dwóch osobnych i zasnęli.
     Rano Remus jak zwykle obudził się pierwszy. Poszedł do łazienki, ogarnął się i kiedy wyszedł spojrzał na zegarek. Była ósma. Remus zastanowił się, dlaczego tak szybko się obudził. Ogólnie rzecz biorąc, nie był rannym ptaszkiem. Wstawał szybko tylko wtedy, kiedy miał coś ważnego do zrobienia. Ale co miał zrobić? Nie pamiętał.
     Obudził swoich przyjaciół, – co oni przyjęli głośnymi jękami niezadowolenia - po czym zaczęli sprzątać. Zajęło im to trzy i pół godziny – dla porównania przygotowanie trwało półtorej –, więc kiedy skończyli znów położyli się spać.
***
     Syriusz nie spał dobrze po sprzątaniu dormitorium. Można by powiedzieć, że wręcz przeciwnie – spało mu się okropnie. Nękały go koszmary. Śniło mu się, że matka go wydziedzicza, że bije go znienawidzonym przez niego skórzanym i grubym paskiem. W zasadzie to pierwsze było tylko przewidywaniem przyszłości, zaś drugie – wspomnieniem. Nie dziwnym, więc było, że wstał po godzinie snu. Wygramolił się z łóżka i uśmiechnął, patrząc na swoich przyjaciół. Spali słodko, jeden obok drugiego. Kiedy tylko James (obok którego spał Syriusz) poczuł, że ma wolną przestrzeń, od razu zmienił pozycję. Syriusz zaśmiał się cicho i przebrał się, po czym wyszedł z pokoju. Był głodny, więc skierował się do kuchni. Nie było sensu iść do Wielkiej Sali, ponieważ pora śniadaniowa dawno minęła.
     Kiedy wychodził, spotkał Ericka.
- Cześć Erick! – Przywitał go z uśmiechem. – Wyspany?
- Nawet… Razem z chłopakami spaliśmy chyba do jedenastej. A i tak jesteśmy trochę zmęczeni – zaśmiał się.
- No tak… Trochę to wczoraj trwało.
- Taa… Chyba w przyszłości będziecie organizować takie imprezy, ale na cały dom, co? Czuję to. Macie do tego smykałkę. Wyszła wam, ta wczoraj.
Syriusz spojrzał na niego uradowany

- Może. Nie, no… Na pewno! – Klasnął w dłonie.
Erick zaśmiał się.
- A co z waszym pokojem? Już posprzątany?
- Tak. Ogarnęliśmy go jakaś godzinę temu.
- Ile wam to zajęło.
- Trzy i pół godziny mojego życia zmarnowane! – Syriusz wyrzucił ręce w górę.
- No tak – Erick poklepał go po ramieniu. – Ej, Syriusz. Przypomnisz Remusowi, żeby się ze mną spotkał?
Syriusz spojrzał na niego zdziwiony.
- Jasne.
Erick uśmiechnął się w odpowiedzi i poszedł w swoją stronę.
     Syriusz poszedł do kuchni. Od jakiegoś czasu nękała go dziwna myśl – z Remusem jest coś nie tak. Co miesiąc znika i za każdym razem ma inne wytłumaczenie. Wraca zmęczony, z rozcięciami na rękach, czasem na twarzy. Często ma siniaki. Poza tym jest bardzo zwinny i szybki, nie wspominając już o jego niebywałym słuchu. Co jest nie w porządku? Może jego rodzice znęcają się nad nim? Nie… To niemożliwe. Widział przecież jego rodziców na peronie. Wyglądali na szczęśliwą rodzinę. Poza tym Remus do nich pisze i zawsze wyraża się o nich w miły sposób. Ale i tak coś mu nie pasowało. Nie był przecież idiotą. Potrafił zauważyć takie rzeczy. Tylko, o co chodziło?
***
     - Gdzie Syriusz? – Zapytał James, siadając przy stoliku w Pokoju Wspólnym.
- Tutaj! Ha-ha! – Krzyknął Black, siadając obok niego i kładąc nogi na stole.
Remus spojrzał na niego z dezaprobatą.
- Weź to – wskazał na niego.
- Przestań. Zresztą i tak musisz iść. Erick kazał ci przypomnieć.
Wilkołak uderzył się mocno w głowę. To to była ta ważna rzecz! Miał się z nim spotkać rano!... O dwunastej, dobrze… No, ale rano.
- Dzięki, że mi przypomniałeś, Syri.
- Nie ma, za co – Syriusz wzruszył ramionami.
Remus stał pod drzwiami do sypialni Ericka i czekał, aż ktoś mu otworzy. W końcu doczekał się.
- Cooo – Damien nie ukrył ziewnięcia. Wyglądał zabawnie. Miał na sobie duży sweterek i czarne spodnie, ale poza tym jego długie do linii ramion, blond włosy z czarnymi odrostami, były we wielkim nieładzie, a na jego policzkach rozlewały się rumieńce. Przecierał oczy dłonią.
- Spałeś? – Zapytał Remus retorycznie.
- Taa… Co się stało?
- Jest Erick? – Remus zajrzał do sypialni.
- E-e. Poszedł na błonia.
- Oh. Dzięki Damien!
- Spoko. Idę spać – mruknął i odwrócił się, zamykając drzwi.
     Remus biegł na błonia, jednocześnie wzrokiem przeczesując korytarz. Erick mógł przecież już wracać. Miał nadzieję, że uda mu się go znaleźć i, że chłopak nie będzie na niego zły. Wybiegł z zamku i od razu zobaczył Ericka. Podszedł do niego.
- Przepraszam – powiedział.
Erick spojrzał na niego pobłażliwie.
- Jasne. Przecież byliście zajęci, poza tym zmęczeni. Mogłeś zapomnieć – uśmiechnął się. – Jak się czujesz?
Remus bardzo lubił Ericka właśnie za to. Był bardzo wyrozumiały, a poza tym szczery i opiekuńczy.
- Dobrze. Teraz mów, co się stało.
Erick westchnął.
- Moja mama jest chora. A ze względu na pewne… Niedogodności… Nie może jechać do szpitala. Mój tata jest uzdrowicielem, więc wie, co robić, ale nie ma podstawowego składniku eliksiru. Nie chce zostawiać mamy w domu, żeby nic jej się nie stało, kiedy będzie na Pokątnej, więc potrzebuje mnie. – Wyjaśnił Erick. – Musimy znaleźć tojad. Ja nawet nie wiem, gdzie go szukać, ale ty słuchasz na zielarstwie.
- Tak. Ale… Musimy wejść do… - Remus spojrzał w stronę Zakazanego Lasu.
- Wiem. Właśnie, dlatego biorę ciebie, a nie Damiena. On by nie dał rady. Dzisiaj jest zbyt zmęczony. Wczoraj daliście ten soczek z liczi. Okazało się, że Dam jest uczulony i teraz źle się czuje. Ale nie pójdzie do pielęgniarki, bo musiałby powiedzieć, co się stało.
- Naprawdę? – Remus się zaśmiał. – Kurcze, to źle. Ale raczej mu przejdzie. Wracając, to wiesz… Ten las jest… Zakazany…
- No.
Remus spojrzał na niego badawczo.
- Chodźmy – odpowiedział zanim niepewność wzięła górę.
Erick uśmiechnął się i razem poszli do Lasu.
     Młody Lupin zdziwił się, jak bardzo ciemno było w lesie, pomimo tego, że świeciło słońce. Było tu zimno, pachniało zgnilizną, a wokół roznosiły się nieprzyjemne dźwięki.
- Nie jest to szczególnie przyjemne – mruknął Erick, kiedy kropelka wody, wpadła mu za kołnierz kurtki.
- Zgadzam się.
     Podobno wilkołaki mogą wyczuć tojad. Bo to działa na nie odstraszająco. Remus węszył, więc w poszukiwaniu rośliny. Po jakimś czasie znalazł trop.
- Chodźmy. – Wskazał na jedno z rozwidleń. Erick pomaszerował za nim.
-A jak coś nas zaatakuje? – Zapytał.
- Cóż. Jakoś sobie poradzimy.
Dalej szli w ciszy.
     W końcu znaleźli roślinę. Tylko był problem. Remus pamiętał z lekcji obrony przed czarną magią, że Błotoryje chętnie jedzą tojad. Teraz, kiedy stał razem z Erickiem niedaleko tej rośliny, zobaczyli, że z gęstwin zarośli wychodzi około dziesięć tychże stworzeń.
- Pamiętasz, jakie zaklęcia na nie działają? – Zapytał Erick.*
- Orchideus, avifoures, ebublio, inflantus… I boją się iskier, więc relashio też ma sens. – Wyrecytował Remus.
Obydwoje wyciągnęli różdżki i stanęli do walki o tojad.
     Zabicie Błotoryja wcale nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać. Te stworzenia miały grubą skórę, pokrytą łuskami, więc trzeba było dobrze celować i rzucać jak najmocniejsze zaklęcia, żeby umarły.
- Avifoures! – Krzyknął Remus, skupiając całą swoją uwagę na jednym z dwóch atakujących go Błotoryjów.
Kątem oka widział, jak Erick odsuwa się od trzech napastników i dotyka krwawiącego uda. Te stworzenia mają ostre zęby.
- Inflantus! – Jeden z błotoryjów umarł. Został mu jeszcze jeden i trzy pozostałe, które jak na razie patrzały na wszystko z boku. Poza tym Erick nadal walczył z dwoma.
- Orchideus! Ebublio! Inflantus! – Kolejny napastnik umarł.
     Kiedy rozprawili się ze wszystkimi, zerwali tojad, włożyli go do puszki, którą Erick wziął ze sobą i pobiegli w stronę wyjścia.
- Erick, nic ci nie jest? – Zapytał Remus, patrząc na krew na spodniach kolegi.
- Nie. Jest dobrze. Uleczyłem się – Erick uśmiechnął się.
Nagle coś wyskoczyło z krzaków i powaliło Ericka na ziemię. Remus spojrzał na to stworzenie. Był to erkling. Wysoki na trzy stopy, patyczkowaty stwór, posługujący się czymś na kształt pukawki. Zza krzaków wyszedł kolejny i Remus cofnął się o krok.
Zaklęcie, zaklęcie…
Gorączkowo myślał, jak je unieszkodliwić. Przypomniało mu się jedno z zaklęć, jakie podawała pani Auditore na lekcji. Pullus.
- Pullus! – Krzyknął. Nic się nie stało. Po kolejnych dwóch próbach został postrzelony z broni jednego z erklingów. Okazało się, że jest to zwykły kawałek zaostrzonego drewna. Ale i tak zabolało. Erklingi zbliżały się do niego, a on nadal nie wiedział jakiego zaklęcia użyć. Postanowił spróbować jeszcze raz. Skupił się na tym, co chciał uzyskać, spojrzał na stworzenia…
- PULLUS! – Ryknął.
Zaklęcie zadziałało lepiej niż myślał. Biały płomień wystrzelił z jego różdżki i powalił napastników. Remus wyminął ich i podbiegł do Ericka, leżącego na ziemi.
- Erick, ej, Erick! – Poklepał go po twarzy. Na szczęście przyjaciel otworzył oczy. – Jak się czujesz?
- Boli mnie klatka piersiowa – mruknął.
- Volnera Samatur – szepnął Remus, celując różdżką w Ericka. Ten jęknął cicho. – Anapneo.
- Oo… Już lepiej – Erick westchnął głęboko. – Uciekajmy, zanim jeszcze coś nas zaatakuje.
     Kiedy wybiegli z lasu, był już wieczór. Remus oparł się o jedno z drzew i odetchnął głęboko.
- Wracajmy do Pokoju. Chcę już odpocząć – mruknął.
Poszli, więc.
     Udało im się bez większych problemów dojść do portretu Grubej Damy.
- Dziękuję ci Remmy. Dziękuję za pomoc – Erick przytulił go.
- Nie ma, za co.
***
      Remus bardzo lubił lekcje obrony przed czarną magią. Były przydatne – o czym już sam kilkakrotnie się przekonał – i przyjemne. Huncwoci szli pod klasę pani Auditore, rozmawiając wesoło. Doszli równo z dzwonkiem. Jak zawsze.
     Lekcja zapowiadała się ciekawie. Profesorka przyniosła ze sobą kilka zwiniętych pergaminów i dwie stare księgi.
- Dzisiaj, moi drodzy, porozmawiamy o innych rasach. Tak zwanych nadnaturalnych. – Remus wzdrygnął się. – Niektórzy mogą uważać, że to nie są ludzie, tylko zwierzęta. Tak nawet traktuje się och w naszym podręczniku. Ale ja wam powiem, że tak nie jest. To są istoty obdarzone specjalnymi zdolnościami. Każda z ras ma swoją historię i każda jest niesamowita. Bo czym jesteśmy my? Ludźmi, którzy dostali dar władania magią. Ale to samo otrzymali czarownicy. Bo są czarodzieje i czarownicy. Tylko, że my musimy używać różdżek, nie odprawiamy rytuałów… Czarownicy nie potrzebują artefaktów. Może nielicznie używają specjalnych, rzeźbionych noży. Poza tym, oni lubują się w magii rytualnej, przyzywają demony… Bo właśnie od czarnych demonów powstali. Od Lilith. I właśnie. Czarne demony są stworzeniami. Nie mają klasyfikacji ludzkiej. Za to białe demony już tak. Biały demon, to człowiek z mocami demonów. Może wniknąć do naszego ciała i zawładnąć nim. Może posługiwać się czarnomagicznymi artefaktami, żeby mieć większą moc. Odłamem białych demonów są Inkuby i Sukkuby. To połączenie wampira i demona. Poźniej są wampiry i wilkołaki, które powstały przez choroby demoniczne. Dalej Nefilim, potomkowie Rzjela. Pół ludzie-pół anioły. Anioły… Dzieci Archaniołów lub jak kto woli Aniołów… Prawdziwych, tych bożych, świętych. Anioły jako nadnaturalni są dziećmi tych właśnie Archaniołów i ludzi. Często ludzie zastanawiają się, dlaczego Nefilim nie mają skrzydeł, nie są jak potomkowie innych aniołów. To dlatego, że pierwszy Nefilim, Jonathan, nie był synem Razjela. On tylko wypił jego krew. – Remus słuchał jak urzeczony tego, co mówiła profesorka. Z tego co widział reszta klasy tak samo. – To jest różnica. Nefilim mają anielską moc, mają swoje runy. Anioły też mają moce, ale poza tym mają skrzydła, które wyrastają im z barków, kiedy tylko chcą. Kolejna rasa… Elfy leśne. Nie wiadomo dokładnie jak one powstały. Ale też należą do nadnaturalnych. Potem są wróżki. Faerie, czyli dzieci wróżek i elfów...
- Proszę pani, ale elfy są szkodnikami… - Powiedział jakiś chłopak z Ravenclawu.
- Tak. Ale to są elfy zwykłe. Małe, ze skrzydełkami. Elfy leśne to ludzie. Są ludźmi w pewnym stopniu. Kontynuując. O faerie nie wiemy zbyt wiele, bo są skryte i swoją historię zatrzymują dla siebie. Wiemy tylko tyle, że pochodzą od elfów leśnych i wróżek. Na kolejnych lekcjach będziemy omawiać każdą z ras po kolei. Poza tymi, które teraz wymieniłam, jest ich do omówienia jeszcze kilka a o wiele więcej istnieje. Tylko są albo bardzo rzadkie, albo dobrze się ukrywają.




*Uznajmy, że na terenie szkoły oni mogą bezkarnie używać zaklęć. Bo w książce chyba nie mogli. 

Oto i kolejna notka! ;D
Mam dla was także świetne wieści...
DOSTANĘ SZABLON!
Na Land of Grafic od Lulu. Pięknie będzie ;*
Do napisania!

Lunaris