wtorek, 23 września 2014

Rozdział 20.

Czytasz? Komentuj! Daj znak, że mam dla kogo pisać!
Poza tym, zapraszam do zwrócenia uwagi na kolumienkę "Prorok" .
Informacje dotyczące rozdziałów, jeśli chcecie. 


- Chcę coś zjeść! - Krzyknął Peter, kiedy siedzieli w Pokoju Wspólnym w środę, po lekcjach. Pogoda za oknem była śliczna; słońce w świeciło mocno, pomimo nieubłaganie zbliżającej się jesieni, na niebie nie było ani jednej chmurki, poza tym wiał lekki i przyjemny wiatr. Jeden z tych wiatrów, które nie sprawiają, że człowiek nie chce wystawiać nosa za drzwi, ale wręcz przeciwnie, chciałby wybiec mu na przeciw z krzykiem "Nie zwiejesz mnie!". To był taki wiatr, który dodaje pozytywnej energii.
Udało im się zająć sobie miejsce przy stoliku pod oknem, więc Remus szybko rzucił się na fotel przy oknie, rozkładając się na nim wygodnie i napawał się słońcem, którego promienie przyjemnie smagały mu twarz.
- Pete, nie żeby coś - Syriusz uniósł ręce. - Ale ty zawsze chcesz coś zjeść. - Poklepał przyjaciela po ramieniu. Peter spojrzał na niego, ale nie odpowiedział. James parsknął śmiechem i z wesołym wzrokiem spojrzał na Remusa, po czym kiwnął w stronę przyjaciół i wywrócił oczami. Remus zrobił pobłażliwą minę i puknął się palcem w czoło śmiejąc się. Wyjrzał na zewnątrz.
- Syriusz, otwórz okno - polecił przyjacielowi. Ten niechętnie wstał i spełnił prośbę.
W tym czasie James zajął mu miejsce, bo siedział najdalej od okna i promienie słońca nie ogrzewały go.
- O nie Potter! Nie ma takiej opcji w ogóle! Spadaj! - Syriusz pchnął Jima.
- E-e! Wstałeś, miałem prawo to zrobić!
- Jesteście w zmowie! To mistyfikacja i oszczerstwo! - Wskazał palcem na Remusa, który uniósł ręce w poddańczym geście.
- Ja nic nie zrobiłem - powiedział znudzonym głosem. - Poza tym Syriuszu, nie wiedziałem, że znasz takie trudne słowa.
- Nie znam. Rzucałem na chybił trafił. Udało mi się dobrze je wykorzystać? - Uśmiechnął się szeroko, najwidoczniej się poddając i siadając na uprzednim miejscu Jamesa, który patrzał na niego z wyrazem triumfu na twarzy.
Remus zaś spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Tak, udało ci się, głupku - machnął na niego ręką.
Peter śmiał się już od dłuższego czasu.
- Stop! - Uniósł jedną rękę. - Nie mam już siły! Boli! - Jęknął. - Brzuch! Mnie! - Wziął duży wdech; był cały czerwony od śmiechu. - To wasza wina!
Teraz wszyscy się śmieli.
Potem Remus znowu spojrzał na zewnątrz, przez czystą do połysku szybę. Pomyślał, że skrzaty w Hogwarcie muszą bardzo ciężko pracować, bo wszędzie wszystko wygląda idealnie. Pozwolił swoim myślom błądzić. Po zakamarkach Hogwartu, błoni, Zakazanego Lasu. Wszystko było takie świetne. Sam fakt, że jest tu. Że z resztą Huncwotów łączy go taka mocna więź, że są dla siebie jak bracia. To wszystko było niewypowiedzianie niesamowite. Huncwoci nie mieli przed sobą tajemnic. No, dobrze. Oficjalnie nie mieli. Remus spochmurniał.

Czy skoro jesteśmy sobie tak bliscy, powinienem im powiedzieć?
Czy to nie jest przypadkiem oszukiwanie?
Wmawianie im nieprawdy?
Mydlenie oczu?
Nagle zainteresował się Wierzbą Bijącą. Kolejnym artefaktem jego likantropii. Przykre było to, że Remus chciał powiedzieć przyjaciołom, czym jest. Ale co z tego, że chciał? Że miał dobre chęci? "Droga do piekła jest wybrukowana dobrymi chęciami". I tak jest już potępiony, więc czemu by nie spróbować? No, ale co by było, gdyby im powiedział? Syriusz jest z rodziny, która nienawidzi mieszańców. Peter pewnie też. O Jamesie nie wspominając, przecież jego tata jest aurorem.
Już kilka razy złapał się na myśleniu na temat tego, czy się przyznać. To źle. Czyżby  zamierzał zdradzić swój sekret? Czyżby chciał wtajemniczyć przypadkowe osoby w tajniki swojego cierpienia? Z drugiej strony, czy jego przyjaciele nie byli jedynymi osobami z zewnątrz, którym mógł to powiedzieć? Czy chce dalej tak żyć? Okłamywać tych, na których mu zależy? Być fałszywym? Czasami czuł się jak zbieg z Azkabanu. Czasami myślał, że lepiej byłoby nie mieć przyjaciół. Nie miałby takich problemów. Ale czy to nie jest samolubność? Która z opcji byłaby samolubna? Czy w ogóle którakolwiek jest? I która z nich bardziej podchodzi pod masochizm, skoro i z jednej, i z drugiej strony jest mu trudno i niedobrze? Nie wiedział i najprawdopodobniej nigdy się nie dowie. Bo, czy sensownym jest rozmyślać nad czymś takim? Czy jest sens psuć sobie samopoczucie? Westchnął głęboko. 
Zbyt dużo myślisz. 
- Remusiaku, słuchasz mnie, kochanie? - James pomachał mu ręką przed oczami.
- Tak. Nie. Powtórz - powiedział, potrząsając głową.
- Co ty robisz, hę? - Zapytał Syriusz. - Ostatnio często błądzisz myślami. Gdzieś.
- No przepraszam, no - jęknął.
- Coś się stało? - Zainteresował się Peter. - Nam możesz powiedzieć wszystko. 
Jesteś pewien? Nawet to, że jeśli zechcę mogę zabić cię jednym ruchem ręki?  
- Nie. Nic - przetarł twarz dłonią i spojrzał na Jamesa..- Mów.
Jim uśmiechnął się pobłażliwie.
- Dobra, powiem od początku. Czytałem Proroka i tam pisali o Greybacku. Wiesz coś o nim?
- Dlaczego miałbym coś o nim wiedzieć? Nie rozumiem, dlaczego mnie pytasz. Skąd mam mieć jakąkolwiek wiedzę na jego temat? Nie znam go. Nigdy nawet go nie widziałem - zdenerwował się Remus.
- Ej. Po prostu Syriusz i Peter, ani ja nic nie wiemy - James zaczął go uspokajać.
Na to zdenerwował się jeszcze bardziej. Teraz zaczną coś podejrzewać.
- Coś tam wiem... No, on jest wilkołakiem. Przemienia małe dzieci. Najczęściej chłopców. Gwałci ich... - Przełknął ślinę. - Ponoć jest okropny.
Chłopaki patrzeli na niego.
- Czytałem o nim. Jest poszukiwany - mruknął Jim.
- Nie zamkną go. Nie uda im się - powiedział Remus z przekonaniem.
- Dlaczego? Aurorzy są świetnie wyszkoleni - wtrącił Syriusz.
- Właśnie. Poza tym, ich jest wielu, a on sam jeden - dodał Peter.
Remus pokręcił głową.
- Najpierw trzeba go znaleźć. A to nie jest proste. Powiem więcej, to jest prawie awykonalne - podkreślił ostatnie słowo. - Uznajmy, że go znajdą. Ale na sto procent nie uda im się go złapać. Nie zamkną go.
Syriusz wzruszył ramionami.
- Cóż. Hej, a wiecie czy to prawda, że kiedy zabije się wilkołaka, to wszyscy, których przemienił znowu stają się ludźmi? - Peter zmienił temat.
- To nie jest prawda. Zabijesz go to umiera. I tyle. Brak jakichkolwiek dodatków, czy efektów specjalnych - Remus kiedyś wierzył, że tak jest. Zbije Greybacka i znów będzie mógł wieść zwyczajne życie. Ale czy on potrafiłby wieść normalne życie? Chyba nie. Pomimo wszystko, przyzwyczaił się do bycia wilkołakiem, a poza negatywnymi, były też pozytywne strony takiej egzystencji.
- Skąd tyle wiesz o wilkołakach, Remmy? - Zapytał nagle James, po chwili ciszy.
- Eee... Interesuję się nimi - Trzeba zmienić temat. Zmienić temat. - A co z tymi dziwnymi zniknięciami mugoli, ostatnimi czasy?
- Tez o tym czytałem... - Zaczął James, ale Syriusz mu przerwał.
- To ty taki oczytany bardziej jesteś...
Jim obrzucił go zranionym spojrzeniem, ale nie odgryzł się.
- Myślę, że te zniknięcia są ze sobą powiązane.
- No, poza tym ich wszystkich musiał porwać i zabić czarodziej - dodał Peter.
- Taa... - James opadł na oparcie fotela, rozkładając się w nim.
- Ale po co komu mordować tylu mugoli? - Zapytał Syriusz.
- Ludzie są dziwni, a niektórzy nie mogą znieść myśli, że mugole żyją. Więc... Zresztą - Remus machnął ręką z roztargnieniem. - Nie ważne. Nie rozmawiajmy o tym.
- Ej, a może to właśnie Greyback? - Powiedział Peter.
Wszyscy na niego spojrzeli.
- Wątpię. - Westchnął Remus. Miał dość tych tematów, chociaż sam się ich podjął. - Wracajmy do sypialni - zaproponował.
Więc poszli. Usiedli na łóżku Remus, stojącym w rogu pokoju.
- Wracając do tego co mówiłem. Głody jestem - jęknął Peter.
- No, to... Mam chipsy - Syriusz z cichym westchnieniem wstał z łóżka i podszedł do swojej szafki wyjmując z niej opakowanie mugolskich lays'ów.
- Ja mam cukierki - tum razem James wstał.
-Ja opakowanie mini-batoników - Remus zgramolił się z łóżka i otworzył swoją szafkę. Poszperał w niej i w końcu znalazł wcześniej wspomniane słodycze.
Wrócił na swoje miejsce między Syriuszem opierającym się o ścianę przy wezgłowiu łóżka, a Peterem.
- Syriusz? - Zaczął James. - Wiesz, od dłuższego czasu chcę ci coś powiedzieć.
Syriusz spojrzał na niego z zaciekawieniem.
- Mów więc.
- Jesteś idiotą.
Peter i Remus śmiali się głośno, kiedy Syriusz rzucił się na Jamesa. Turlali się po łóżku, aż w końcu z niego spadli. James podniósł się, masując głowę.
- Aua. Boli. Tu - powiedział jak dziecko, płaczliwym głosem.
- Mam to samo - Syriusz rzucił się na swoje miejsce, uderzając przy tym Remusa. Bolałoby, gdyby nie wilkołactwo.
***
Remus nie mógł zasnąć. Wiercił się, kręcił i nic nie dawało liczenie owiec, wymyślanie historyjek, czy nawet nie otwieranie oczu na siłę, przez dłuższy czas. Wstał i podszedł do okna, siadając na podłodze. Patrzał na błonia oświetlone blaskiem księżyca, który teraz bardziej przypominał rogalik. Taki chudy, czekoladowy rogalik, taki, który Remus z chęcią by zjadł. Albo nie. Taki z nadzieniem kokosowym, którego Remus by nie tknął, bo przyprawiłby go o wymioty. Tak. Takie porównanie wydaje się być lepsze.
Ze swojej perspektywy widział wyjście ze szkoły. I właśnie ktoś nim wychodził. Jakaś postać owiana nutą tajemnicy i cienia. Ubrana na czarno, w skórzane spodnie i gorset. To musiała być kobieta. Miała włosy sięgające kawałek za ramiona. Ciemne. Kto to był?
Po chwili postać weszła za krzaki, przez co Remus stracił ją z oczu. Nie widział jej przez jakiś czas, aż w końcu coś poruszyło gałęziami krzewu. Zza krzaków wyszedł duży, biały wilk i popędził w stronę Zakazanego Lasu. Remus patrzał za nim długo. Potem wstał i położył się do łóżka. Zasnął od razu.
***
Remus lubił lekcje Obrony Przed Czarną Magią. Syriusz lubił lekcje Asrtonomii. James lubił lekcje Zaklęć. Peter lubił lekcje Zielarstwa. Ale zgodnie, Huncwoci nienawidzili lekcji Historii Magii. Były nudne, żmudne i bez sensu prowadzone. Każdy z nich łudził się, że profesor Binns chociaż raz ich zaskoczy i zrobi coś ciekawego. Ale nie. On wchodził do klasy wolnym krokiem, stawał za katedrą i zaczynał swój monotonny i nieciekawy monolog, trwający całą lekcje. Zdawał się nie zauważać tego, że nikt go nie słucha i jedynie trzy osoby w całej klasie cokolwiek notują. Więc i tym razem, nie odstawiając swojego zwykłego przyzwyczajenia, Binns wszedł do klasy, ustał za katedrą, wyciągnął notatki. I już miał zacząć wygłaszać mowę, kiedy do klasy wparował profesor Nickmann.
- Panie profesorze - powiedział na wydechu, opierając się o framugę drzwi. Był wyraźnie zmęczony, jakby przebiegł spory kawałek. - Profesor Dumbledore pana wzywa. Mówi, że to ważne i, że musi pan do niego iść.
- A co z lekcją? - Zapytał, nie chcąc zostawiać swojego rytuału niedokończonego. Może chociaż kilkanaście minut monologu? Dwadzieścia? Dziesięć? Pięć?
Nie? Westchnął.
- Ja ją poprowadzę. Zastąpię pana - nauczyciel run uśmiechnął się rozbrajająco czarująco.
- No dobrze, skoro to takie ważne - podrapał się z tyłu głowy. - Tu są notatki.
I wyszedł. Nickmann zamknął za nim drzwi.
- Witam was. Nie znacie mnie zapewne, no, może pomijając kilka osób - tu spojrzał na Huncwotów. - Nazywam się Louis Nickamnn, jestem nauczycielem Starożytnych Run. Z historią raczej ma to niewiele wspólnego - usiadł na schodkach pod tablicą, tak, żeby wszyscy go widzieli, ale nie musiał się wysilać, żeby stać - więc powiedzcie mi, co teraz przerabiacie?
W klasie cisza. Ale wszyscy patrzeli na nieznanego nauczyciela z zaciekawieniem. Wiele dziewcząt nawet z niemałym zauroczeniem; profesor był przystojny.
- Aha. Okej - powiedział. - Czyli muszę wstać. Piękne dzięki, wiecie? - Westchnął teatralnie i wstał. Wziął notatki Binnsa do ręki. - Jejku, jakie kaligraficzne pismo - mruknął.
Po chwili ciszy odwrócił się do klasy, opierając się o ścianę.
- Dobra. Uznaję, że nie ma sensu, żebym wam to mówił. I tak nikt z was nic nie notuje. A ten temat nie jest aż taki ważny. Poza tym, jeśli powiem profesorowi Binnsowi, że to z wami przerobiłem, a wy przytakniecie, jeśli się was zapyta, co nadmieńmy, raczej się nie stanie, będzie dobrze. Pójdziemy na takie coś? - Po klasie rozległo się entuzjastyczne "tak". Nauczyciel uśmiechnął się. - Chcecie pogadać o czymś? O moim przedmiocie? Albo... No nie wiem. Jak macie jakiekolwiek pytania do mojej osoby, walcie śmiało.
Jakaś uczennica zgłosiła się. Profesor spojrzał na nią i kiwnął głową.
- Jest pan w związku?
Śmiechy rozległy się po klasie.
- Tak. A co? - Uśmiechnął się.
Uczennica pokręciła głową i oddała uśmiech. Remusowi przypomniało się kilka scen. Pierwsza w korytarzu. Kiedy usłyszał dwóch mężczyzn i widział, jak się całują. Potem kartka do Eiri'ego, od Nickmann'a i to jego dziwne, podekscytowane spojrzenie. Wyrzut w głosie profesora, kiedy nauczyciel astronomii nie przyszedł do niego, tak jak obiecał. Remus nie chciał wiedzieć co Eiri obiecał Nickmann'owi. Zrozumiał wystarczająco dużo, żeby uśmiechnąć się głupio.
- Czy starożytne runy są trudne? - Rzucił ktoś z tyłu klasy.
- Nie. Przynajmniej dla mnie, ale to raczej subiektywna ocena. Ale raczej uczniowie nie mają z tym przedmiotem problemu - wzruszył ramionami.
- Co pan wie o napaściach na mugoli? - Zapytał James.
Nickmann spojrzał na niego. Nastała chwila ciszy, jakby zastanawiał się ile im powiedzieć.
- Musicie wiedzieć, że dzieje się coś niedobrego. Coś wielkiego - znowu zamyślił się. - Te zniknięcie i mordy są powiązane. To nie jest tak, że kilku czarodziejów nagle zapragnęło pozabijać mugoli. Nie. To ktoś... Jeden. Silny i jak na razie niewykrywalny.
Wszyscy się wzdrygnęli.
- Hej, ale nie bójcie się! Nie ma czego. W końcu zostanie złapany, wtrącony do Azkabanu i tyle go widzieli - powiedział.
- A może to Fenrir Greyback? Teraz przecież jest poszukiwany - Peter nadal był przeświadczony tym, że to wilkołak wszystkich zabija.
- Wątpię. On tak nie robi. Woli przemieniać i gwałcić małych chłopców, niż zajmować się dorosłymi mugolami. Greyback to wariat. Nie udałoby mu się zrobić tego tak, żeby nikt go nie złapał.
- Ale przecież Ministerstwo go szuka. Więc skoro jest wariatem, dlaczego go nie złapali? - Podchwycił Syriusz.
- Bo jest przebiegłym wariatem - to stwierdzenie wywołało salwę śmiechu w klasie. - Ale nie, na serio, to uważam, że nie on to robi. To nie jego styl. Jak już wspomniałem, on skupia się na przemienianiu. Woli małe dzieci, bo zapewne uważa, że są łatwiejszą zdobyczą. Nie interesują go dorośli - stwierdził, przelotnie patrząc na Remusa. Ten nie miał siły słuchać tego dłużej. Spojrzał na nauczyciela błagalnie. Udało mu się. Nickmann pochwycił spojrzenie. - No, ale nieważne. Ktoś, coś? Co dalej?
Remus westchnął głęboko. Nie miał siły dłużej rozmawiać na temat śmierci i Greybacka. Po raz kolejny odpłynął myślami gdzieś daleko.
***
- Jest świetny - powiedział James.
Siedzieli na błoniach i rozmawiali na temat jedynej ciekawej lekcji Historii Magii, jaka im się przytrafiła.
- No! Chyba wezmę Starożytne runy, jak już będziemy mogli - zamyślił się Syriusz.
Po chwili przyszła do nich Megan. Ubrana w skórzane spodnie i szarą koszulkę. Rzuciła się na ziemię między Remusem, a Syriuszem.
- Siemka. Mogę? - Zapytała, kiedy było już po fakcie.
- Yhym - mruknął Peter, pochłaniając czekoladowego batonika.
Megan oparła się o mur szkoły, który znajdował się za nimi. Zamknęła oczy.
- A ty co, zmęczona? - James przesunął się tak, że siedział naprzeciwko niej. Dźgnął ją palcem w brzuch.
- Taa... Nie wyspałam się - przetarła twarz dłonią.
- To co w nocy robiłaś? - Remus zapytał szukając, czegoś w torbie.
- Łaziłam po błoniach - wzruszyła ramionami.
Remus znieruchomiał. Wyłączył się. Przed oczami stanął mu obraz postaci wychodzącej ze szkoły. Wilka wybiegającego zza krzaków. Ta kobieta... To mogła być Megan. Ale czy na pewno? I co z tym wilkiem? Kim była jego przyjaciółka? Nie mogła być wilkołakiem. Nigdy nie widział jej w czasie pełni. Chyba, że w tunelu jest jeszcze jedno przejście, prowadzące do innego miejsca... Ale nie. Przecież wyczułby ją. Nawet teraz czułby, że pachnie inaczej. No, dobrze, pachniała inaczej, ale nie tak, jak wilkołaki. Równie dobrze mogłyby być to perfumy.
- No dobra, ja spadam - Megan wstała.
Ocknął się szybko.
- Czekaj. Chce się coś zapytać. Chodź - powiedział, łapiąc ją za ramie.
Przyjaciele patrzeli na niego dziwnie.
Złapał ją dość mocno i uśmiechnął się w duchu. Nic nie powiedziała.
Doszli do jakichś tylnych drzwi. Były zamknięte. Usiedli na schodach przed nimi. Z obu stron rosły krzewy.
- Co się stało Remus? - Zapytała zaciekawiona. Jakby martwiła się o niego.
- Megan... To będzie dziwne pytanie, ale... Powiedz mi - spojrzał jej prosto w oczy. Szkarłatno-złote. - Powiedz... Kim jesteś?
Ona zdziwiła się.
- No, jak to kim. Czarodziejem. Megan. Night - powiedziała szybko, unikając jego spojrzenia. Westchnął.
- Wiesz, że... - Zaczął, ale mu przerwała.
- Lykan. - Powiedziała na wydechu. Szybko, tak, że Remus zrozumiał tylko dzięki likantropii.
- Co? - Zdziwił się.
- Lykan. Niezbyt znane. Prawie wymarłe. Na świecie są dwa. Jedna druga z tego siedzi przed tobą - powiedziała, nadal na niego nie patrząc. - Lykanie to pół wampiry, pół wilkołaki. W jakiejś części też ludzie. Mogę zmieniać się w wilka. Przed pełnią moje zmysły szaleją. Muszę pić krew. Ale odczuwam zmiany temperatur. - Spojrzała na niego w końcu. - Oto, czym jestem, wilkołaku-Remusie.
Znowu westchnął.
Nie wierzył, że ona wie. 




Lumos, czarodzieje!
Jak tam u was?
Ja... POKOCHAŁAM DARY ANIOŁA. I MALECA. *.*
I Adama Lamberta. No i Tommy'ego Joe'go Ratliff'a. :3
Notka krótsza, ale nie miałam pomysłu jak to wyciągnąć. Wstawiona z autopublikacji! Dotąd przeze mnie nie używanej.
Powiem, że niezbyt pewna byłam co do użycia jej.
Ah, no i z góry mówię. To nie miało się tak skończyć. No, ale co tam. Niech będzie. 


 

piątek, 19 września 2014

Cóż mam rzec.

Eh...
Weny brak, przynajmniej na pisanie rozdziałów do bloga.
Ale! To nie oznacza, że tego nie zrobię!
Do wtorku najpóźniej dodam nowy rozdział. Obiecuję.
I zamierzam usystematyzować notki tutaj się pojawiające.
Pani Alex i Pani Lexy bardzo mi w tym pomagają, chociaż najprawdopodobniej nie zdają sobie z tego sprawy.
Otóż.
Te dwie osoby wyznaczają mi terminy do oddawania rozdziałów zupełnie innego opowiadania.
Z tym, że ja te terminy będę wykorzystywać także tutaj.
Nie będzie już niesystematycznie pojawiających się notek!
Stop dla miesięcznego czekania na rozdział!
Od teraz będzie tutaj lepiej.
Zmienię też kolumienkę "Mapa Huncwotów" na "Prorok". W ten sposób będzie lepiej.
Tak więc do nowej notki, podglądacze!
Do zaniedługo!
;*

Lunaris

wtorek, 2 września 2014

Nominacja z zaskoczenia

Zostałam nominowana do Liebster Blog Award przez i ♥ me, i powiem, że jestem zaskoczona, bo myślałam, że to z tą akcją już ucichło, a tu okazuje się, że nie. :3
Zresztą nieważne XD
Dziękuję za to i za to, że ostatnio zaczęłaś komentować! Bardzo się z tego powodu cieszę, serio! ♥
Także. Nikogo nie nominuję, bo tej nominacji nie można oddawać, a tych, których ewentualnie mogłam, już nominowałam :/
Ale na pytania odpowiem!
Soł.
1.Podaj swoje imię/imiona.
Jestem Marta, ale wolałabym, żeby zwracano się do mnie Megan ;) Ewentualnie trzy.
Ci którzy powinni, zrozumieją.
2. Jaka jest twoja ulubiona książka? 
Harry Potter.
Poza tym Niezgodna, Z ciemnością jej do twarzy, Dracula, podręcznik do polskiego i pewna książka, która nie ma tytułu i nie została wydana. Jeszcze, Al. Jeszcze. (ostatnie zdanie do autorki)
3. Gdybyś mogła przywrócić życie jednej postaci, kto by to był? 
Remus Lupin. Tak. 
4. Masz jakieś zwierze? 
Rybki. Ale ich nie liczę.
Poza tym... Wilka.
Takiego tam, możecie znać z książek Rowling, bo (nie wiem czemu) wykorzystała go jako postać w swojej serii. Ja się nie zgodziłam, ale on tak. Cóż.
5. Twój ulubiony film? 
Ostatnio zachwycił mnie film tytułem "Lucy", ale ogólnie ulubionego nie mam.
Wszystko co z nadnaturalnością i magią przeważnie jest moje ulubione.
6. Twoja ulubiona piosenka? 
W tym momencie słucham "Don't forget where you belong". Ulubionej nie posiadam.
7. Gdybyś mogła cofnąć się w czasie, to co byś zmieniła, czego byś nie zrobiła? 
Kiedyś znałam takiego chłopaka... Chciałabym go nie poznać.
Poza tym... Chciałabym zrobić coś więcej w związku z pewną osobą. Ale to bardziej osobista rzecz.
8. Twoje motto, którym się kierujesz? 
Chyba takowego nie posiadam.
Jest wiele rzeczy, które mnie ukierunkowują...
Np. Jeśli idziesz za tłumem, nie dotrzesz nigdzie. Zatrzymasz się.
Jeśli pójdziesz własną ścieżką, nawet bez jakiegokolwiek wsparcia, jeśli nie uda ci się dopiąć celu będziesz mieć satysfakcję, że próbowałeś.
To chyba głównie.
9. Czy chciałabyś zrobić sobie tatuaż? 
Tak.
Coś takiego, ale, żeby wilk był bardziej "na" księżycu i bez trawy.
4869332.jpg (400×446)

10. Twój największy życiowy sukces? 
Wyróżnienie na konkursie przedmiotowym z matematyki, dostanie się do wymarzonego gimnazjum i założenie bloga.
11. Co robisz, żeby jak najszybciej poprawić sobie humor? 
Czytam, piszę, słucham muzyki, wymyślam historyjki i tłumaczę symbole.

Także. Z pytań to na tyle :)
Jeszcze raz DZIĘKUJĘ!! =^.^=

Co do bloga nowa notka będzie. Niedługo, bo pomimo świetniej ilości komentarzy wen gdzieś uciekł. Nie wiem, ale wysłałam listy gończe i zgłosiłam zaginięcie. Może Itaka pomoże?

Do napisania
:3
Lunaris

czwartek, 21 sierpnia 2014

Rozdział 19.


Komentarze pomagają w pisaniu!
Czytam - Komentuję

Jak już wcześniej wspomniałam, zakończenie wakacji tylko dla czarodziejów nie było tragedią. Remus cieszył się, że znów będzie mógł błądzić po wielkim zamku, spotykać się z przyjaciółmi, odkrywać tajniki magii, no i przede wszystkim - chodzić do niesamowitej Hogwarckiej Biblioteki. I znając resztę Huncwotów już by się z Remusa śmieli, z tę ostatnią myśl.
- Dzień dobry wszystkim - powiedział, gdy zszedł do kuchni. Jego mama robiła śniadanie, a tata jej pomagał.
- Cześć Remusie - Lyall postawił talerz z kanapkami na stole. - Wracasz do Hogwartu...
- Już nie mogę się doczekać! Chcę wrócić, chcę już tam być! To jest tak niesamowite miejsce... - Jego mama z uśmiechem usiadła naprzeciwko niego.
- Lyall, widziałeś tą roślinę, którą Remmy nam przysłał? - Zapytała.
- Tak. Jest wielka, prawda? Chyba wiemy dlaczego - poklepał syna po plecach i potargał mu włosy.
- To wcale nie jest zabawne. Czuję się jak chory psychicznie, bo ona mnie lubi - powiedział Remus, opierając głowę na rękach.
Jego rodzice tylko parsknęli śmiechem.
- Spójrz na to z innej perspektywy. Masz coś, jakby zwierzątko domowe - jego tata nie tracił entuzjazmu.
- Skąd wy macie tyle dobrego humoru, to ja nie wiem - oparł się o krzesło z rezygnacją.
~~~~
Byli już na peronie, teraz wystarczy jedynie przejść przez barierkę i po sprawie. Po łzawym pożegnaniu z mamą, razem z tatą podeszli do barierki i od niechcenia odparli się o nią. Po chwili ustąpiła i znaleźli się na peronie 9 i 3/4. Ich peronie.
- Nie będę ci wygłaszał mów. Baw się dobrze - powiedział ojciec.
- Tato... Mam jeszcze dużo czasu... Powiedz mi, w jakim byłeś domu? I jakie miałeś oceny? I w ogóle jak się zachowywałeś? - Przez twarz jego ojca przemknął krótki uśmiech.
- Ja byłem w Gryffindorze. Oceny... Dobre. Nie byłem taki pracowity jak mój syn. A co do zachowania... Miałem kilku przyjaciół... Pottera... Znałem też Alpharda Black. Szkoda, że był w Slytherinie, bardzo miły facet... Więc jak już tak we trójkę, ja, Charlus i Marcel, wszędzie ze sobą chodziliśmy. Wszystko robiliśmy razem, a z tego wychodziły różne dziwne rzeczy.
- Marcel? Jaki Marcel? - Dopytywał Remus.
- Nie znasz go. Marcel Eiri.
- Znam! To przecież mój nauczyciel Astronomii*! A pan Potter to ojciec Jamesa, mojego przyjaciela.
Lyall zdziwił się. I to bardzo.
- A Alphard Black... - kontynuował Remus.
- To mój wuj. - Usłyszeli głos kogoś, obok nich.
Syriusz. Nadal posiniaczony, ale Syriusz.
- Syri! - Remus przytulił go.
- Dzień dobry, panie Lupin - powiedział jego przyjaciel.
- Alphard to twój wuj?
- Tak.
Remus zauważył Jamesa i jego rodziców, gdzieś w oddali.
- James! James! - Krzyknął. Jim chciał pożegnać się z rodzicami, ale... - Nie! Weź rodziców!
- Remus, nie organizuj mi spotkania po latach... - Zaczął jego ojciec, a Syriusz się zaśmiał.
- Za późno.
Podeszli do nich. Charlus, Dorea i James Potter. Szczęśliwa rodzina.
- Cześć chłopaki! - James od razu rzucił się na przyjaciół.
- Dzień dobry - powiedział Lyall. - Chralus, pamiętasz mnie w ogóle?
Remus widział zdziwienie na twarzy pana Pottera. Po chwili jego ojciec został zamknięty w niedźwiedzim uścisku przez swojego przyjaciela. Cała trójka (no, może czwórka, doliczając panią Potter) uśmiechała się szeroko.
- Przyjdźcie do nas. Do mnie i Hope. Co wy na to?
- Mi pasuje. Idziemy, kochanie?
- Oczywiście - powiedziała Dorea. - Pa Jamesiku. Nie zapomniałeś czegoś? Wszystko wziąłeś? Jakby co, to mamusia ci przyśle - przytuliła syna.
- Mamo... Skończ.
- Oj weź, Dorea... Siary nie rób - Charlus pociągnął żonę, pożegnał się z synem i razem z Lyall'em poszli na mugolską część peronu.
- Wow! Nasi ojcowie się znali! - Krzyknął James, kiedy siedzieli w przedziale i czekali na Petera.
- Nie wiedzieliście? - Syriusz przetarł twarz dłonią. - Ja bym już dawno zapytał...
- Oj dobra. Zamknij się, panie idealny.
- Znali też profesora Eiri'ego. - Dodał Remus.
- Serio? - Jamesowi opadły ramiona. - Wow.
Do przedziału wparował Peter.
- Co tam, jak tam? - Zapytał, rzucając się na miejsce koło Syriusza. Remus z Jamesem siedzieli naprzeciwko.
- Nasi rodzice i wuj Syriusza się znali. I jeszcze Eiri. Marcel Eiri - powiedział James.
Większość drogi przegadali na temat tego, co mogli robić ich rodzice w szkole.
~~~~
Po ceremonii przydziału i długiej piosence Tiary, przemówił dyrektor.
- Witajcie! Niektórzy z powrotem, a inni po raz pierwszy. Nie będę przedłużać, więc po prostu powiem to, czego zawsze musicie słuchać od starego zgreda, stojącego tutaj. - Dumbledore uśmiechnął się. - Do Zakazanego Lasu wstęp wzbroniony. Zakazana jest połowa rzeczy ze sklepu Zonka i tym podobnych. Dziękuję, smacznego! - Powiedział i usiadł.
Na stole pojawiły się miliony przepysznych potraw. Wszyscy byli głodni po długiej jeździe pociągiem, więc po chwili słychać było tylko odgłosy jedzenia.
- Syriusz, po uczcie nam opowiesz? - Zapytał Peter.
- Ale, co... Ah. Dobra - Syri skinął głową. Potem nikt nic nie mówił.
Może poza dyrektorem.
- Więc kolejny rok czas zacząć! Życzę wam miłej nauki...
- Na tyle, na ile nauka może być miła - zauważył James.
- A teraz proszę prefektów, o zaprowadzenie pierwszorocznych do pokojów wspólnych.
- Musimy się pospieszyć, jeśli nie chcemy gnieść się ze wszystkimi w Pokoju - Remus spojrzał na przyjaciół i po chwili cała czwórka wystrzeliła do przodu.
- Chodźcie tu - Syriusz wskazał na jakiś boczny korytarz.
- Hę? Po co? Przecież mamy iść... - Zaczął James.
- Skrót. Chodźcie za mną.
I na takie coś przystali.
~~~~
- Syriusz, ja cię zabiję! - Krzyknął Remus, kiedy po godzinie nadal błądzili po zamku.
- No, może to był następny korytarz... Albo poprzedni... - Syriusz podrapał się z tyłu głowy.
- Jest już pewnie po ciszy nocnej! A my nadal...
Nie skończył, bo James syknął, żeby byli cicho.
Remus usłyszał. Iryt.
- Super - Peter był załamany. - Idźmy.Znajdziemy jakąś pustą klasę, albo coś.
Więc poszli. Po cichu, jak najbardziej przy ścianach.
- Tralalala! Trupututu! - Słyszeli krzyki Irytka.
- Szybciej! - Syknął Syriusz.
- Ty się nie odzywaj, głupku - powiedział James nie patrząc przed siebie, co było tragiczne w skutkach.
Jako, że James szedł pierwszy wpadł na zbroję. A ona przewróciła się z łoskotem na ziemię. Stanęli jak wryci.
- Zabiję was obu! - Powtórzył Remus.
- Hę? Co do... UCZNIOWIE NIE ŚPIĄ! UCZNIOWIE SĄ NA KORYTARZU! - Krzyk i śmiech Irytka otrzeźwiły Remusa.
- W NOGI! - Krzyknął.
Biegli korytarzami najszybciej jak tylko się dało. Remus gorączkowo myślał o jakimś bezpiecznym miejscu, z którego jednocześnie dałoby się obserwować, czy ktoś idzie, czy nie. Po chwili ukazały się przed nimi wielkie, czarne drzwi.
- Wchodzimy! - Krzyknął James.
Więc weszli.
Znaleźli się w wielkim pokoju, którego ściany... Miały okna. Ale po co robić okna w środku zamku?
- Widzieliście te okna z zewnątrz? - Zapytał Peter.
- Nie - powiedział szybko Syriusz.
- McGonagall! Na ziemię! - Kolejny krzyk Jima.
Ale profesor McGonagall nawet nie spojrzała w ich stronę. A czy okna w środku zamku nie wymagają chociażby minimalnej uwagi?
Remus wstał powoli.
- Co robisz?! - Syknął Peter.
- Patrzcie, ona nas nie widzi... - Remus zapukał w szybę. Nic.
Wszyscy wstali i patrzyli z niedowierzaniem na ścianę. Okno.
- Na jakim piętrze jesteśmy? - Zapytał Syriusz.
- Siódmym. Tu wisi ten dziwny obraz. Niedaleko jest Gruba Dama - stwierdził Remus.
- Trzeba to zapisać. Ten pokój może się przydać.
- Powiedziałeś dokładnie to, o czym pomyślałem, drogi Jamesie - Syriusz usiadł na podłodze.
- Czekamy, aż nie będzie czysto i lecimy do Poko... Znacie hasło? - Jęknął Peter.
Syriusz i James przetarli twarz dłonią.
- Super. - Stwierdził ten drugi.
- Ja znam. Słyszałem jak prefekci mówili... Emm... Funt smoczego łajna - Remus zaśmiał się.
- Ona już nie wie, co wymyślać - wszyscy parsknęli śmiechem.
Wrócili do sypialni około dwunastej w nocy. Po odbyciu kłótni z Grubą Damą, na temat tego, że ją obudzili. Już nikomu nie chciało się słuchać opowieści Syriusza. A Remus nie miał siły na załamywanie rąk, bo wrócili tak późno. Położył się i od razu zasnął.
~~~~
Następnego dnia, tylko Remus był mniej więcej żywy. Peter zasypiał nawet na śniadaniu, James chodził opierając się o ściany, a Syriusz przy każdej możliwej okazji zamykał oczy i opierał się o najbliższy stały punkt (którym nadmieńmy najczęściej był  Remus).
- Co się z wami dzieje, chłopaki? - Zapytała Lily Evans na którejś z przerw.
- Nie wyspaliśmy się - powiedział James, oparty o ścianę.
- Ah. No tak. - Zaśmiała się.
- Tragedia - Remus przetarł twarz dłonią. Bolało go prawe ramię, bo to na nim najczęściej opierał się Syriusz. Tak jak w tej chwili, na przykład. Peter siedział obok Jamesa, też opierając się o ścianę.
- Chcę koniec lekcji... - Jęknął.
- To dopiero pierwszy dzień, Pete - Syriusz odezwał się.
- Wiem. - Rezygnacja w głosie Petera była tak jawna, że każdy się zaśmiał.
- Jeszcze tylko jedna lekcja. Wrócimy, odrobimy zadania, Syriusz nam opowie bajeczkę i pójdziemy spać - taka perspektywa bardzo mu odpowiadała.
Chociaż chciał zrobić coś jeszcze. Ostatnią lekcją była astronomia, którą we wtorki mieli zawsze w południe. W piątki była wieczorem.
~~~~
- MUSICIE się tego nauczyć. Jeśli nie, nie wiem, po co przychodzicie na lekcje - profesor Eiri był wyraźnie zły na Snape'a, który zapytał się, po co mają uczyć się ewolucji gwiazd.
- To jest bardzo proste, więc nie rozumiem po co się czepiacie - uśmiechnął się.
- Proste - prychnął Severus cicho. - Może dla pana.
- Coś jeszcze, panie Snape?
- Nie - powiedział, a jego przyjaciele zaśmieli się cicho.
Do klasy wszedł jakiś starszy uczeń z Ravenclawu.
- Panie profesorze, to od pana Nickmann'a - powiedział, podając nauczycielowi kartkę.
Pan Eiri uśmiechnął się a w jego oczach pojawiły się ogniki.
- Nie będę odpisywał. Ben, powiedz, że się zgadzam - powiedział do krukona. Ten skinął głową i wyszedł.
- Więc, wracając. Obłoki pyłowo-gazowe mogą zagęszczać się w wyniku lokalnej fluktacji gęstości - kontynuował swój wywód na temat rozwoju gwiazd. Remus zastanawiał się, czy podejść do niego po lekcji i zapytać... Ale w zasadzie o co miałby zapytać? Nie. Jest zmęczony i to jest ważniejsze. Może kiedyś uda mu się porozmawiać z nim na osobności. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj razem z resztą huncwotów zrealizują swój ambitny plan. Tak. Przynajmniej się wyśpią. To był jedyny plus całego tego dnia.
~~~~
Szli do portretu Grubej Damy.
- Gdzie były te drzwi? - Zapytał James, kiedy przechodzili chyba obok miejsca, w którym znaleźli niesamowity pokój. 
- No... Tu - Remus wskazał na ścianę.
- Tak, panie Lupin, bardzo mądre. Nie powiem. Tu - James ustał obok ściany i wykonał dziany ruch, mający na celu jeszcze bardziej uwydatnić brak drzwi - jest ściana.
- Nie wiem. Ale tym korytarzem biegliśmy i na tą ścianę wpadliśmy, a tu były drzwi.
- Remus ma rację... - Syriusz podrapał się z tyłu głowy.
- Co tak stoicie chłopcy? - Zapytał ktoś. - Oglądacie ścianę? - Odwrócili się w tamtą stronę.
- Nie panie profesorze. - To Eiri. Syriusz nie wiedział co mówić - po prostu coś nam się wydawało...
- Hmm...?
- Bo... Kiedyś szliśmy tędy i tu były drzwi, a tera ich nie ma - powiedział szybko Remus, zanik którykolwiek z kolegów wyda, że wczoraj to oni byli "nieśpiącymi uczniami". 
Marcel Eiri zdziwił się i oparł nonszalancko o ścianę, w miejscu gdzie jeszcze niedawno były wielkie wrota. Puknął ją kciukiem kilka razy.
- Może jeszcze nie wiecie, ale ten zamek ma wiele tajemnic - powiedział z uśmiechem.
- A pan, mój tata i tata Remusa odkryli jego sekrety? - Wypalił James.
Profesor uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Czyli miałem rację! Wy jesteście dziećmi moich przyjaciół! - Podniósł jedną rękę w geście zwycięstwa. - Nie. Nikt nie odkrył wszystkich jego sekretów.
- Jeszcze - powiedzieli wszyscy razem. Nawet Remus.
Kolejny uśmiech profesora.
- Tak. Jeszcze. A wy - wskazał na nich. - Jesteście potomkami największych rozrabiaków Hogwartu. Lyall Lupin. Charlus Potter. Alphard Black. Henry Pettigrew**. No i może ja... - spojrzał gdzieś w bok, ale po chwili znów na nich. - Mimo, że nie wszyscy się przyjaźnili, to wszyscy się znali i czasem współpracowali.
Huncwoci uśmiechnęli się.
- Więc nie możemy ich zawieść - krzyknął James.
- To byłaby hańba! - Dodał Syriusz.
- Nie przeczę, ale także nie popieram. Jestem nauczycielem.
- Mar? - Profesor Nickmann podszedł do nich. - Dzień dobry - uśmiechnął się.
- Dobry! - Odpowiedzieli jednocześnie, co wywołało śmiech nauczycieli.
- Obiecałeś mi coś - powiedział nauczyciel run. - Więc wybacz, że przerywam ci konwersację z uczniami, ale... - Wzruszył ramionami.
- No dobrze. Chłopcy powiem wam tylko, że niektóre rzeczy w tym zamku zmieniają swoje położenie, a niektóre są tylko wtedy, kiedy ich potrzebujemy i kiedy myślimy o nich - Eiri mrugnął do nich o oddalił się z Nickmann'em.  
- O co mu chodziło?! Nie jestem dobry w zgadywanki logiczne! - Jęknął Peter.
Remus przypomniał sobie, że kiedy biegli, myślał o tym, żeby znaleźli pokój, w którym mogliby się schować i obserwować, co dzieje się na zewnątrz.
- Stąd te okna! Wiem! - Krzyknął i obejrzał się w około. - Patrzcie. - Pomyślał o dużym pokoju z kominkiem i trzema sofami. Po chwili przed nimi ukazały się drzwi. - A teraz powiem wam, co będzie w środku. Kominek i trzy sofy. Wchodzimy.
I gdy weszli zobaczyli duży pokój, utrzymany w ciepłych, brązowych kolorach. W centralnym punkcie przeciwległej ściany znajdował się duży, ciemny kominek, naprzeciwko niego, symetrycznie stały trzy sofy.
- Trzeba pomyśleć, jakiego pomieszczenia się potrzebuje... Wtedy on się pojawia - powiedział Syriusz.
- Tak! - Remus klasnął w dłonie.
- Zostańmy tu! Na chwilę! W tym pokoju to mogę nawet zadania odrobić! - James rzucił się na jedną z sof.
- No, a to nie lada wyczyn. Ja jestem za - Peter popędził w stronę kominka i usiadł przed nim, wyciągając czekoladę z torby.
- Ja też! - Syriusz wyciągnął się na kolejnej sofie.
Remus uśmiechnął się.
- Skoro odrobicie zadania... Peter, daj kawałek! - Krzyknął i rzucił się na przyjaciela.
~~~~
Wrócili po trzech godzinach, ale i tak nie było późno. Mieli już odrobione lekcje, więc połowa planu była wykonana. Gdy Remus spojrzał na zegarek, wskazywał godzinę osiemnastą. Siedzieli, już wykąpani i czekali, aż Syriusz łaskawie zacznie swoją opowieść.
- Hej, to nie jest łatwe, mówić o takich rzeczach! - Krzyknął, patrząc na przyjaciół siedzących przed nim na podłodze, w półokręgu z minami wyrażającymi zainteresowanie. Remus uznał, że muszą wyglądać jak dzieci. A Syriusz jak jakiś nie bardzo ogarnięty nauczyciel.
- Dawaj - James uderzył przyjaciela w nogę, bo nie chciało mu się wstawać; Syri siedział przed nimi na łóżku. Jak kiedyś Remus. Uśmiechnął się.
- Eh... Ja... Bo nie jestem w Slytherinie... Mój ojciec się wkurzył. Starzy na mnie krzyczeli. Matka groziła wydziedziczeniem i rzuciła we mnie swoim ulubionym, pozłacanym pucharem... To od tego miałem rozciętą wargę i policzek. Bo niby uniknąłem bezpośredniej konfrontacji ze szkłem, ale kawałki, jak już się zbiło na mnie poleciały. Więc... A tata... Remus ty patrzałeś. Widziałem kątem oka. Pasek. - Wzdrygnął się i rzucił do tyłu tak, że nogi miał spuszczone poza łóżkiem, ale jednocześnie leżał w poprzek jego. - Nie będę wam zdradzać szczegółów.
Siedzieli oniemiali.
- A twoja rodzina?! Nic nie zrobili?! Przecież mieszkasz z ciotką i kuzynkami, i wujkiem, który cię lubi... - Wymieniał Remus.
- Wuj Cygnus i ciotka Druella z Bellą, Narcyzą i Andromedą byli u Lestrange'ów. Brat w swoim pokoju, wuj Alphard też. Zresztą u nas panuje zasada, że nikt się nie miesza. Nasza rodzina, nasze sprawy. Oni są na drugiej linii rodziny, więc... To jest nienormalne.
Nikt się nie odzywał. James wdrapał się na łóżko i usiadł po turecku koło Syriusza. Zaraz po nim zrobili to Peter i Remus.
- Masz nas. Pamiętaj - powiedział Peter.
- Możesz nas uważać za rodzinę - dodał James.
- Jesteśmy z tobą - stwierdził Remus.
Syriusz uśmiechnął się i (nikt nie wiedział jak) złapał wszystkich przyjaciół z chęcią przytulenia ich. Jednak wszyscy, cała czwórka spadli z łóżka.
- Zabiję cię... - Powiedział Remus.
- Mówisz mi to już chyba setny raz, Remmy...
~~~~
Następnego dnia każdy z nich czuł się jak przysłowiowy młody Bóg. Wyspali się i to bardzo. Po lekcjach, chcieli iść na błonia.
- Tędzy będzie szybciej. Chodźcie za mną - rzekł Syriusz, a przyjaciele niezbyt chętnie podążyli za nim.
Szli korytarzami przez dość długi czas.
~~~~
- SYRIUSZ! - Krzyk trzech chłopców był słyszalny chyba w całym zamku, chociaż byli w jakimś mało uczęszczanym korytarzu na drugim piętrze.
- No, myślałem, że tym razem się uda... - Tłumaczył się czwarty z nich.
Wtedy Huncwoci nauczyli się jednego. Nigdy nie chodzić za Syriuszem Blackiem. 







*Nie pamiętam, czy Astronomia była w pierwszych latach, ale uznajmy, że była, bo tylko do tego przedmiotu mogłam go upchnąć, a jest mi on niezbędnie potrzebny
**Nie znalazłam jego imienia, więc wymyśliłam xD

Miał być szybciej, ale nie wyszło!
No, mam nadzieję, że nie jest aż tak źle XD
Nie poprawiony, nie przeczytany wstawiam wam i oddaję w wasze ręce ;)
Co tu więcej pisać?
Spadam oglądać świetne yaoi które znalazłam! (sekaiichi hatsukoi POLECAM!)
Lunaris

wtorek, 12 sierpnia 2014

Rozdział 18.

To jak z tym komentowaniem?
Jakby to powiedzieć tylko trzy osoby komentują, a to motywuje tylko trochę...
Czytam - Komentuję

- Wstajemy - obudził go czyjś szept.
Mruknął coś w odpowiedzi i przewrócił się tyłem do pokoju.
- Remus! - To jego mama. Przyszła obudzić go tak, jak kiedy, kiedy był mały. 
- Mmmm... Niee - kolejne mruknięcie.
Usłyszał jak Hope wzdycha.
- Mieliśmy sprzątać w domu. Pamiętasz? - Usiadła na jego łóżku. - Jutro zajmiemy się podwórkiem, potem w środę pojedziemy do miasta na zakupy, a w czwartek zrobimy niespodziankę dla taty. - Zaczęła wymieniać.
Kolejna część z serii "mruczenie w odpowiedzi" i przykrycie głowy kołdrą.
- No już. Wstawaj - Mama podjęła kolejna próbę wyciągnięcia go z łózka. Gdy i to nie pomogło zdarła z niego kołdrę i zaczęła się śmiać.
- Mamo! - Jęknął głośno. Ale wstał.  
Co by pomyśleli moi przyjaciele... 
Byliby zdziwieni. Remus Lupin, który nie wstaje z łóżka wcześnie rano?
Ale prawda była taka, że kiedy nie musiał wstawać, to potrafił spać do popołudnia.
Ubrał pierwsze lepsze spodnie, jakie wpadły mu w ręce i zszedł do kuchni, gdzie była jego mama.
- To co robimy? - Zapytał przecierając oczy dłońmi i stając obok niej.
- Jemy śniadanie, aktualnie - uśmiechnęła się.
Jego mama była bardzo pogodną osobą. Uwielbiał ją taką, za to nienawidził, kiedy się smuciła.
- Świetnie - kiwnął głową. - Pomóc ci w czymś, mamo?
Nadal się uśmiechając, Hope odwróciła się przodem do syna z dwoma talerzami jajecznicy w rękach.
- Możesz nalać soku.
~~~
         Przypadło mu sprzątanie kuchni, łazienki i przedpokoju. No i jego sypialni. Nie uśmiechało mu się to, prawdę mówiąc. Bo nie chodziło tu o głupie układanie na półkach. Tylko mycie podłogi, ścieranie kurzy, wycieranie kloszy lamp i zbieranie pajęczyn (jeśli takowe w ogóle by się znalazły). Wszyscy uważali go za pracowitego, ale... Co pracowitość ma do chęci sprzątania w domu? Prawdę mówiąc niewiele. Nie chciało mu się tego robić.
         Po jakimś czasie uznał, że chciałby mieć już te siedemnaście lat i móc sprzątać zaklęciem. Jego tata zawsze tak robił. I dotarło do niego, ze będzie siedemnastolatkiem szybciej niż reszta Huncwotów. To było bardzo odkrywcze.
~~~
         Po około pięciu godzinach siedział z mamą w ogródku.
- Super. - Stwierdziła Hope.
- Jutro jeszcze dwór...
- Ale tu nie będzie aż tak źle. Tylko przyciąć kilka krzaków i wypielić... To tyle.
- Tak... - Westchnął Remus. Rzeczywiście świetna perspektywa. - A może zaczniemy już dzisiaj? - Nagle dostał energii. No bo, co możesz zrobić jutro, zrób dzisiaj. Uśmiechnął się. 
- Nie, ja tak nie myślę - stwierdził Syriusz. 
- Chyba wiem o co ci chodzi, drogi przyjacielu. - Odezwał się James.
Wtedy powiedzieli razem, jednocześnie. 
- Co możesz zrobić dzisiaj, zrób jurto!
- Wilkorosta przycinamy? - Zapytał.
- Ja nie mam siły... Ale jak chcesz to możesz zacząć. Tak. I te - skazała na kilka krzaczków. - Też przytnij.
Więc wziął sekator i podszedł do gigantycznej rośliny oplatającej prawą część ściany. To było niesamowite, jak wielka urosła! Przypominała bluszcz, ale bluszczem nie była. To był wilkorost. Tak.
- Ah, Remus. Tylko uważaj, bo on ucieka jak chce się go przyciąć - krzyknęła jego mama.
Chwila zastanowienia i kontemplowania jej słów...
- Co robi? - Zapytał głupim głosem.
- Ucieka - Hope powiedziała to tak, jak gdyby to było normalne. - Odsuwa liście.
Prychnął i podszedł do rośliny. Nie zdążył nawet jej dotknąć, a ona już przysuwała do niego liście. Uśmiechnął się i z tym uśmiechem zbierał się do ucięcia kilku gałązek. Ale wtedy nagle odsunęła się.
- Nic nie zrobię, tylko przytnę - powiedział. Czy naprawdę rozmawiał z rośliną?
Ale udało mu się ją przyciąć. Znowu dostał kawałek korzenia. Ze zrezygnowaniem patrzał na niego.
- I co ja mam z tym niby zrobić? - Zapytał z wyrzutem.
I - może Remus był chory psychicznie - zrobiła coś, jakby wzruszenie ramionami.
Znowu prychnął i posadził ten kawałek po drugiej stronie. Przynajmniej będzie symetrycznie. Przez cały czas słyszał śmiech mamy.
~~~
         Zostało im coraz mniej czasu. Był już czwartkowy wieczór, kiedy kończyli ostatnie przygotowania do piątkowego przywitania Lyall'a. Potem, gdy już skończyli, obydwoje rzucili się na sofę.
- Tak! - Krzyknął Remus, unosząc ręce w geście zwycięstwa.
Jego mama parsknęła śmiechem. Szybko poszli spać. Lyall wracał wcześnie
~~~
         Wstał około szóstej. Jego mama już była na nogach.
- Świetnie. - Podeszła do niego i przytuliła go. - Zaraz...
Zanim skończyła drzwi ich domu otworzyły się i wszedł ojciec Remusa. Hope uśmiechnięta zostawiła syna i podeszła do swojego męża. Remus stał z boku, oparty o ścianę.
- Cześć tato - powiedział, kiedy Lyall i Hope odsunęli się od siebie.
- Cześć - zamknął go w niedźwiedzim uścisku.
- Idź się wykąpać. Jesteś zmęczony? - Zapytała jego mama.
- Nie. A co?
- Nic, nic - powiedział Remus.
Lyall przeszył ich wesołym spojrzeniem i odszedł. Po chwili Remus usłyszał dźwięk lejącej się wody. 
- Szybko, rozstawiamy wszystko. Remus, chodź - jego mama uśmiechała się od ucha, do ucha.
         Gdy tata zszedł do kuchni ujrzał stół zawalony wszystkimi jego ulubionymi potrawami i Remusa z Hope, siedzących naprzeciwko siebie, i rozmawiających, jak gdyby nigdy nic.
- Co się dzieje?
- Tato - powiedział Remus. - Oto powitalna uczta, specjalnie dla ciebie.
Uśmiechnięci zasiedli do stołu.
~~~
         Jego tata przeteleportował się z nim na Pokątną po czym zostawił go z sakiewką pełną (chociaż to nie jest zbyt dobre słowo) galeonów. Miał się spotkać z resztą Huncwotów pod lodziarnią. Szedł w tamtą stronę i już z daleka słyszał śmiech Petera i głos Jamesa. Czyli Syriusza jeszcze nie było.
Podbiegł do nich.
- Cześć! - Krzyknął.
- Remus! - Podbiegli do niego i przywitali się. - Czekamy jeszcze na Syriusza.
- Tak. - Znowu przypomniała mu się ta sytuacja z peronu. - Zauważyliście zachowanie państwa Black...
- Tak. - Nie dane było mu skończyć. Peter mu przerwał. - Zastanawiam się, co... Znaczy...
- Co stało się w ich domu. Potem - dokończył Jim.
Remus poczuł zapach swojego przyjaciela. Brakującego ogniwa ich paczki. I zobaczył go. I o mało nie krzyknął. Chyba to samo przeżywali J i Pet.
Syriusz... Był posiniaczony. Miał rozciętą wargę i był wyraźnie zmęczony. Ale oczywiście miał na sobie granatowy garnitur, szarą koszulę i czarne spodnie. Musiał przynajmniej być ubrany arystokratycznie.
- Syri! Syriusz - podbiegli do niego.
- Co... - Zaczął James.
- Dlaczego... - Tym razem Peter.
Remus nie mógł wykrztusić z siebie choćby słowa.
Syriusz stał ze spuszczoną głową.
- Nic się nie stało - to było tak absurdalne, że Remus zaśmiał się histerycznie. Chłopaki spojrzeli na niego.
Nienawidził, kiedy ktoś cierpiał. Bo to jest... Straszne. Sam przeżywał niewyobrażalne męki co miesiąc i nie chciał by jego najlepszy przyjaciel także miał ciężko. Nawet z innego powodu.
- Jak to "nic się nie stało"?! Myślisz, że jesteśmy ślepi?! Wybacz, ale jeszcze nie padło nam na wzrok - spojrzał na niego.
- Nie tutaj - westchnął Syriusz. - Za dużo ludzi z ich otoczenia. Jak będziemy w szkole... Powiem wam.
Zostawili więc temat.
         Kupili podręczniki. James i Syriusz nowe, Peter większość też nowych, a Remus same używane. Trochę dziwnie się czół. Wiedział, że koledzy patrzą na niego, kiedy płacił za książki. Ale nic nie powiedzieli. Cieszył się.  Gdy nabyli już całą resztę potrzebnych rzeczy, postanowili pójść na lody.
- Ojej! - Krzyknął James. - Zobaczcie! - Wskazał na sklep quidditcha. Na wystawie był najnowszy Nimbus 1500.
- Chcę to! - Krzyknął Syriusz.
- Ja ją dostanę. MUSZĘ. Namówię rodziców, na pewno mi kupią.- James był tym faktem przeświadczony. Remus uśmiechnął się.
- To aż taka dobra miotła? - I gdy zauważył niedowierzające spojrzenia Jima i Syriego, oraz roześmiany wzrok Petera powiedział. - Okay, rozumiem, że tak. Nie interesuję się quidditchem!
- No i tu trzeba cię doedukować! - Powiedział James.
- Tak, więc zaczynajmy. - Syriusz przetarł ręce. - Czarodzieje od zawsze chcieli latać. Kiedy to marzenie spełniło się, zaczął się nagły popęd do gier miotlarskich. Wcześniej było ich wiele...
- Najpierw był Stichtock. Ale zniknął - kontynuował James. - Później wymyślono aingingein, grę popularną w Irlandii. Następnie szkocki creaothceann. Jednak Ministerstwo Magii uznało, że ta gra jest zbyt niebezpieczna i zakazało dalszych rozgrywek.
Remus słuchał tego z otartymi ustami. Peter też był zaciekawiony.
- W Anglii królował shuntbumps. Lecz ta gra też została uznana za zbyt niebezpieczną - Powiedział Syriusz. - Swivenhodge narodziło się w Herefordshire i gra się w to do dziś. Później powstał quiddicth.
Dalej opowiadali skąd wziął się złoty znicz i jaka była historia rozwoju quidditcha. Remus nie mógł uwierzyć... Gdy skończyli zaśmiał się głośno.
- To jest niesamowite! - Powiedział nadal się śmiejąc.
- Prawda? - Powiedział James.
- Nie, nie chodzi mi o quiddicth. Nadal jestem do tego neutralnie nastawiony. - Uśmiechnął się szeroko. - Chodzi mi o to, że na lekcjach nie potraficie wysłowić się, wykrztusić jednego konkretnego i poprawnego zdania, a teraz opowiadacie mi bardzo dokładnie historię quidditcha. Jesteście dziwni.
Syriusz zaczął się śmiać. Peter parsknął śmiechem w swój pucharek z lodami (byli już w lodziarni), a James spojrzał na Remusa z niedowierzaniem.
- Jesteś okropny - stwierdził i zaczął jeść lody. Remus ledwie nie zakrztusił się swoimi.
Pożegnali się po czterech godzinach.
Zadzwonił do taty, a ten po chwili zjawił się tuż obok niego.
~~~
          Wieczorem leżał na łóżku i czekał aż morfeusz zabierze go do swojego królestwa. Nie mógł zasnąć. Był zbyt podekscytowany końcem wakacji. Tak, uczniowie magicznych szkół byli chyba jedynymi, którym nie było przykro z powodu zakończenia letnich ferii.




Notka trochę krótsza od pozostałych i trochę nudniejsza z powodu braku chęci.
Musiałam się spieszyć z dokończeniem jej, a do tego jeszcze goniący mnie termin (wyznaczony przez samą siebie) skończenia rozdziału książki... Tragedia ;-;
Mam nadzieję, że jednak nie jest aż tak źle.
Na 19 rozdział nie będziecie czekać długo. Przynajmniej tak bym chciała. :D
Serio namawiam do komentowania i dziękuję za wszystkie dotychczasowe komentarze. Bardzo mi pomagają, chociaż jak już wspomniałam, cieszyłabym się, gdyby było ich jeszcze więcej. No, ale...
Miłego dnia!
Lunaris
Ps. Historię quidditcha zaczerpnęłam z "Quiddicth przez wieki" pióra Kennilworthy'ego Whisp. :)